"OZE-sroze"? Przecież wielki boom na fotowoltaikę miał miejsce za rządów PiS
Przemysław Czarnek deprecjonuje OZE, choć sam oszczędza na fotowoltaice. Paradoksem jest, że największy boom na odnawialne źródła energii w historii Polski miał miejsce w czasie rządów PiS – dzięki systemowi dotacji, aukcji i prosumenckiej fotowoltaice.
– Co musi zrobić silne państwo, stając u boku Karola Nawrockiego? To państwo ma pojechać do Brukseli i powiedzieć: nie mamy już ETS-u w Polsce, wypowiadamy to, nasze firmy nie będą tego płacić. Nie mamy żadnego waszego miksu energetycznego. Nie mamy żadnego Zielonego Ładu, żadnych "OZE-sroze" dofinansowanych z dopłatami. My mamy nasz miks węglowy, bo mamy nasze bogactwa naturalne i wara wam od nich. My mamy nasz węgiel – mówił w weekend w Krakowie Przemysław Czarnek, świeżo namaszczony przez PiS kandydat na premiera. Krótko potem okazało się, że sam ma na dachu panele fotowoltaiczne. Ale cynizmu w tej wypowiedzi jest dużo więcej.
Ile rząd PiS zyskał na ETS?
Po pierwsze, Polska nie "wypowie" systemu EU Emissions Trading System tak po prostu. Dyrektywa jest częścią prawa unijnego i państwo członkowskie nie może jednostronnie zawiesić jej stosowania. Gdyby Polska odmówiła udziału w ETS, to zostałaby wszczęta procedura naruszeniowa, sprawa trafiłaby do TSUE, a ten mógłby nałożyć na nas wysokie kary. Dopóki jesteśmy w UE – ETS nas obowiązuje.
Owszem, system handlu emisjami CO2 jest jednym z kluczowych czynników, wpływających na koszty energii w Europie – im więcej elektrownie emitują, tym więcej płacą. I tak - uderza to zdecydowanie w energetykę opartą na węglu, co wielokrotnie w czasach rządów PiS (2015-2023) było wykorzystywane retorycznie.
Jednocześnie Polska właśnie w czasie rządów PiS uczestniczyła w negocjacjach unijnych dotyczących kolejnych reform ETS, m.in. w ramach pakietu klimatycznego Fit for 55. Mieliśmy prawo głosu. Co więcej, korzystaliśmy z mechanizmów finansowych powiązanych z tym systemem. Od 2015 r. wpływy Polski z systemu ETS wzrosły z ok. 0,5 mld zł rocznie do ponad 20 mld zł, a łącznie w latach 2015–2023 przekroczyły ok. 95 mld zł. Sam 2021 r. przyniósł ok. 25,3 mld zł, czyli prawie połowę wpływów z wcześniejszych ośmiu lat.
Do 2027 r. unijny system handlu emisjami zostanie uzupełniony o odrębny system – ETS2, a opłaty za emisje obejmą też sektor transportu drogowego i budownictwa. Szacuje się, że do 2032 roku z tego systemu do budżetu będzie wpływać ok. 20–25 mld zł rocznie. Te środki – przynajmniej w założeniu – powinny być przeznaczane na transformację energetyczną i inwestycje w niskoemisyjne źródła energii.
Czarnek chce węgla, a węgiel znika
Potencjalny premier z ramienia Prawa i Sprawiedliwości chce jednak powrotu do węgla. Argumentuje, że to nasze bogactwo naturalne i należy z niego korzystać. Tak, węgiel wciąż pozostaje podstawą polskiej energetyki. W Polsce w 2025 r. węgiel spadł do historycznie najniższego poziomu i stanowi nieco ponad połowę miksu energetycznego, podczas gdy wiatr i słońce osiągnęły rekordowy udział ponad 25 proc." – wynika z raportu "European Electricity Review" analityków z organizacji Ember. Zaledwie dekadę temu to było około 90 proc. Oznacza to jedną z największych zmian strukturalnych w historii polskiego systemu energetycznego i PiS brało udział w tej przemianie jako strona rządząca do 2023 roku.
Polityczna deklaracja powrotu do węgla ma również wymiar finansowy. Polska energetyka węglowa wciąż jest jednym z najbardziej dotowanych sektorów gospodarki. W czasie rządów PiS państwo przeznaczało na górnictwo kilka miliardów złotych rocznie, a podpisana w 2021 r. umowa społeczna z górnikami przewidywała system dopłat do nierentownych kopalń (ok. 29 mld zł pomocy publicznej dla sektora do 2031 r.) i wsparcie procesu ich wygaszania w latach czterdziestych. Ta państwowa kroplówka wciąż się sączy: w 2025 r. dopłaty do sektora sięgały ok. 9 mld zł, a w projekcie budżetu na 2026 r. zapisano ok. 5,5 mld zł. Środki trafiają m.in. na dopłaty do nierentownego wydobycia i osłony socjalne dla pracowników sektora.
Dane pokazują wyraźny trend: rola węgla w systemie energetycznym spada, a OZE rosną szybciej, niż zakładano jeszcze kilka lat temu. Inna rzecz, że ten rozwój napotyka na takie przeszkody jak przeciążenie nieprzygotowanej wystarczająco na OZE sieci energetycznej czy brak magazynów energii.
Boom fotowoltaiki zawdzięczamy PiS
Najbardziej spektakularna zmiana wydarzyła się w fotowoltaice. Jak przypomina Fundacja Instrat w niedawno udostępnionej analizie "Fotowoltaika balkonowa – ciekawostka czy rzeczywisty sposób na oszczędności?": "Polska od początku dekady doświadcza prawdziwego boomu: od początku 2020 moc zainstalowana w tym źródle energii wzrosła aż 15-krotnie! Brak zagrożenia blackoutem w lecie to niejedyna korzyść: fotowoltaika przyczyniła się wraz z innymi źródłami do spadku udziału węgla w miksie niemal do ok. 50 proc., co pozwoliło zaoszczędzić miliardy złotych na opłatach za emisje. Ale bezpośrednio oszczędza też 1,5 miliona gospodarstw domowych: połowa z 25 GW mocy zainstalowanej w fotowoltaice to instalacje prosumenckie.
Stało się tak dzięki systemom wsparcia i dopłat wprowadzonych właśnie w czasie rządów PiS. Najważniejsze programy to dobrze nam znane "Czyste Powietrze" czy "Energia Plus". Wraz z uruchomieniem programu "Mój Prąd" w 2019 roku natomiast, liczba instalacji fotowoltaicznych zaczęła rosnąć lawinowo: z ok. 54 tys. prosumentów w 2018 r. do prawie 460 tys. w 2020 i ponad 1,2 mln w 2022 r. Pod koniec 2023 r., czyli ostatniego roku rządów PiS, liczba prosumentów w Polsce przekroczyła już 1,3 mln, a łączna moc mikroinstalacji fotowoltaicznych sięgała ponad 10 GW. To jeden z najszybszych wzrostów energetyki rozproszonej w Europie.
Drugim filarem wsparcia był system aukcyjny OZE, który gwarantuje inwestorom stabilną cenę energii przez kilkanaście lat. Dzięki temu powstały setki dużych instalacji fotowoltaicznych. Faktem jest, że w czasie tych samych rządów wprowadzono regulację, która znacząco spowolniła rozwój energetyki wiatrowej na lądzie (chodzi o tzw. ustawę odległościową 10H z 2016 r.).
Mimo tej obstrukcji wobec wiatraków transformację energetyczną i systematyczny wzrost udziału OZE w miksie energetycznym PiS zapisywało również w strategicznych dla państwa dokumentach, m.in. w Polityce Energetycznej Polski do 2040 r. "OZE jest elementem dywersyfikacji miksu elektroenergetycznego. W perspektywie 2040 r. dążyć się będzie do tego, aby około połowy produkcji energii elektrycznej pochodziła z odnawialnych źródeł – pisano w aktualizacji do tej polityki z 2022 r. – Obok dalszego rozwoju mocy wiatrowych i słonecznych, zintensyfikowane będą działania mające na celu rozwój wykorzystania OZE niezależnych od warunków atmosferycznych, czyli wykorzystujących energię wody, biomasy, biogazu czy ciepła ziemi. Szczególnie pożądane będzie wykorzystanie OZE w klastrach energii i spółdzielniach energetycznych oraz w ramach instalacji hybrydowych. Zwiększone zostanie wsparcie finansowe w instrumentach wspierających samowystarczalność energetyczną gospodarstw domowych" – czytamy dalej.
Czarnek chce demontować PV. Może niepotrzebnie?
Wydaje się, że to właśnie z tych programów, w tym boomie skorzystał sam Przemysław Czarnek: – Fotowoltaikę zamontowałem chyba pięć lat temu, kiedy w naszej gminie był program z dofinansowaniem – tłumaczył w Radiu Zet po tym, jak wytknięto mu, że krytykuje OZE, a sam z nich korzysta. A że korzysta i że inwestycja się zwraca, to łatwo policzyć. – Zapłaciłem za to 8100 zł, płacąc za energię wówczas jakieś 2–2,5 tys. zł rocznie. Po zamontowaniu fotowoltaiki płaciłem za energię 1 000–1 200 zł rocznie – mówił dalej Czarnek.
Zapowiedział też likwidację paneli. – I tak codziennie myślę o tym, czy na tym dachu mi się ta fotowoltaika nie zapali, co się stanie, jak to się zepsuje – mówił. Być może kandydata na premiera uspokoją liczby, bo według danych strażaków, rocznie odnotowuje się kilkaset interwencji, w których pojawia się instalacja PV (to wciąż nie oznacza samozapłonu instalacji fotowoltaicznej, lecz wyłącznie pożar w domu, w którym się znajdowała). Takich instalacji jest dziś w Polsce ponad 1,5 mln, czyli pożarów z ich udziałem rocznie jest mniej niż 0,05 proc. W dodatku analizy wskazują, że gdy już dochodzi do pożaru, najczęściej przyczyną jest człowiek: błędy projektowe, montażowe lub brak serwisu, a sama technologia PV niełatwo ulega samozapłonowi. Może więc skoro Przemysław Czarnek ma już – jak wielu Polaków – nieźle działającą instalację PV, to może lepiej prywatnie zadbać o jej poprawny serwis, a politycznie – o rozwój infrastruktury dla OZE, niż robić krok w tył i ją demontować?
Aleksandra Majda, vicepresident ESG Impact Network, ekspertka ds. zrównoważonego rozwoju