Dlaczego Polacy powinni trzymać kciuki za Niemców? "Ten rząd ma po prostu pecha"

Friedrich Merz ma za sobą pierwszy rok rządów i wciąż wiele nierozwiązanych problemów. - Niemcy muszą mieć więcej wiary na wyjście z kryzysu. Skorzysta na tym cała Europa, także Polska - mówi w wywiadzie dla money.pl dr hab. Sebastian Płóciennik, dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

 Sebastian Płóciennik dla money.pl: w niemieckim społeczeństwie jest sporo frustracji
Źródło zdjęć: © Adobe Stock, East News | Jarama, Piotr Kamionka, ZipZapic.com
Tomasz Setta
Dźwięk został wygenerowany automatycznie i może zawierać błędy
  • Polityczne spory wewnątrz koalicji to tylko jeden z powodów, dla których niemiecka gospodarka wciąż nie może wyjść na prostą - tłumaczy w rozmowie money.pl dr hab. Sebastian Płóciennik.
  • Szef Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej zwraca uwagę na bardzo silne powiązania naszych gospodarek, ale też na zmieniającą się rolę polskich przedsiębiorców, coraz częściej gotowych do ekspansji u naszych sąsiadów.
  • Ekspert komentuje też zapowiedź Donalda Trumpa dotyczącą wycofania części amerykańskich sił wojskowych z Niemiec. - Sam kontyngent nie jest tak istotny, ale USA wycofują też wyrzutnie rakiet - zwraca uwagę nasz rozmówca.

Tomasz Setta, dziennikarz money.pl: Kanclerz Niemiec to osoba, która w jakimś sensie wywodzi się z biznesu. Friedrich Merz przez lata rozwijał karierę prawnika, był poza polityką, a teraz w tej polityce zawodzi biznes. Co poszło nie tak?

Dr hab. Sebastian Płóciennik, dyrektor Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej: Friedrich Merz mierzy się z kryzysem, który trwa właściwie od 2018 roku. Bardzo trudno jest wyjść z niego w ciągu kilkunastu miesięcy - a tyle przecież minęło od zmiany władzy - zwłaszcza że doszły nowe szoki, jak wojna w Iranie. Po drugie, obecny niemiecki rząd musi godzić często sprzeczne poglądy gospodarcze chadeków i socjaldemokratów, którzy tworzą koalicję.

Część politologów zwraca uwagę na problemy w komunikacji ze społeczeństwem. Według nich zbyt wiele sporów koalicyjnych jest wynoszonych do mediów, nie pomaga też składanie mocnych deklaracji, z których potem niewiele wychodzi. Przykładem jest szumnie zapowiadana "jesień reform". Niemcy wiązali z tym rządem wielkie nadzieje, więc tym ostrzej krytykują teraz kanclerza.

Yanosik bez konkurencji w Polsce. Prezes: to fenomen na skalę świata

Długotrwałe problemy niemieckiej gospodarki, wewnętrzne ograniczenia polityczne i kryzysy przychodzące z zewnątrz, jak trwająca wojna w Zatoce Perskiej - to wszystko brzmi jak przeszkody właściwie nie do usunięcia.

Ten rząd ma pecha: nikt przecież nie zakładał tak ostrego wstrząsu na rynku energii. Spodziewano się, że 2026 rok będzie pozytywnym przełomem, także dzięki uruchomieniu gigantycznych programów wydatkowych oraz zachętom podatkowym dla inwestycji prywatnych. Obecnej koalicji trudno zarzucić nieróbstwo. Uchwalono dotąd 175 ustaw - to o połowę więcej od poprzedniego rządu pod wodzą Olafa Scholza, w porównywalnym okresie. Oczekiwania, że wreszcie dojdzie do odbicia, były więc duże. Tymczasem nie będzie wzrostu PKB na poziomie 1,2-1,5 proc., tylko raczej w okolicach 0,4-0,5 proc.

Dużo mówimy o przeszkodach, z drugiej strony na początku maja weszła w życie umowa z krajami Mercosuru. Dla wielu niemieckich przedsiębiorców to szansa na znalezienie nowych rynków zbytu.

Mercosur ma na razie zbyt małe znaczenie dla eksportu Niemiec – np. rynek Brazylii to nawet nie jedna szósta wagi polskiego rynku. Umowa ma znaczenie ekonomiczne raczej w średnim terminie. Na razie sygnalizuje, że UE nie musi akceptować ani amerykańskiego protekcjonizmu, ani też brutalnej walki na subwencje, ku czemu skłaniają się Chiny.

W niemieckich elitach jest dość mocne przekonanie, że trzeba chronić rdzeń "starej" globalizacji i budować system umów handlowych pomiędzy państwami "średniej wielkości" - nawiązując do idei kanadyjskiego premiera Marka Carneya. W ten sposób można przetrwać obecne turbulencje: może w kolejnych wyborach w USA władzę przejmie ekipa bardziej skora do współpracy.

Niemcy chcą też ograniczyć zależność od Chin. Będzie to bardzo trudne, bo wielki biznes bardzo mocno postawił na obecność na tamtejszym rynku. Co gorsza, eksport do Chin spada, zaś import rośnie: ujemne saldo RFN sięga już 90 mld euro.

Które branże w niemieckiej gospodarce mają w tej chwili największe problemy? Domyślam się, że w czołówce jest przemysł motoryzacyjny.

Przemysł samochodowy ma wyjątkowo trudną sytuację. Po pierwsze, bardzo mocno związał się z popytem w Chinach: producenci aut osiągali tam nawet jedną trzecią swoich obrotów. Niemieckim markom wyrosła jednak lokalna konkurencja, która nawet nie próbowała się bić na polu technologii spalinowych, tylko od razu przeszła do ataku w obszarze elektromobilności i sterowania pojazdami. Niemieckie koncerny przespały tę rewolucję. Dziś muszą już walczyć z chińską konkurencją nawet na rynku europejskim.

Oczywiście, są podejmowane próby dostosowania się do tej sytuacji, jednak nie jest to łatwe. Koszty produkcji są za wysokie, restrukturyzację spowalnia biurokracja oraz konieczność uzgadniania jej ze związkami zawodowymi. Zmiany jednak postępują, czego dowodzą nowe, lepsze modele niemieckich aut. Część zasobów sektora zostanie pewnie przesunięta do "siostrzanego" przemysłu zbrojeniowego. Czy wyobrażamy sobie dzisiaj Volkswagena produkującego drony? Moim zdaniem jest to całkiem prawdopodobny scenariusz.

Niemniej, w przemyśle samochodowym - ale też w wielu innych branżach przemysłu - Niemcy nie będą mogły już korzystać z przywileju bycia liderem w globalnej gospodarce. Chiny rozwinęły swój gigantyczny przemysł, korzystając z efektów skali i skutecznie wypychają Niemcy z dotychczasowych bardzo zyskownych nisz.

Nałóżmy na to wszystko szerzej niemiecką scenę polityczną i bardzo dużą popularność skrajnej prawicy w postaci AfD. Historia nieraz przecież pokazała, że w takich okolicznościach trudno przeprowadzać głębokie, niepopularne reformy.

Nie zgadzam się z opinią, że to skrajna prawica ogranicza rząd przy wprowadzaniu zmian. W niemieckim społeczeństwie jest sporo frustracji, ale przede wszystkim z powodu odkładania zmian i powolnego tempa reform. Socjologowie zwracają uwagę na brak skutecznej komunikacji po stronie rządu. Ich zdaniem obywatele są gotowi zaakceptować trudne zmiany, ale chcą klarownego planu i w miarę sprawiedliwego podziału kosztów.

Mimo dominującej w debacie niemieckiej krytyki, warto jednak dodać, że wiele spraw posuwa się do przodu. Jest na przykład propozycja reformy systemu opieki zdrowotnej – trudna, ale jasno wykładająca cele zmian. Po drugie, wkrótce czeka nas reforma niemieckiego systemu emerytalnego. Jej początek był fatalny dla rządu: jesienią ubiegłego roku zbuntowała się młodzieżówka CDU, dla której proponowane zmiany były dalece niewystarczające. Nad zmianami w systemie pracuje teraz specjalna komisja powołana przez rząd, która w czerwcu ma przedstawić szczegóły. Jednym z punktów jest ukrócenie wcześniejszych emerytur.

Kolejny obszar zmian to rynek pracy, gdzie skorygowano system wsparcia dla bezrobotnych, a wkrótce być może poluzuje się ochronę przed zwolnieniem. Wszyscy są zgodni, że Niemcy powinni więcej pracować. Rząd pracuje także nad reformą podatkową – obniżeniem obciążeń dla osób o najniższych dochodach i klasy średniej.

W ostatnich dniach kanclerzowi doszedł jeszcze jeden ból głowy, czyli zapowiedź wycofania części amerykańskich żołnierzy z Niemiec. To chyba ostatnia rzecz, jakiej potrzebował teraz szef rządu.

Merz miał do tej pory niezłą passę w polityce międzynarodowej, nawet z Trumpem utrzymywał dość dobre relacje. Krytyka działań USA na Bliskim Wschodzie przez kanclerza mogła sprowokować tę zapowiedź, ale dla uczciwości trzeba dodać, że o zmniejszeniu amerykańskiego kontyngentu w Niemczech mówi się już od lat.

Kontyngent niższy o 5-7 tys. żołnierzy sam w sobie nie jest zresztą tak istotny. Dużo ważniejsza jest natomiast zapowiedź dotycząca wycofania wyrzutni rakiet średniego zasięgu, ponieważ realnie osłabia ona potencjał odstraszania militarnego. Niemcy zareagują na to promując większą autonomię Europy w sferze wojskowej.

Warto w tym kontekście wspomnieć takie dokumenty jak opublikowana na początku maja "Sparta 2.0", napisana przez przedstawicieli biznesu i ekspertów do spraw międzynarodowych. Także w polityce coraz częściej słychać opinię, że czas na większą koordynację działań z europejskimi sojusznikami w zakresie produkcji zbrojeniowej i polityki zagranicznej.

Marcel Fratzscher, szef uznanego instytutu DIW, zaproponował kilka dni temu sprzedaż części niemieckich rezerw złota na cele inwestycyjne, za co spotkała go krytyka. Słusznie?

Pomysł jest czysto teoretyczny, bo Bundesbank nie zgodzi się na sprzedaż złota w celu finansowania wydatków państwa. Poza tym, problemem Niemiec nie jest dzisiaj brak pieniędzy.

Zanim powstał rząd Friedricha Merza, CDU/CSU i SPD przy wsparciu Zielonych zapisały w konstytucji utworzenie funduszu na infrastrukturę i ochronę klimatu o wartości 500 miliardów euro. Dodatkowo wyłączono z reżimu hamulca długu wydatki na obronę powyżej poziomu 1 proc. PKB. Łącznie chodzi o 850 mld euro na kolejne lata, więc to nie pieniądze są wyzwaniem.

Problemem są biurokratyczne bariery i tempo podejmowania decyzji na bardzo wielu szczeblach: federalnym, landowym, lokalnym. Problemem jest też demografia, wysokie koszty pracy i podatki oraz zapóźnienia w cyfryzacji. Ale nie pieniądze.

Co te wszystkie problemy oznaczają dla polskiej gospodarki? Niemcy to nieustannie nasz najważniejszy partner.

Nasze gospodarki są bardzo silnie powiązane; widać to po wymianie handlowej, która przekroczyła w zeszłym roku 180 miliardów euro. Spora część tej wymiany wynika oczywiście z zaangażowania niemieckich inwestorów w Polsce. Ale mamy też drugi, ciekawy i stosunkowo nowy aspekt, czyli ekspansję polskich firm w Niemczech.

W zeszłym roku mieliśmy kilka jej przykładów, chociażby przejęcie fabryki tramwajów Heiterblick w Lipsku przez Pesę. Dla inwestorów z Polski ciekawą opcją są firmy z sektora Mittelstand (sektor małych i średnich firm - przyp. red.) – nierzadko pogrążone w kryzysie i zmagające się z problemem sukcesji.

Nie zapominajmy też, że zmienia się model naszych relacji. Polska jest już po prostu za droga na to, żeby być wyłącznie miejscem do zlokalizowania tańszej produkcji. Niemieckie firmy zlecają nam nie tylko wytworzenie czegoś tanio, ale też inaczej, lepiej, w bardziej innowacyjny sposób. Przestajemy być tanim podwykonawcą, coraz częściej modernizujemy, polepszamy.

Czy kłopoty Niemiec są dla nas zagrożeniem? Niektórzy twierdzą, że wręcz przeciwnie: zadyszka lidera gospodarczego UE daje nam szansę ekspansji na tamtejszy rynek, skłania też Berlin do kompromisowej polityki na poziomie europejskim. Byłbym jednak ostrożny: słabość gospodarki Niemiec jest potencjalnie zaraźliwa, poza tym zmniejsza szanse Europy w coraz ostrzejszej konkurencji z Chinami i USA.

Poza tym istnieje ryzyko, że słabe gospodarczo Niemcy staną się eurosceptyczne, bardziej egoistyczne, skłonne do współpracy z Rosją ponad naszymi głowami. Powinniśmy więc trzymać kciuki za powodzenie reform rządu Friedricha Merza.

Rozmawiał Tomasz Setta, dziennikarz money.pl

Wybrane dla Ciebie