Kolejny ślad Rosji? "Jesteśmy poddawani tego typu atakom od dłuższego czasu"
Można podejrzewać, że operacje dyskredytujące SAFE są realizowane bądź inspirowane ze wschodu; chodzi o to, by podważyć istotę inwestowania w obronność — powiedział PAP ekspert ds. cyberbezpieczeństwa Piotr Łuczuk, komentując słowa szefa MON o nasilonej dezinformacji w sprawie unijnego programu.
Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz mówił podczas środowej konferencji prasowej o nasilonej dezinformacji dotyczącej programu SAFE. Zaznaczył, że w tym przypadku nie chodzi o naturalną w demokracji krytykę rządu, a "wrogie działanie, które ma niszczyć zaufanie do państwa, rozbijać sojusze, wspólnotę narodową i natowską". Zapewnił, że MON zaangażuje wszystkie dostępne środki do walki z manipulacjami i dezinformacją związaną m.in. z SAFE. Wskazywał, że ostatnie dni przyniosły wzrost "aktywności adwersarzy ze wschodu".
Pełnomocniczka rządu ds. SAFE Magdalena Sobkowiak-Czarnecka dodała, że to operacja wpływu, której celem jest "zohydzenie" pieniędzy z pożyczek w ramach programu SAFE oraz przekonanie Polaków, że nie warto inwestować w armię i bezpieczeństwo.
"Przytłaczający". Polacy oceniają Hotel Gołębiewskiego w Pobierowie
O te wypowiedzi PAP zapytała dr. Piotra Łuczuka, eksperta w dziedzinie cyberbezpieczeństwa z UKSW i centrum szkoleniowego Defender Academy. Jego zdaniem w przypadku dyskredytowania programu SAFE chodzi m.in. o to, żeby podważyć w ogóle istotę inwestowania w obronność oraz wyśmiać to, że Polska należy do tych krajów NATO, które wydają najwięcej na zbrojenia.
SAFE i dezinformacja?
Łuczuk przyznał, że niezależnie od tego, co się sądzi nt. SAFE, można podejrzewać, że w tym przypadku są to operacje realizowane bądź inspirowane ze wschodu.
My jesteśmy poddawani tego typu atakom na masową skalę już od dłuższego czasu, więc nie powinno nas to dziwić, a dziwi i to jest w sumie niepokojące - przyznał.
Ekspert zwrócił również uwagę na upowszechnienie się sztucznej inteligencji, co miało doprowadzić do tego, że operacje wpływu można tanio prowadzić na masową skalę i z jeszcze większą skutecznością.
Zauważył, że wcześniej łatwiej można było zidentyfikować treści pochodzące od inspirowanych przez Rosję trolli jako kłamliwe, ponieważ często zawierały one lapsusy językowe, które wskazywały na ich wschodnie pochodzenie. Natomiast wraz z rozwojem modeli językowych AI tego typu narracje stały się bardziej poprawne językowo.
Dziś wojna przenosi się do mediów społecznościowych. Tam bardzo często mamy do czynienia z budowaniem całych tożsamości i wirtualnych agentów, którymi się zarządza - powiedział dr Łuczuk.
Internetowe trolle i operacje wpływu
Wyjaśnił, że kiedyś internetowe trolle były prowadzone przez tzw. oficerów prowadzących, obecnie natomiast taki oficer może prowadzić nawet kilkanaście tysięcy kont, opartych o uczenie maszynowe i AI.
W opinii Łuczuka skuteczność operacji wpływu i ataków w cyberprzestrzeni jest ogromna. - Raporty z instytutów zajmujących się wojną w szerokim tego słowa znaczeniu już nie pozostawiają złudzeń, że ataki w cyberprzestrzeni oraz działania o charakterze cyberwojny mogą nieść ze sobą skutki porównywalne z atakami konwencjonalnymi — oznajmił.
Dodał, że operacje wpływu mogą dotykać również osoby, które nie są aktywne na platformach społecznościowych.
Dzisiaj w ogóle trudno jest nie być aktywnym w mediach społecznościowych, bo zawarte tam informacje rykoszetem i tak w jakiś sposób nas dosięgną. Jeżeli nie bezpośrednio z ekranu telefonu, to przez programy informacyjne w radiu czy telewizji, gdzie tematy wykreowane w platformach społecznościowych stają się często przedmiotem dyskusji - zauważył ekspert.
Podkreślił, że wielu odbiorców nie zdaje sobie sprawy, jakie niebezpieczeństwa pojawiają się na ich smartfonach. W dodatku rzadko wykorzystujemy platformy społecznościowe w krytyczny i analityczny sposób. Wskazał, że wiele osób nie traktuje informacji pojawiających się na tych platformach z wystarczającą dozą ograniczonego zaufania i nie sprawdza ich, a powinno się to robić.
Wsparcie wojska za miliardy euro
W środę Władysław Kosiniak-Kamysz wśród pojawiających się przestrzeni publicznej nieprawdziwych narracji wymienił m.in. twierdzenia, że "SAFE rozbraja polską armię", a także, że zakupiony z SAFE sprzęt trafi na Ukrainę.
Trudno mówić, że jak kupujemy sprzęt za 120 mld zł, to jest rozbrajanie Polski - zauważył szef MON.
Unijny program SAFE przewiduje ok. 43,7 mld euro dla Polski w formie europejskich pożyczek, które mogą zostać wydane na inwestycje w obronność, przede wszystkim na sprzęt dla Wojska Polskiego. Do tej pory na konto obsługiwanego przez Bank Gospodarstwa Krajowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych wpłynęło ok. 6,5 mld euro ze środków SAFE; to 15-proc. zaliczka ze wszystkich 43,7 mld euro.
Wraz z końcem maja zakończyła się pierwsza część podpisywania kontraktów na sprzęt wojskowy w ramach unijnego programu SAFE; do polskich zakładów trafi ok. 120 mld zł na wozy bojowe, artylerię czy sprzęt informatyczny. Następnym etapem będą zakupy dokonywane wspólnie z zagranicznymi partnerami.