W wypadku polskiego autokaru na węgierskiej autostradzie M3 zginęło 12 osób, a 10 zostało ciężko rannych. Autokarem podróżowało 57 pasażerów i dwóch kierowców.
Węgierska policja przesłuchała kierowcę w charakterze podejrzanego w związku z podejrzeniem nieumyślnego spowodowania wypadku drogowego skutkującego katastrofą masową ze skutkiem śmiertelnym. Badania wykazały, że był trzeźwy. Według wstępnych ustaleń śledczych mógł zasnąć za kierownicą. Postępowanie trwa.
Pielgrzymi wracali z Medjugorie. Cena wyjazdu organizowanego przez Biuro Pielgrzymkowo-Turystyczne Floratur wynosiła 890 zł plus 230 euro od osoby. Obejmowała transport, sześć noclegów, śniadania i obiadokolacje, przewodników oraz ubezpieczenie NNW i kosztów leczenia.
WIDEOZmiana przepisów po tragedii Polaków? Jasne stanowisko wiceministra
Czy przy takiej cenie da się bezpiecznie zorganizować wielodniową podróż autokarem na Bałkany?
"Prawdziwą patologią jest drastyczne cięcie kosztów"
Łukasz Wawrzeńczyk, prezes Grupy Profika, która świadczy usługi dla branży transportowej, uważa, że dyskusji po tragedii na Węgrzech nie należy sprowadzać do samej jazdy nocą.
To nie jest problem polskiej branży transportowej jako takiej ani samego faktu jazdy w nocy. Z perspektywy biznesowej i oceny ryzyka problem jest zupełnie inny. Prawdziwą patologią jest drastyczne cięcie kosztów przy organizacji najtańszych wyjazdów, co jest absolutną plagą w budżetowym segmencie pielgrzymkowym - mówi money.pl.
Jego zdaniem presja na cenę może odbijać się na elementach kluczowych dla bezpieczeństwa.
- Bądźmy poważni - przy budżetach rzędu 890 czy 990 zł za osobę przewoźnik nie jest w stanie spiąć tego biznesowo, zachowując rygorystyczne standardy bezpieczeństwa. W takich realiach ekonomicznych na dalekie trasy wysyła się wyeksploatowane, kilkunastoletnie autokary, w których nie ma mowy o nowoczesnych systemach wspomagających kierowcę. Niska marża oznacza też, że oszczędza się na kadrach - przewoźnik po prostu nie ma z czego zapłacić najlepszym, doświadczonym kierowcom - ocenia Wawrzeńczyk.
Ekspert podkreśla, że sama jazda nocą nie jest czymś nadzwyczajnym.
- Ma sens logistyczny, ale wymaga bezwzględnie wypoczętej załogi i żelaznego przestrzegania norm czasu pracy. Kiedy budżet jest napięty do granic możliwości, te zasady pękają jako pierwsze - twierdzi.
Wawrzeńczyk mówi o zjawiskach, które - jak wskazuje - obserwuje na rynku tanich wyjazdów. Nie przesądza, że właśnie takie praktyki wystąpiły podczas pielgrzymki Floratur. Money.pl nie ma informacji, by w przypadku tego wyjazdu oszczędzano na kierowcach, ich odpoczynku czy stanie technicznym autokaru. Przyczyny katastrofy ustala węgierska policja.
890 zł plus 230 euro. Ile było w całym budżecie?
Wawrzeńczyk przygotował dla money.pl szacunkową kalkulację wyjazdu na podstawie publicznej oferty Floratur.
Cena pielgrzymki wynosiła 890 zł plus 230 euro od osoby. Przy kursie 4,30 zł za euro daje to około 1879 zł.
Przy 57 płacących uczestnikach łączna wartość wpłat wynosiłaby około 107,1 tys. zł.
To wyliczenie poglądowe, oparte na cenie z oferty oraz stawkach rynkowych przyjętych przez eksperta. Nie pokazuje rzeczywistych przychodów ani wydatków Floratur.
Sam transport - ponad 23 tys. zł
Wawrzeńczyk przyjął trasę liczącą około 3 tys. km i trzyosiowy autokar spalający na bałkańskich trasach około 32 litrów oleju napędowego na 100 km.
Przy takim spalaniu potrzeba około 960 litrów paliwa. Przy średniej cenie 6,50 zł za litr daje to 6240 zł.
Do tego ekspert dolicza:
- 2800 zł na opłaty drogowe i parkingi,
- 9900 zł na wynagrodzenie dwóch kierowców przez dziewięć dni,
- 4500 zł na amortyzację i eksploatację autokaru.
Łączny koszt transportu szacuje na 23 440 zł.
Przy wynagrodzeniu kierowców przyjmuje 550 zł dziennie na osobę. Koszt eksploatacji i amortyzacji pojazdu wycenia na 1,50 zł za kilometr.
Pobyt i program - prawie 64 tys. zł
Największą pozycją w kalkulacji jest pobyt.
Ekspert przyjmuje 230 euro na osobę jako koszt związany m.in. z noclegami, wyżywieniem i lokalną obsługą. Przy 57 uczestnikach daje to 13 110 euro, czyli około 56 373 zł.
Do tego dolicza:
- około 2850 zł za ubezpieczenie NNW i kosztów leczenia,
- 3600 zł za dziewięć dni pracy pilota,
- 1140 zł składek na Turystyczny Fundusz Gwarancyjny i Turystyczny Fundusz Pomocowy.
Łącznie pobyt i realizację programu szacuje na 63 963 zł.
Po dodaniu kosztów transportu całość sięga w jego modelu 87 403 zł.
Zostaje niespełna 20 tys. zł
Przy wpływach wynoszących 107 103 zł i kosztach na poziomie 87 403 zł pozostaje około 19 700 zł.
To nieco ponad 18 proc. całego budżetu, czyli około 346 zł na uczestnika.
Nie jest to jednak czysty zysk organizatora. Z tej kwoty trzeba jeszcze pokryć m.in. koszty prowadzenia firmy, podatki, marketing, obsługę sprzedaży, ryzyko kursowe i inne wydatki nieuwzględnione w uproszczonej kalkulacji.
Model nie pozwala więc ustalić, ile Floratur rzeczywiście zarobił na tym wyjeździe. Pokazuje natomiast, jak szybko zmienia się ekonomika przedsięwzięcia przy pełnym autokarze. Dodatkowe 50 zł kosztu na osobę oznacza prawie 3 tys. zł w skali całej grupy. Przy 100 zł robi się blisko 6 tys. zł.
Ekspert mówi o "szarej strefie"
Wawrzeńczyk wskazuje też na bardziej kontrowersyjny problem. Jak twierdzi, w części rynku pielgrzymkowego funkcjonują nieformalne rozliczenia z osobami lub podmiotami pomagającymi zebrać grupę.
- To, co w tej branży uderza najbardziej i o czym trzeba wreszcie powiedzieć głośno, to szara strefa i obieg pieniądza na linii przewoźnik - parafia - mówi.
Według eksperta do rzeczywistych kosztów organizacji wyjazdu bywają doliczane nieformalne prowizje dla współorganizatorów.
- Do realnych kosztów transportu dolicza się nieoficjalną prowizję dla współorganizatora ze strony parafii - wypłacaną w gotówce, pod stołem lub w formie darowizny na rzecz parafii - twierdzi.
Wawrzeńczyk szacuje, że przy dłuższych wyjazdach takie prowizje mogą wynosić od kilkudziesięciu do nawet kilkuset złotych od uczestnika. Przy pełnym autokarze oznacza to kilka tysięcy złotych.
Money.pl nie ustalił, by taki mechanizm występował przy pielgrzymce Floratur, której uczestnicy ulegli wypadkowi na Węgrzech. Nie mamy również informacji, by przy tym konkretnym wyjeździe parafia, duchowny czy inny podmiot otrzymywali nieformalną prowizję.
"Pieniądze powinny sfinansować drugiego kierowcę"
Zdaniem Wawrzeńczyka, jeśli takie rozliczenia występują, mogą uszczuplać budżet przeznaczony na organizację przejazdu.
- Pieniądze, które powinny sfinansować drugiego kierowcę, nowszy autokar czy nocleg tranzytowy, lądują bezpośrednio w kieszeni współorganizatora - mówi.
Jego zdaniem może też powstawać konflikt interesów.
- Parafia jako współorganizator nie szuka najbezpieczniejszej floty, tylko przewoźnika, który rzuci najniższą stawkę za kilometr. Wszystko po to, żeby zmaksymalizować swoją własną prowizję z każdego zapisanego pasażera - ocenia.
Także w tym przypadku Wawrzeńczyk opisuje mechanizm, który - według niego - występuje w części rynku. Money.pl nie ustalił, by parafia uczestnicząca w organizacji tej pielgrzymki wybierała przewoźnika, otrzymywała prowizję albo miała wpływ na wysokość jego wynagrodzenia.
Wyjazdy "na dziko". Problem z odpowiedzialnością
Wawrzeńczyk zwraca uwagę również na pielgrzymki organizowane poza strukturą profesjonalnego organizatora turystyki.
- Przy organizacji wyjazdów "na dziko", z pominięciem struktury legalnego touroperatora, w momencie tragicznego wypadku dochodzi do całkowitego rozmycia odpowiedzialności. Nagle okazuje się, że nikt formalnie nie odpowiada za pasażerów z tytułu ustawy o imprezach turystycznych - mówi.
Ten wątek nie dotyczy wprost wyjazdu, którego uczestnicy ulegli wypadkowi na Węgrzech. Floratur działa jako organizator turystyki, a uczestnicy pielgrzymki byli objęci grupowym ubezpieczeniem turystycznym.
"Matematyka jest brutalna"
Wawrzeńczyk swoją diagnozę rynku podsumowuje ostro:
Jeśli chcemy rzetelnie ocenić przyczyny tragedii na trasach pielgrzymkowych, wystarczy wziąć do ręki kalkulator. Policzmy realne koszty operacyjne: paliwo, stawkę rynkową doświadczonego kierowcy i ratę za nowoczesny sprzęt. Matematyka jest brutalna - w budżecie najtańszych wycieczek nie ma miejsca na bezpieczeństwo. Jest za to miejsce na ukryte zyski, które wyprowadza się z budżetu wyjazdu, kładąc na szali życie i zdrowie pasażerów - ocenia.
Jego własna kalkulacja nie dowodzi jednak, że przy pielgrzymce Floratur zabrakło pieniędzy na bezpieczeństwo. Przy założeniu dwóch kierowców i uwzględnieniu kosztów eksploatacji autokaru pozostaje około 20 tys. zł przed kosztami ogólnymi działalności.
Pokazuje natomiast, jak wiele elementów trzeba zmieścić w cenie niespełna 1,9 tys. zł od uczestnika i jak szybko dodatkowe wydatki uszczuplają budżet.
O tym, dlaczego autokar zjechał z autostrady M3, rozstrzygnie węgierskie śledztwo. Na razie wiadomo, że kierowca był trzeźwy, a według wstępnych ustaleń mógł zasnąć za kierownicą.