Miliard dolarów za obecność w Radzie Pokoju? Ekonomista mówi, czy warto
- Jeśli można uczestniczyć w pracach Rady Pokoju bez ponoszenia miliarda dolarów kosztów, to warto w tych pracach uczestniczyć - ocenia w rozmowie z money.pl Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku. Natomiast w przypadku wpłaty miliarda dolarów za bezterminowe członkostwo, warto najpierw zapytać, czy Rada będzie trwałym projektem i jakie korzyści przyniesie - dodaje.
Prezydent Donald Trump zainaugurował w Davos Radę Pokoju, która ma się zająć rozwiązaniem konfliktu w Strefie Gazy, a w przyszłości również w innych punktach zapalnych na świecie. Do jej dołączenia zaproszono przywódców około 50 państw z całego świata, także Rosję i Białoruś. Jak dotąd 35 państw zgodziło się już dołączyć do Rady m.in. Izrael, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Egipt, Turcja, Węgry, Maroko, Pakistan, Paragwaj i Wietnam.
W czwartek podpisy pod dokumentem założycielskim złożyli - obok Trumpa - przedstawiciele 19 państw. Jednoznacznie Trumpowi odmówiły już m.in. Francja i Holandia. Z kolei Niemcy się wahają, a brytyjska minister spraw zagranicznych Yvette Cooper potwierdziła, że Wielka Brytania nie przystąpi od razu do porozumienia ze względu na "obawy związane z udziałem prezydenta Putina w rozmowach na temat pokoju" (choć zaznaczmy, że Rosja do Rady też póki co nie dołączyła i na razie się nad tym zastanawia).
Szef kultowego serwisu bije na alarm. “Skala oszustw jest gigantyczna”
Agencja Reutera tłumaczy, że zgodnie ze statutem Rady Pokoju państwa dołączają do organizacji na trzyletnią kadencję i to od szefa Rady (czyli Donalda Trumpa) ma zależeć przedłużenie członkostwa danego kraju na kolejne trzyletnie kadencje. Chyba że dane państwo wpłaci w pierwszym roku członkostwa miliard dolarów "wpisowego" - wtedy uzyskuje członkostwo bezterminowe. Miliard dolarów to przy obecnym kursie niecałe 3,6 mld zł.
Co zrobi Polska z zaproszeniem Trumpa
Zaproszenie do Rady Pokoju dostał też prezydent Polski Karol Nawrocki. Podczas czwartkowej konferencji prasowej w Davos Nawrocki stwierdził, że choć nie złożył podpisu podczas uroczystości, to w niej uczestniczył. - To dla Polski, drodzy państwo, jest prestiż, że Polska jest zapraszana do gremiów, które mają rozstrzygać także kwestie Bliskiego Wschodu, kwestie wojny między Izraelem a Palestyną. Natomiast w związku z kwestiami konstytucyjnymi, legislacyjnymi, pewnym porządkiem prawnym, ustrojowym w Polsce, swojego podpisu nie złożyłem – wyjaśnił.
Zgodnie z naszym prawem Polska może przystąpić do organizacji międzynarodowej w wyniku przeprowadzenia tzw. dużej ratyfikacji przez prezydenta za zgodą parlamentu wyrażoną w ustawie o umowach międzynarodowych, także przy odpowiedniej uchwale Rady Ministrów. Innymi słowy: będący w opozycji do Nawrockiego rząd i większość parlamentarna również muszą chcieć, by Polska dołączyła do Rady Pokoju.
Po inauguracji Rady Pokoju Karol Nawrocki poinformował, że w sprawie Rady pozostaje w kontakcie z Donaldem Tuskiem. Natomiast premier napisał w serwisie X: "W Davos zgodnie z rządową rekomendacją. Bezpieczeństwo Polski wymaga współpracy między prezydentem i premierem, zgodnie z konstytucyjnymi zasadami. Nasz stały osobisty kontakt w ostatnich dniach przyniósł dobre efekty".
Czy warto dołączyć i czy warto wpłacić miliard dolarów
Czy przy obecnym napiętym budżecie Polskę stać na ewentualne wpłacenie miliarda dolarów, by stać się bezterminowym członkiem Rady Pokoju? Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, pytany o to w Davos przez Business Insidera, stwierdził jedynie: Ja nie gdybam, nie mówię "tak", nie mówię "nie".
- Pytanie, jakie się nasuwa, to czy Polska będzie chciała zapłacić za bezterminowe członkostwo w organizacji, co do której nie ma pewności, czy przetrwa dłużej niż trzy lata, czyli do końca kadencji Donalda Trumpa. Nie wiemy, czy swój wkład wpłaciły te państwa, których przedstawiciele pojawili się na czwartkowej inauguracji - komentuje w rozmowie z money.pl Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku.
Jak tłumaczy, Polska już dziś należy do szeregu organizacji międzynarodowych i innych inicjatyw, takich jak np. Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych, i ponosi na ich rzecz koszty rzędu kilkudziesięciu-kilkuset milionów euro czy dolarów. - Na tym tle miliard dolarów, jaki trzeba zapłacić za bezterminowe członkostwo w Radzie Pokoju, jest sporym kosztem. I teraz pytanie, jakie korzyści miałyby wynikać z jego poniesienia - ocenia.
- Warto pamiętać, że jeśli spojrzymy na inne organizacje międzynarodowe, to na przykład w przypadku utworzonej w 2015 roku Inicjatywy Trójmorza, obok szczytów, prezydencji i porozumień, dopiero powstanie Funduszu Inwestycyjnego Inicjatywy Trójmorza w 2019 roku było formą formalizacji tego przedsięwzięcia - zwraca też uwagę nasz rozmówca.
Okazja do przeforsowania niepopularnych ustaw?
W jego opinii, jeśli chodzi o możliwości budżetowe naszego kraju, to "przy skali deficytu Polski sięgającej 300 mld zł, dodatkowe niecałe 4 mld zł nie są już bardzo dużą sumą". - Z perspektywy agencji ratingowych taki wydatek nie byłby postrzegany negatywnie. Zapewne udałoby się znaleźć na to pieniądze w budżecie, choć powiększyłoby to deficyt. Ewentualnie, ponieważ zaproszenie do Rady Pokoju dostał prezydent Karol Nawrocki, być może realna byłaby taka umowa Pałacu Prezydenckiego z rządem, w której Karol Nawrocki zgadza się na podpisanie jakiejś ustawy podnoszącej podatki (a przypomnijmy, że prezydent zawetował ostatnio np. ustawę podnoszącą akcyzę na alkohol i opłatę cukrową - przyp. red.), a uzyskane w ten sposób pieniądze rząd przekierowuje właśnie na "wpisowe" do Rady Pokoju - dodaje.
- Ja bym powiedział, że jeśli można uczestniczyć w pracach Rady Pokoju bez ponoszenia miliarda dolarów kosztów, to warto w tych pracach uczestniczyć. Natomiast niekoniecznie jestem zwolennikiem ponoszenia kosztów przy nieokreślonych korzyściach - twierdzi Piotr Arak. - Na koniec dnia wszyscy w Polsce są chyba realistami i chcemy być przy stole decyzyjnym, ale niekoniecznie płacić rachunek. Może tak się uda - ocenia.
Ekonomista zwraca też uwagę, że przy tempie działania i nowych pomysłów Donalda Trumpa nasuwa się pytanie, czy ta inicjatywa ma szansę istnieć przez dłuższy czas i jaki będzie miała faktyczny wpływ na funkcjonowanie ładu międzynarodowego. - W pewnym stopniu jest ona atrakcyjna, bo Stany Zjednoczone mogą mieć swoje zaplecze spotkań i formatów międzynarodowych z partnerami, gdzie nie muszą się dzielić władzą z Chinami. To może się też wpisywać w próbę reformy grupy G20, która w ostatnich latach nie działała zbyt dynamicznie - komentuje.
Tomasz Sąsiada, dziennikarz money.pl