Boom na odwołania po maturze. Wniosek nawet za 600 zł
Niektórzy uczniowie, jak dorośli za prawnika, wolą zapłacić za profesjonalne pismo. Bo trzeba umieć napisać odwołanie, znać kryteria oceniania. A to kosztuje – pisze w poniedziałek "Gazeta Wyborcza". I dodaje, że napisanie wniosku kosztuje nawet 600 zł.
"Gazeta Wyborcza" opisuje rosnące zainteresowanie płatną pomocą przy przygotowaniu odwołań maturalnych. Dziennik zwraca uwagę, że dla części uczniów stawką jest rekrutacja na studia, dlatego decydują się wydać pieniądze na pismo przygotowane przez osoby, które znają zasady i kryteria oceniania.
Odwołania po maturze. Oto liczby
Tegoroczni maturzyści rozpoczną serię egzaminów dojrzałości zaraz po majówce, a wyniki poznają 8 lipca. Dziennik podkreśla, że czas ma kluczowe znaczenie, jeśli zdający chce zdążyć przed zakończeniem rekrutacji. Pierwszym krokiem ma być złożenie wniosku o wgląd do pracy, co można rozpocząć "już od godziny 8.30 8 lipca".
Zaczynał od ketchupu. Dziś zatrudnia 30 tysięcy osób i obraca miliardami
Dyrektor OKE wyznacza termin wglądu w ciągu pięciu dni roboczych.
Po zapoznaniu się z pracą maturzyści mają dwa dni robocze na złożenie wniosku o weryfikację liczby punktów, a Okręgowa Komisja Egzaminacyjna ma 14 dni na odpowiedź, "czy wynik jest poprawny, czy nie". Następnie, według dziennika, maturzysta w ciągu kolejnych siedmiu dni może odwołać się od tego rozstrzygnięcia, a w ciągu kolejnego tygodnia dyrektor OKE informuje o wyniku odwołania.
W tekście przytoczono też dane CKE: na ok. 250 tys. zdających w 2025 r. na wgląd do pracy zdecydowało się 80609 osób. Poprawionych prac było "prawie pięć i pół tysiąca".
"Boom na odwołania"
"GW" ocenia, że w tym roku odwołań może być więcej, co dziennik wiąże zarówno ze wzrostem rynku usług pomagających pisać wnioski, jak i z tym, że "do matury w tym i przyszłym roku przystępuje tzw. półtora rocznika".
- To nie jest tak, że to egzaminatorzy źle sprawdzają – podkreśla szef CKE Robert Zakrzewski.
Innego zdania jest Artur Szymanek.
- Egzaminatorem jestem od 25 lat i obserwuję, jak to się zmieniało. Taki boom na odwołania zaczął się jakieś pięć lat temu, kiedy nas, egzaminatorów, zaczęło być mniej w stosunku do pracy, jaką mamy wykonać. Pracy jest za dużo, a nas jest za mało. A jak człowiek sprawdza dużo i długo, to nietrudno o pomyłkę - mówi "GW" Szymanek.
Źródło: Gazeta Wyborcza, PAP