Izrael atakuje Iran. Ekspert: To próba zmiany reżimu
W sobotę rano świat obiegła informacja o rozpoczęciu izraelskich nalotów na Iran. Według wstępnych analiz ekspertów, skala ataku sugeruje, że celem nie jest tylko zniszczenie infrastruktury, ale fizyczna eliminacja kierownictwa państwa. W tle pozostaje pytanie o reakcję rynków paliw, przed którą analitycy ostrzegali już tydzień temu.
Sytuacja na Bliskim Wschodzie uległa drastycznej eskalacji. Minister obrony Izraela, Israel Kac, oficjalnie ogłosił rozpoczęcie "prewencyjnego ataku" na Islamską Republikę Iranu. Decyzja ta natychmiast pociągnęła za sobą wprowadzenie stanu wyjątkowego w całym Izraelu oraz zamknięcie przestrzeni powietrznej tego kraju.
To kulminacja napięć, które narastały przez ostatnie tygodnie, gdy prezydent USA Donald Trump coraz bardziej skłaniał się ku atakowi na dużą skalę przeciwko Iranowi. Eksperci od tygodni ostrzegali przed eskalacją konfliktu i jego potencjalnymi konsekwencjami dla światowej gospodarki.
Wielki powrót polskiej marki. Prezes ujawnia, co go uratowało
Rydelek: To atak dekapitacyjny
Szczegółową analizę bieżących wydarzeń przedstawił w sobotę rano na platformie X (dawniej Twitter) Tomasz Rydelek, znany analityk regionu prowadzący profil "Puls Lewantu". Ekspert zwraca uwagę, że trwające naloty obejmują kluczowe ośrodki: Teheran, Kom, Isfahan oraz Chorramabad. Z docierających do niego wstępnych informacji wynika, że uderzenia są precyzyjnie wymierzone w siedziby najważniejszych służb i urzędów państwowych.
Rydelek przytacza spekulacje izraelskich mediów, które określają operację mianem "ataku dekapitacyjnego". Termin ten w nomenklaturze wojskowej oznacza uderzenie mające na celu zabicie kluczowych decydentów i sparaliżowanie łańcucha dowodzenia przeciwnika. Tezę tę zdają się potwierdzać doniesienia agencji Reuters, według których najwyższy przywódca duchowy Iranu, ajatollah Ali Chamenei, został ewakuowany i nie przebywa obecnie w stolicy.
Autor "Pulsu Lewantu" zauważa również istotny aspekt psychologiczny operacji. Izraelskie służby mają kolportować w sieci wezwania do Irańczyków, sugerujące scenariusz znany z "wojny 12-dniowej". Izrael prawdopodobnie będzie dążył do podburzenia ludności cywilnej do buntu przeciwko władzom republiki islamskiej. Według cytowanych przez Rydelka izraelskich mediów, uderzenia mogą potrwać co najmniej kilka dni, a nieoficjalnym celem operacji ma być "zmiana reżimu".
Analityk wskazuje także na możliwy udział sojuszników Izraela. Powołując się na anonimowych urzędników Białego Domu, Rydelek pisze, że w ataku biorą udział również Amerykanie. Lotnictwo Stanów Zjednoczonych ma operować z dwóch lotniskowców oraz szeregu baz rozmieszczonych w regionie.
Widmo paliwa po 10 złotych?
Eskalacja konfliktu natychmiast przywołuje pytania o konsekwencje dla światowej gospodarki, a w szczególności dla cen surowców energetycznych. Warto w tym miejscu przypomnieć opinię Dawida Czopka, eksperta ds. rynków finansowych i zarządzającego Polaris FIZ, opublikowaną na łamach money.pl tydzień przed atakiem.
Czopek w swojej analizie ostrzegał, że konflikt z Iranem to nie tylko kwestia cen ropy, ale również gazu. Kluczowym punktem na mapie pozostaje Cieśnina Ormuz. To wąskie gardło, przez które transportowana jest nie tylko ropa z Zatoki Perskiej, ale także LNG z Kataru – surowiec, który w dużej mierze zastąpił w Europie gaz rosyjski.
Ekspert zauważył, że historyczne analizy wskazują na ryzyko wzrostu cen ropy nawet do 150 dolarów za baryłkę w przypadku blokady cieśniny. Przekładając to na polskie realia, przy założeniu stałości innych czynników (takich jak kursy walut i podatki), mogłoby to doprowadzić ceny paliw na stacjach do poziomu około 10 zł za litr.
Jednocześnie Dawid Czopek uspokajał, że taki scenariusz, choć możliwy, jest mało prawdopodobny w długim terminie. Przypomniał, że Polska – podobnie jak inne kraje UE – posiada strategiczne zapasy ropy i paliw wystarczające na co najmniej 90 dni. Uwolnienie tych rezerw w przypadku blokady Ormuz mogłoby skutecznie amortyzować szok cenowy.
Giełdy reagują z opóźnieniem
Inwestorzy i kierowcy z niepokojem patrzą na wykresy, jednak w weekend rynki finansowe rządzą się swoimi prawami. Handel surowcami (ropa, złoto) na giełdach w Chicago i Londynie kończy się w piątek późnym wieczorem i wznawiany jest dopiero w niedzielę w nocy czasu polskiego (około godziny 23:00 lub 24:00).
Oznacza to, że w momencie, gdy spadają bomby, oficjalne notowania giełdowe "stoją w miejscu". Reakcję inwestorów zobaczymy dopiero w niedzielę w nocy, w momencie otwarcia rynków w Azji. W sytuacjach tak gwałtownych jak wybuch wojny, często dochodzi do tzw. luki cenowej – notowania otwierają się na poziomie znacznie wyższym lub niższym niż piątkowe zamknięcie, pomijając poziomy pośrednie.
Ewentualne zmiany kursów widoczne w weekend w kantorach internetowych czy aplikacjach fintechowych wynikają zazwyczaj z doliczania przez pośredników wyższych marż (tzw. spreadów), mających zabezpieczyć ich przed ryzykiem nagłych zmian kursów po otwarciu rynków, a nie z realnego obrotu giełdowego.
Scenariusz, który właśnie się materializuje, był przedmiotem analiz już w połowie lutego. Eksperci ostrzegali wtedy, że widmo konfliktu na linii USA-Iran nieuchronnie podbije ceny surowców energetycznych, a ropa może osiągnąć poziomy niewidziane od września ubiegłego roku. Jednocześnie rynek zaczął wyceniać ryzyko blokady Cieśniny Ormuz, przez którą przepływa znacząca część światowych dostaw ropy i gazu skroplonego. Teraz te obawy stają się rzeczywistością, a pytanie brzmi: jak długo potrwa konflikt i czy Iran zdecyduje się na zamknięcie strategicznej cieśniny, co mogłoby sparaliżować światowy handel energią.