Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego liczba ludności Polski na koniec czerwca spadła o 159 tys. rok do roku do 37,243 mln. Tempo ubytku rzeczywistego w pierwszym półroczu wyniosło minus 0,24 proc., co oznacza ubytek 24 osób na każde 10 tys. mieszkańców (wobec 23 przed rokiem).
GUS podał też, że między styczniem a czerwcem 2026 r. zarejestrowano ok. 115,0 tys. urodzeń żywych, czyli o ok. 1 tys. mniej niż rok wcześniej.
- Pamiętajmy, że ten spadek o 159 tysięcy jedynie łagodzi obraz kryzysu demograficznego. To jest dopiero początek tych spadków, który jest łagodzony przez wydłużającą się w Polsce średnią długość życia - zaznaczył w rozmowie z PAP Mateusz Łakomy, dyrektor nowo powołanego Programu Demograficon w Polskim Towarzystwie Gospodarczym, ekspert ds. polityki demograficznej i dzietności.
WIDEONiepokojąca prognoza. Tak zestarzeje się Polska
Łakomy, pytany, czy migracja mogłaby odwrócić negatywny trend, zaprzeczył i wskazał na skalę problemu. Zwrócił uwagę, że według wyliczeń ZUS utrzymanie obecnego poziomu współczynnika obciążenia demograficznego wymagałoby przyrostu cudzoziemców w wieku produkcyjnym na poziomie ok. 300 tys. rocznie. Jednocześnie podkreślił, że migracja nie jest sposobem na rozwiązanie kryzysu, choć może wpływać na jego łagodzenie.
Ekspert ocenił też, że odwrócenie trendu demograficznego jest możliwe, ale problem ma charakter długoterminowy. Według Łakomego im dłużej będą odkładane działania prodemograficzne, tym głębszy będzie w przyszłości sam kryzys. W jego ocenie rozwiązaniem problemów demograficznych może być wyłącznie wzrost dzietności.
Problemy już widać
Łakomy wskazał, że skutki problemów demograficznych w Polsce widać już m.in. na rynku pracy.
- Prowadziłem wyliczenia, z których wynikało, że w stosunku do szczytu liczby osób w wieku produkcyjnym, który mieliśmy w 2010 r., do czasów obecnych, liczba osób w wieku produkcyjnym spadła w Polsce o ponad 3 miliony. Dokładnie tyle brakowało nam urodzeń w latach 90. i 2000. Oznacza to, że gdyby dzietność wtedy była wyższa, mogliśmy tej luki nie mieć - zaznaczył.
Zdaniem rozmówcy PAP, w sytuacji malejącej liczby osób w wieku produkcyjnym sprowadzanie cudzoziemców do pracy dla konkretnych firm może być ratunkiem, jednak z perspektywy całej gospodarki może okazać się pułapką.
- Napływ pracowników podejmujących prace proste może sprzyjać utrzymywaniu przez dłuższy czas modelu gospodarczego, polegającego na konkurowaniu niskimi kosztami pracy. To zniechęca do wprowadzania pewnych innowacji, automatyzacji i nowych rozwiązań zarządczych - zaznaczył.
Pozytywna strona medalu
Jednocześnie Łakomy podkreślił, że w przypadku Polski napływ pracowników z Ukrainy pod wieloma względami był dla gospodarki pozytywny.
- Są szacunki, które mówią, że migranci w Polsce, z których prawie trzy czwarte to są Ukraińcy, wyrabiają od 5 proc. do prawie 11 proc. PKB. To jest duży i zauważalny odsetek. Natomiast tych fal migracyjnych w następnych latach czy dekadach już nie będzie - zaznaczył.
Według danych GUS liczba cudzoziemców wykonujących w Polsce pracę wyniosła pod koniec stycznia tego roku 1 mln 119 tys. osób, czyli o 7,1 proc. więcej rok do roku.
Najliczniejszą grupą obcokrajowców pracujących w Polsce byli obywatele Ukrainy: na 31 stycznia było ich 757,7 tys., co oznacza wzrost o 8,0 proc. (o 55,9 tys.) w ujęciu rocznym oraz spadek o 1,8 proc. (o 14,1 tys.) wobec końca grudnia 2025 r.