2 miliony Polaków odczują "podniżkę", a nie podwyżkę [OPINIA]
Ministerstwo Rodziny Pracy i Polityki Społecznej zarekomendowało rządowi nową stawkę minimalnego wynagrodzenia na 2027 r. na poziomie 4986 zł brutto, czyli o 180 zł więcej niż obecnie. W najlepszym wypadku oznaczałoby to, że realna najniższa krajowa stałaby w miejscu w porównaniu do 2025 r. Nie jest jednak wykluczone, że dwa lata z rzędu będzie ona spadać - pisze dla money.pl Kamil Fejfer.
Związkowcy oczekują większych środków. Domagają się podwyżki wynagrodzenia minimalnego do co najmniej 5200 zł brutto. Obecna płaca minimalna wynosi 4806 zł brutto, co przekłada się na około 3606 zł na rękę. To o 3 proc. więcej w porównaniu do płacy minimalnej z 2025 r.
"Podniżka", a nie podwyżka płacy minimalnej
Warto jednak zrobić korektę inflacyjną. To bowiem powie nam, ile realnie zyskali pracownicy. W tym miejscu zaczynają się jednak problemy. Prognozy inflacyjne NBP z lipca 2025 r. wskazywały na to, że ceny towarów i usług wzrosną w 2026 r. o 3,1 proc.
To oznaczałoby, że mielibyśmy do czynienia nie z podwyżką, ale \"podniżką\" płacy minimalnej. Rząd o tym doskonale wiedział i zgodził się na ryzyko utraty dochodu przez najmniej zarabiających.
Średnia krajowa to 9500 złotych? Skąd GUS bierze takie dane
Rok 2026 rozpoczął się jednak zaskakująco dobrze, jeśli chodzi o inflację. Zanim Donald Trump zdecydował o bezmyślnym ataku USA na Iran, wzrost cen zwiastował, że realnie najgorzej opłacani pracownicy jednak wyjdą w 2026 na plus. Po trumpowskich atakach sytuacja jednak się zmieniła.
Według prognozy Komisji Europejskiej z końca maja średnioroczna inflacja w Polsce w obecnym roku dobije do 3,6 proc. To z kolei oznacza, że wzrost cen wyprzedzi wzrost płacy minimalnej. A to z kolei przełoży się na fakt, że osoby w najgorszym położeniu na rynku za swoje wypłaty będą mogły kupić mniej niż w 2025 r.
Projekcja inflacji NBP stała się szybko nieaktualna
Podobny scenariusz może powtórzyć się w 2027 r. Zaproponowane 180 zł podwyżki najniższej krajowej oznacza nominalny wzrost o 3,7 proc. A jak wyglądają prognozy inflacyjne na przyszły rok? Narodowy Bank Polski w marcowej projekcji mówił o inflacji na poziomie 2,5 proc. Oznaczałoby to realny wzrost najniższej krajowej o delikatnie ponad 1 proc. Powiedzieć, że nie jest to oszałamiająca podwyżka, to jak nie powiedzieć nic.
Tu jednak pojawia się pewien problem. Otóż NBP swoją projekcję tworzył w momencie ataku USA na Iran, przed wielotygodniową blokadą cieśniny Ormuz (zwróciłem się do NBP z pytaniem o to, kiedy była prognoza tworzona. Nigdy nie otrzymałem odpowiedzi). To z kolei oznacza, że analiza nie brała pod uwagę szoku zafundowanego nam przez prezydenta USA.
Wspomniana Komisja Europejska tymczasem wskazuje, że w 2027 r. ceny towarów i usług w Polsce wzrosną o 2,9 proc. Co prawda mniej niż wynosiłby zaproponowany przez ministerstwo wzrost płacy minimalnej. Ale podwyżka w ujęciu realnym byłaby w zasadzie niezauważalna dla portfeli.
Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że w tym roku najniżej zarabiający dostaną "podniżkę", to niecały procent wzrostu w przyszłym roku będzie oznaczał zaledwie wyrównanie w stosunku do 2025 r. Oznacza to nie mniej, nie więcej, że w najlepszym scenariuszu osoby na najniższej krajowej za swoje pensje w 2027 będą mogły sobie kupić tyle, co dwa lata temu.
Ale to nie wszystko. Tak niewielki zakres podwyżki (pensji minimalnej - red.) w ujęciu realnym oznacza, że każdy szok cenowy odbije się negatywnie na portfelach osób, które powinny być przez minimalną chronione. Urwanie łańcuchów dostaw, kolejne dziwne ruchy amerykańskiej administracji choćby w obrębie ceł, kiepska sytuacja gospodarki niemieckiej promieniująca na naszą ekonomię – wszystko to stanowi realne zagrożenie wypłat osób na minimalnej.
Rozumiem oczywiście, że nie możemy podwyższać płacy minimalnej w tempie, które obserwowaliśmy kilka lat temu. Przypomnijmy, że od stycznia 2023 do stycznia 2024 najniższa krajowa podskoczyła nominalnie o 22 proc., co było absolutnym rekordem w całej potransformacyjnej historii Polski. Wzrost ten nie był jednak bezpodstawny – chronił najbardziej wrażliwych pracowników (z naddatkiem!) przed szokiem inflacyjnym pożerającym nasze dochody.
Było więc jasne, że rząd nie może w takim stopniu podwyższać najniższego wynagrodzenia przez kolejne lata. Ale realny wzrost na poziomie co najmniej 2-3 proc. był zupełnie "do przetrawienia" przez pracodawców.
Rada Ministrów postanowiła więc drugi raz z rzędu dać prezent pracodawcom. Trudno jest to czytać w inny sposób. Zamiast opowiedzieć się po stronie najbardziej wrażliwych pracowników, rządzący znów opowiadają się po stronie biznesu. W nienajlepszym świetle stawia to, lewicową przecież, Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk, która rekomendując tak niskie podwyżki, firmuje je swoją twarzą.