Rząd decyduje o pensjach trzech milionów osób. Ale od lat robi to w ciemno

Rząd, związkowcy i pracodawcy siadają do rozmów o podwyżce minimalnego wynagrodzenia. Każda ze stron ma w tej sprawie argumenty, ale nikt nie ma szeroko zakrojonych badań na ten temat. - Błądzimy jak dzieci we mgle, działamy kompletnie na ślepo - mówi money.pl dr Maciej Albinowski z Instytutu Badań Strukturalnych.

Donald Tusk podczas posiedzenia rząduDonald Tusk podczas posiedzenia rządu. Z prawej: dr Maciej Albinowski
Źródło zdjęć: © KPRM | mat. prasowe
Tomasz Setta
  • W połowie czerwca ruszą negocjacje dotyczące przyszłorocznej podwyżki minimalnego wynagrodzenia. Temat dotyczy ponad 3 mln osób, czyli ok. 20 proc. polskich pracowników.
  • Od pandemii pensja minimalna wzrosła w Polsce niemal dwukrotnie, o ponad 80 proc. - Niestety, nie mamy badań, które w pogłębiony sposób mogłyby ocenić wpływ tych podwyżek na rynek pracy - mówi dr Maciej Albinowski.
  • Ekspert tłumaczy też, dlaczego regionalne zróżnicowanie pensji minimalnej nie jest dobrym rozwiązaniem.

Tomasz Setta, money.pl: Potrzebujemy w Polsce cały czas takiego rozwiązania jak płaca minimalna?

Dr Maciej Albinowski, Instytut Badań Strukturalnych: Myślę, że tak. Pensja minimalna chroni interesy pracowników, którzy mają niską siłę przetargową, przede wszystkim w małych miejscowościach, gdzie jest np. jeden duży pracodawca. Chroni również imigrantów, których mamy w Polsce coraz więcej.

Pracownicy cudzoziemscy często nie są świadomi swoich praw. Oczywiście, odrębną sprawą pozostaje to, ilu z nich jest zatrudnionych na umowy o pracę. W idealnym świecie powinni mieć taką umowę - płaca minimalna jest wówczas ważnym narzędziem, które chroni ich dobrobyt.

Tak wygląda codzienność w biznesie. "Częściej się nie udaje, niż udaje"

Pytanie tylko, czy mamy jakąkolwiek wiedzę na temat skutków podnoszenia minimalnego wynagrodzenia? Kiedy rozmawialiśmy rok temu aktualnych badań na ten temat nie było. Coś się zmieniło od tamtej pory?

Niestety, nie ma żadnego postępu. W ciągu ostatnich kilku lat nie zostały w Polsce przeprowadzone żadne badania, które pozwalałyby w pogłębiony sposób ocenić wpływ płacy minimalnej na rynek pracy. W szczególności mam na myśli znaczące podwyżki tej pensji w okresie postpandemicznym. Brak takich opracowań bardzo mocno odróżnia nas od krajów Europy Zachodniej.

Kraj, z którym możemy się porównać, to Hiszpania, która również prowadzi aktywną politykę ustalania pensji minimalnej. W ostatnim czasie pojawiło się tam kilkanaście badań na ten temat, które dają później decydentom solidną wiedzę. Badacze korzystają przy tym z danych administracyjnych, podatkowych, ale też danych z systemu ubezpieczeń społecznych. Dzięki temu mogą sprawdzić, jak taka regulacja wpływa na sytuację różnych grup pracowników w różnych sektorach.

Podobnie jest w Niemczech. W ostatnim czasie pojawiło się tam ok. 30 badań. Tymczasem w Polsce działamy w tej sprawie kompletnie na ślepo.

A to rzeczywiście jest tak istotny problem? Nasza gospodarka przecież nadal funkcjonuje, także po silnych podwyżkach pensji minimalnej w latach 2023-2024.

Problem polega na tym, że nie wiemy, jak wyglądałby polski rynek pracy, gdyby nie te podwyżki. A mamy kilka niewiadomych. Jedna z nich to wpływ minimalnego wynagrodzenia na sytuację młodych pracowników, którzy mają najmniejsze doświadczenie, przez co pracodawcy mogą nie wyceniać ich pracy zbyt wysoko.

Kolejny temat - całkowicie pominięty w naszej debacie publicznej - to potencjalny wpływ tej regulacji na wyludnianie się małych i średnich miast.

Z jednej strony mamy strategię rozwoju Polski do 2035 r., gdzie bardzo dużo mówi się o tym, że to poważny problem społeczny. Ale z drugiej strony nie mamy pojęcia, jaki udział w tym zjawisku mają podwyżki pensji minimalnej. Chodzi np. o to, w jaki sposób taka regulacja może przyczyniać się do relokacji pracowników z mniejszych ośrodków do dużych miast.

Z makroekonomicznego punktu widzenia to może być postrzegane nawet pozytywnie, bo ludzie zmieniają pracę na lepiej płatną. Tylko że taka zmiana często wiąże się z kosztami społecznymi, których możemy już nie dostrzegać. Takim ukrytym kosztem jest chociażby kwestia dojazdów do pracy albo przeprowadzka, która również stanowi duże obciążenie przy obecnych problemach na rynku mieszkaniowym.

Jednocześnie ma pan rację: gospodarka sobie radzi. Współczynnik zatrudnienia w Polsce jest na najwyższym poziomie w historii, w danych makroekonomicznych nie widać problemów. Natomiast nie wiemy, jak wyglądałaby sytuacja alternatywna i jakie są ukryte koszty na poziomie małych miejscowości. A to są bardzo ważne sprawy z punktu widzenia spójności społecznej.

Mamy już pierwsze przymiarki do tegorocznych negocjacji w sprawie podniesienia pensji minimalnej. Organizacje pracodawców chciałyby najmniejszej możliwej podwyżki o ok. 50 zł brutto, związki zawodowe o blisko 400 zł. To dosyć duży rozstrzał - brak badań temu sprzyja?

Z pewnością tak. Na tym tle szczególnie postulat przedstawiony przez związkowców jawi się jako dość kontrowersyjny, bo podwyżka do kwoty 5200 zł brutto oznaczałaby, że pensja minimalna znów zdecydowanie przekroczy poziom 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Nawiasem mówiąc wchodzimy tutaj w obszar, gdzie mamy bardzo niewiele badań, bo mało gdzie na świecie minimalna pensja przekroczyła granicę wspomnianych 50 proc. To ważne, bo wielu ekonomistów - także zwolenników aktywnej polityki płacy minimalnej - uważa, że w takiej sytuacji można się już spodziewać negatywnych skutków dla zatrudnienia.

Gdybyśmy mieli w Polsce więcej badań na ten temat, być może ułatwiłoby to nam dyskusję o planowanych podwyżkach, a związki zawodowe byłyby bardziej ostrożne w formułowaniu swoich oczekiwań. W takich okolicznościach warto kierować się zasadą znaną z nauk medycznych: po pierwsze nie szkodzić.

Jeśli nie mamy aktualnych badań na temat potencjalnych skutków podwyżek, to powinniśmy zachować pewną ostrożność. Zwłaszcza że pensja minimalna w Polsce i tak już jest na bardzo wysokim poziomie. W krajach naszego regionu poziom takiej pensji tylko w niewielkim stopniu przekracza 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia. U nas - przypomnę - to okolice 50 proc.

Z drugiej strony taka jest chyba rola związków zawodowych? W negocjacjach trzeba najpierw grać wysoko, żeby potem mieć z czego zejść.

To prawda, ale rolą Rady Dialogu Społecznego - poza prowadzeniem rozmów z rządem - powinno być też inicjowanie i finansowanie badań. Szczególnie że ich koszt nie byłby wysoki.

Popatrzmy na przykład na nieszczęsny pilotaż skróconego czasu pracy. Ministerstwo Rodziny przeznaczyło na ten cel - a nawet nie bójmy się użyć tego słowa: zmarnowało - 50 milionów złotych. A to badanie jest źle zaprojektowane, nie przewidziano w nim grupy kontrolnej, jest masa innych błędów.

Za jeden procent tej kwoty można byłoby spokojnie zlecić pogłębioną, wszechstronną analizę wpływu pensji minimalnej. Natomiast ani resort, ani Rada Dialogu Społecznego nie są tym zainteresowane.

Z tymi negocjacjami pensji minimalnej jest właściwie tak, że co roku padają w nich te same argumenty, a jedyne, co się zmienia, to proponowane kwoty. "Przepalamy" w ten sposób czas, umykają nam ważniejsze tematy do dyskusji?

Mamy rzeczywiście dużo innych problemów, którymi się nie zajmujemy: dostosowywanie umiejętności pracowników do zmieniających się technologii, aktywizacja osób starszych na rynku pracy, które wciąż mogłyby pracować. Płaca minimalna jest natomiast bardzo nośnym tematem, także z powodu tych obligatoryjnych negocjacji.

Moim zdaniem tę dyskusję można byłoby otwierać rzadziej, np. raz na trzy lata. Ustalenie pewnej polityki na dłuższy okres niż tylko jeden rok byłoby bardziej efektywne - pod warunkiem oczywiście, że nie będzie po drodze żadnych niespodziewanych szoków dla gospodarki.

W debacie wybrzmiewają też argumenty organizacji pracodawców. Najczęściej powracający motyw to zagrożenie w postaci spłaszczenia siatki płac. Rzeczywiście, widać taki efekt?

Spłaszczenie siatki płac polegające na tym, że najmniej wykwalifikowani pracownicy zarabiają więcej, wcale nie musi być oceniane negatywnie ze społecznego punktu widzenia. Oczywiście, pewne zróżnicowanie wysokości wynagrodzeń jest konieczne, natomiast motywowanie pracowników w ten sposób, że najmniej produktywni otrzymują bardzo niskie pensje, to motywacja negatywna.

To spłaszczenie w dolnym obszarze rozkładu płac zwiększa spójność społeczną. Jako kraj, który zbliża się poziomem życia do Europy Zachodniej, powinniśmy więcej myśleć o spójności społecznej i zapobiegać tzw. ubóstwu w pracy. Wspomniane wcześniej badania w Niemczech i Hiszpanii pokazują, że podwyżki płacy minimalnej spełniają ten cel, jakim jest ograniczenie ubóstwa wśród pracowników.

"Podnieście jeszcze bardziej pensję minimalną, to więcej biznesów zniknie" - pewnie zna pan i takie komentarze.

Tak, dlatego nie jestem zwolennikiem bardzo silnych podwyżek, jak proponują to związki zawodowe. Sytuacja przedsiębiorców jest na pewno bardzo zróżnicowana i przekroczenie przez płacę minimalną o kilka punktów procentowych połowy płacy przeciętnej może faktycznie być zabójcze dla części działalności, szczególnie tych prowadzonych w mniejszych miejscowościach.

To kolejny powód, dla którego potrzebujemy badań: żeby w obiektywny sposób ocenić wpływ podwyżek na sytuację przedsiębiorstw i zobaczyć, gdzie granice bezpieczeństwa zostały już przekroczone.

Krótko mówiąc: pensja minimalna jest potrzebna do tego, żeby zabezpieczać interesy pracowników, ale w tych powiatach, gdzie rynek jest słabszy, trzeba również brać pod uwagę racje pracodawców. Pamiętajmy też, że przedsiębiorcy mają oczywisty interes w jak najniższych podwyżkach minimalnego wynagrodzenia. Dlatego potrzebujemy opracowań niezależnych instytucji, które pozwolą nam ustalić, jak jest naprawdę.

A podnoszony od czasu do czasu postulat zróżnicowania geograficznego pensji minimalnej - na przykład według województw - ma jakiś sens?

Polska jest zbyt małym krajem, żeby dokonywać takiego rozróżnienia. Ponadto zróżnicowanie wynagrodzeń jest większe wewnątrz województw niż pomiędzy województwami. W ramach poszczególnych województw występują duże dysproporcje pomiędzy aglomeracjami a słabszymi ekonomicznie powiatami.

Można rozważyć inny krok, czyli policzyć w dużych miastach tzw. living wage (pensja pozwalająca na utrzymanie się - red.), a potem przekonać pracodawców w Krakowie czy Warszawie, by oferowali minimum takie stawki. Można byłoby uczynić z tego pewien element społecznej odpowiedzialności biznesu. Ale znów: to też wymaga odpowiednich analiz.

Bez tych badań błądzimy z podwyżkami pensji minimalnej jak dzieci we mgle?

Zdecydowanie tak, w dodatku nie spacerujemy już po łące, tylko stąpamy po bardzo grząskim gruncie. Przypomnę na koniec, że pani minister Dziemianowicz-Bąk zapowiadała na początku urzędowania, że będzie prowadzić politykę resortu w oparciu o badania. Niestety, po dwóch i pół roku nic z tych obietnic nie zostało - poza pilotażem skróconego czasu pracy, który jest bardziej wydarzeniem propagandowym niż badaniem naukowym.

*Dr Maciej Albinowski jest jednym ze współautorów badania poświęconego skutkom podnoszenia minimalnego wynagrodzenia w Polsce. Opracowanie wydano w 2020 r., a przedmiotem analizy naukowców były lata 2004-2018.

Wybrane dla Ciebie