Trump celuje w gospodarcze serce Iranu. Grozi zajęciem wyspy. Bilans może być niekorzystny
Trump celuje w gospodarcze serce Iranu. Grozi zajęciem wyspy. Bilans może być niekorzystny
Prezydent Donald Trump na cel bierze niewielką wyspę Chark, która odpowiada za eksport 90 proc. irańskiej ropy. Opcja posłania tam amerykańskich wojsk wciąż jest brana pod uwagę. Teheran wykorzystuje czas, by wyspę zmienić w twierdzę.
Irańska wyspa Chark to kluczowy terminal naftowy. Odpowiada za eksprot 90 proc. irańskiej ropy
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy
Donald Trump już dwa tygodnie temu ogłosił, że atak na infrastrukturę naftową na wyspie Chark w Iranie pozostaje opcją, jeśli Iran wciąż będzie paraliżował przepływ tankowców w cieśninie Ormuz. Groźby te powtórzył jeszcze dwukrotnie, zakładając nawet możliwość desantu i przejęcia tej kluczowej dla irańskiego eksportu ropy wyspy.
Jak tłumaczył sekretarz obrony USA Pete Hegseth, umożliwiłoby to Stanom Zjednoczonym kontrolę nad losem Iranu. To właśnie tu znajduje się największy irański terminal naftowy, który mimo trwającej od miesiąca wojny (atak rozpoczął się 28 lutego 2026 r.) wciąż umożliwia sprzedaż irańskiego surowca.
Położona zaledwie 30 km od irańskiego wybrzeża wyspa Chark odgrywa kluczową rolę w irańskiej gospodarce; obsługuje około 90 proc. eksportu ropy. Zlokalizowany tu terminal naftowy ma przepustowość 7 mln baryłek dziennie.
Największy irański punkt eksportowy wciąż funkcjonuje bez zakłóceń, mimo że wyspa była bombardowana. Do tej pory USA unikały uderzeń w rafinerie, pola naftowe i terminale. Dlaczego? Ponieważ zniszczenie tych instalacji jeszcze bardziej ograniczyłoby dostawy ropy na rynek i zachwiało cenami surowca. Stąd też ostrożność USA.
Teoretycznie przejęcie kontroli nad wyspą z pewnością byłoby uderzeniem w dochody Iranu ze sprzedaży ropy, ale nie oznaczałoby przyjęcia irańskiej ropy.
Zajęcie wyspy Chark niewiele zmienia z punktu widzenia amerykańskiego wpływu na rynek ropy. Teoretycznie USA mogłyby wraz z wyspą przejąć składy i być może tankowiec, jeśli akurat by się znajdował w porcie, ale co dalej? To terminal eksportowy, do niego potrzebne są dostawy ropy. Przecież nie będą prosić Teheran o dalsze dostawy - stwierdza Andrzej Sikora, prezes Instytutu Studiów Energetycznych.
Dodatkowo, gdyby Chark został wyłączony, Irannie utraciłby całego eksportu ropy, choć z pewnością straciłby jego główną arterię.
Według raportu EIA Iran posiada jeszcze dwa zapasowe terminale w Zatoce Perskiej: Lavan i Sirri (które przejęły eksportpodczasiracko-irańskiej wojny lat 80., kiedy to Irak wielokrotnie bombardował wyspę Chark, niszcząc jej infrastrukturę).
Są też mniejsze terminale Cyrus i Bahregansar oraz terminal Assaluyeh nad Morzem Kaspijskim, który służy głównie do eksportu kondensatu, a nie klasycznej ropy crude.
Alternatywą jest też Jaskznajdujący się nad Zatoką Omańską, czyli już poza Cieśniną Ormuz. Kpler już odnotował pojedynczy załadunek w tym porcie w marcu 2026. Jednak to wciąż zbyt mały terminal, aby w całości mógł przejąć rolę Charku.
Według danych EIA z 2024 r. rurociąg Goreh–Jask ma spore ograniczenia. Jego efektywna przepustowość to około 300 tys. baryłek dziennie, dużo mniej niż projektowe 1 mln b/d. Jeszcze w lutym 2026 IEA pisała, że rurociąg i port de facto pozostają niewystarczająco operacyjne jako pełnowartościowa alternatywa.
Iran tworzy twierdze na Chark
Teheran zdaje sobie sprawę ze znaczenia terminala na Chark. Wykorzystał dany mu czas, aby umacniać wyspę.
Jak poinformował w czwartek CNN, powołując się na informacje z amerykańskiego wywiadu, Iran w ostatnich tygodniach przesuwał personel wojskowy i fortyfikował wyspę w przygotowaniach do ewentualnego ataku sił amerykańskich na nią.
Według amerykańskich wojskowych Chark relatywnie byłaby celem "uchwytnym" militarnie. Były dowódca Centralnego Dowództwa USA, Joseph Votel, powiedział portalowi TWZ, że samą wyspę dałoby się zająć stosunkowo szybko, być może nawet siłami rzędu 800–1000 żołnierzy. Prawdziwym problemem byłoby późniejsze utrzymanie pozycji.
Wyspa już ma wielowarstwową obronę, a w ostatnich tygodniach Teheran przerzucił tam dodatkowe przenośne zestawy pocisków przeciwlotniczych - podał CNN.
Iran rozmieścił również miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne wokół wyspy, w tym na linii brzegowej, gdzie wojska amerykańskie mogłyby wysadzić desant.
Z militarnego punktu widzenia wkroczenie na tę wyspę wojsk amerykańskich wiązałoby się ze zwiększeniem liczby ofiar po stronie USA. Nie wiem, czy są na to gotowi - ocenił w rozmowie z money.pl Andrzej Sikora.
Jak pisał w czwartek Reuters, powołując się na analizy analityków Ryana Brobsta i Camerona McMillana z Fundacji Obrony Demokracji (Foundation for Defense of Democracies oraz Center on Military and Political Power), żołnierze USA byliby narażeni na ataki rakietowe i ataki dronów, w tym potencjalnie małych, ale śmiercionośnych dronów.
"Zajęcie i okupacja wyspy Chark z większym prawdopodobieństwem doprowadziłyby do rozszerzenia i wydłużenia wojny, niż przyniosłyby jakiekolwiek decydujące zwycięstwo USA" - ocenili.
Iran wciąż posiada zdolności rażenia celów oddalonych nawet o wiele kilometrów od jego terytoriów, a wyspa Chark leży zaledwie 32 kilometry od lądu. Siły amerykańskie znalazłyby się w zasięgu innych irańskich wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, nawet niektórych dział artyleryjskich wystrzeliwujących pociski wspomagane rakietowo - oceniają analitycy Center on Military and Political Power.
Jednostki, które znalazłyby się na Charku, dodatkowo musiałyby otrzymać ochronę. Samo lotnictwo w tym przypadku to za mało. Amerykańskie okręty musiałyby wpłynąć przez Cieśninę Ormuz, przebyć drogę niemal przez całą Zatokę Perską, w pobliżu irańskiego wybrzeża, co umożliwiłoby Iranowi przeprowadzenie skutecznych ataków.
To oznacza, że USA muszą bardzo dokładnie przekalkulować bilans zysków i potencjalnych strat wynikających z ewentualnego przejęcia "naftowej twierdzy" Iranu.
Przemysław Ciszak, dziennikarz money.pl
Przemysław Ciszak
Dziennikarz portalu finansowego money.pl. Wcześniej redaktor prowadzący magazynu dla mężczyzn MenStream.pl. W 2014 roku nominowany do nagrody Grand Press w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne za reportaż o śmiercionośnym wirusie ebola. Specjalizuje się w tematach dotyczących energetyki od atomu, gazu i ropy naftowej po OZE.