Najszybciej wyludniające się miasta w Polsce. Jest drugie dno tego zjawiska [OPINIA]
Łódź, Katowice, Bytom, Częstochowa i miasta na Półwyspie Helskim tracą masowo mieszkańców. W większych miastach niechęć do posiadania dzieci jest "łatana" przez migrantów z innych części kraju i świata. Jakie będą skutki? Będziemy mieć do czynienia z zamieraniem lokalnych rynków pracy. Mocno odczują je zwłaszcza seniorzy – pisze dla money.pl Kamil Fejfer.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Demografia jest jednym z najgorętszych tematów ostatnich miesięcy, jeśli nie lat. Nic dziwnego - współczynnik dzietności (TFR - total fertility rate) w naszym kraju szoruje po dnie, a każdy kolejny rok bije niechlubne rekordy, jeśli chodzi o niską liczbę urodzeń od czasów II wojny światowej. Dla całego kraju wskaźnik ten w 2024 roku nie dobił nawet do 1,1. Jest to jeden z najniższych odczytów nie tylko w Europie, ale również na świecie.
Przypomnijmy, że współczynnik dzietności odnosi się do liczby dzieci, które urodziłaby statystyczna kobieta, jeśli rodziłaby z taką intensywnością, jak panie w wieku rozrodczym w danym roku. Dzietność na poziomie 1,1 oznacza, że 100 kobiet urodziłoby w ciągu życia 110 dzieci. Zastępowalność pokoleń natomiast jest gwarantowana przez współczynnik na poziomie 2,1. Przy takim odczycie 100 kobiet rodziłoby 210 dzieci.
Demograficzna bomba uderzy w ceny mieszkań? Analityk nie ma wątpliwości
Spadająca dzietność ma swoje oblicze regionalne - wyludnianie bowiem nie przebiega równomiernie. Sprawa jest zresztą bardziej skomplikowana. Na niską dzietność (a więc i starzenie się regionów) nakłada się dodatkowo migracja. Dwa procesy mogą się wzajemnie wzmacniać lub wygaszać.
A w których miastach mieliśmy do czynienia z największym spadkiem liczby ludności? Sytuacji tej w okresie od 2002 do 2023 roku przyjrzał się Główny Urząd Statystyczny.
Liderzy "znikania"
Z tabeli stworzonej przez Obserwator Gospodarczy, na podstawie informacji z Urzędu, wynika, że "liderem znikania" była Łódź. Przez nieco ponad dwie dekady miasto to skurczyło się o niemal 130 tys. osób.
Na kolejnych miejscach znalazły się Katowice (- 46 tys. osób), Bytom (-44 tys. osób), i Częstochowa (- 44 tys. osób). Jak więc widać, tysiące mieszkańców tracą nie tylko małe miejscowości, ale również te większe, które nie załapały się na miejsce w "wielkiej piątce" (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań).
Te wciąż są i w dającej się przyszłości będą nadal przyciągać tysiące ludzi, którzy szukają lepszych perspektyw zawodowych i bardziej ekscytującego życia.
O ile powyżej mówiliśmy o rekordzistach, jeśli chodzi o bezwzględną liczbę "utraconych" mieszkańców, tak istotne jest również to, które miasta wyludniają się najbardziej w stosunku do liczby swojej ludności. Absolutnymi liderami są miasteczka okolic Półwyspu Helskiego. W ciągu ponad 20 lat Władysławowo straciło 37 proc. mieszkańców, Hel 35 proc., a Jastarnia - 34 proc. Miasta te stają się więc mieścinami-przetrwalnikami ożywającymi na kilka turystycznych miesięcy w roku.
Jak wspomniałem - na wyżej zarysowane zjawiska wpływają nie tylko procesy związane z samą dzietnością, choć mogą one być przez niski TFR wzmacniane.
Paradoksalnie zresztą dzietność poniżej jedynki często jest obserwowana w największych miastach, gdzie mieszkańców przybywa. Jak to możliwe? Sprawa jest prosta - niechęć do posiadania dzieci w tych miejscach jest "łatana" przez migrantów z innych części kraju i świata.
Powiaty o najwyższej dzietności w Polsce to:
- powiat kartuski (1,67);
- miasto/powiat Siedlce (1,50);
- powiat garwoliński (1,49).
Powiaty o najniższej dzietności:
- miasto/powiat Sopot (0,57);
- powiat jeleniogórski (0,72);
- powiat bieszczadzki (0,76).
Wyraźnie więc widać, że regiony z najniższą dzietnością nie są tymi, którym najszybciej ubywa ludności. A te, gdzie ludności przybywa (głównie "wielka piątka"), nie są miejscami, gdzie ludzie najchętniej zostają rodzicami. Skomplikowane? Trochę. Zaznaczmy do tego, że w najgorszej sytuacji będą (i już są) te miejscowości, które będą się wyludniać najszybciej w proporcji do swojej liczby ludności.
Zamieranie lokalnych rynków pracy
Jakie będą skutki regionalne tego procesu? Będziemy mieć do czynienia z zamieraniem lokalnych rynków pracy. Miasta, z których będą wyjeżdżać młodzi (to przecież ich ciągnie zazwyczaj do większych ośrodków), będą tracić konsumentów. A wraz z nimi z jednej strony, zniknie popyt na usługi i towary, co będzie zmuszało przedsiębiorców do ograniczania lub przenoszenia działalności (lub jej likwidacji).
Z drugiej, podaż pracy zostanie gwałtownie ograniczona. To z kolei oznacza ograniczenie podaży usług, co odbije się na jakości życia osób, które zostaną, zwłaszcza tych nieco starszych. Ten aspekt zresztą jest często pomijany w debacie publicznej, ponieważ zostaje przykryty przez efekciarskie nagłówki o "miastach widmo z mieszkaniami za złotówkę, których nikt nie chce kupić".
Prawdziwymi przegranymi tego procesu zostaną właśnie seniorzy, którzy będą mieli coraz większy kłopot z zaspokojeniem potrzeb. Dlaczego? Zabraknie tych, którzy mogliby je zrealizować. Problem będą miały również samorządowe budżety.
Patrząc z perspektywy całego kraju, kłopotem będzie ryzyko dalszej polaryzacji. Powiaty i całe regiony, które i tak miały problemy rozwojowe, będą coraz silniej drenowane przez największe ośrodki miejskie. Te będą przyciągać już nie tylko najbardziej ambitnych i najzdolniejszych, ale również - prawdopodobnie - coraz więcej tych, którzy do tej pory szukali stabilnego życia w (wyludniających się) miastach wojewódzkich.
Jak widać, demografia ma nie tylko przełożenie na przyszłość systemu emerytalnego, systemu ochrony zdrowia, ale również na przyszłość zróżnicowania regionalnego.
Jeżeli nie wypracujemy kompleksowych rozwiązań, to nawet w przypadku uśrednionego wzrostu zamożności całego społeczeństwa ryzykujemy odwrócenie trendu, który towarzyszył nam przez ostatnie dekady. Procesem tym był wzrost (choć nierówny) dobrobytu w niemal wszystkich polskich powiatach. Bez mądrych interwencji w najbliższych latach mogą pojawić się miejsca, w których sytuacja się odwróci. A stratni będą najbardziej wrażliwi - seniorzy, którzy do wielkich aglomeracji raczej się nie przeprowadzą.
Kamil Fejfer, dziennikarz piszący o gospodarce, współtwórca podcastu i kanału na YouTube "Ekonomia i cała reszta"