Notowania

szparagi
24.05.2019 21:50

Pojechałem na szparagi do Niemiec. Już wiem, kto zastępuje Polaków na zbiorach

- Polacy nie chcą już pracować przy szparagach - taką zaskakującą wiadomość podają niemieckie media. Ale czy naprawdę zbiory za Odrą są zagrożone? Postanowiłem, że sprawdzę. I zatrudniłem się przy zbiorach pod Berlinem.

Podziel się
Dodaj komentarz
(WP.PL)
Polacy coraz rzadziej wybierają pracę przy szparagach. Chętni są mieszkańcy innych krajów, ale to nie ratuje sytuacji na zbiorach (Fot: Mateusz Madejski)

- Na szparagowe zbiory Polacy już nie chcą przyjeżdżać - mówią niemieccy przedsiębiorcy w tamtejszych mediach. To może zaskakiwać, bo przecież przez lata, jeśli nie dekady, szparagi za Odrą zbierali właśnie głównie Polacy. Zdarzało się, że sezonowa praca zapewniała Polakom byt na wiele miesięcy. Czy coś się zmienia?

- Może byś sam zatrudnił się przy szparagach? - zapytali moi wydawcy.

Zacząłem szukać ogłoszeń. - Praca przy szparagach w Berlinie - przeczytałem w jednym z nich. Zdziwiłem się - praca przy zbiorach w wielkiej metropolii?

Szparagi. Dlaczego warto je jeść? Obejrzyj wideo:

Dzwonię pod numer kontaktowy. Szybko okazuje się, że z tym Berlinem to mała przesada. Kobieta, z którą rozmawiam, wyjaśnia mi, że zbiór jest w Mötzow - 70 kilometrów od niemieckiej stolicy. Mówię, że jestem zainteresowany pracą.

- Ale wie pan, że to bardzo ciężka robota? - pyta. Odpowiadam, że nie wiem. Ale i tak jestem chętny. - To zapraszamy w czwartek o ósmej - słyszę. Muszę jeszcze tylko podać swoje podstawowe dane. Cała rekrutacja trwała może trzy minuty.

Po dwóch dniach od rozmowy przyjeżdżam do Mötzow. To niewielka wioska, która żyje ze szparagów. Jest wielki zakład przetwórstwa tych warzyw, są sklepy. Widzę parking, na którym widać tylko auta na polskich blachach. Gdy staję, od razu widzę ludzi idących do pracy. - Ty jesteś Mateusz, nie? - zaczepiają mnie. - Chodź z nami - mówią.

(WP.PL)
(Fot: Mateusz Madejski)

Prowadzą mnie do dużego zakładu, do mojego szefa - Andrzeja. Mijam wielkie hale i już dostaję reprymendy od moich nowych kolegów. - Ej, ale zdjęć tu nie robimy - mówią.

Wreszcie trafiam do niewielkiego biura Andrzeja. Mój nowy szef jest sympatyczny, choć zdecydowany. Daje mi nowy fartuch i dwie pary rękawiczek. Tylko kalosze mam używane. - Pracował w nich jeden Ukrainiec. Spokojnie, żadnych grzybów nie miał - mówi.

Nie zdradzam, że przyjechałem tu jako dziennikarz. Nie wspominam też, że nigdy wcześniej nie pracowałem fizyczne. Ale Andrzej chyba zaczyna czuć, że coś jest nie tak. - No co ty, chłopie, fartucha nigdy nie zakładałeś? - pyta, jak próbuję się siłować z ubraniem. Pomaga mi jeden z kolegów. A Andrzej jednak postanawia mi zaufać. Idzie po kluczyk do mojego pokoju. Dostaję nawet chwilę na rozładowanie swoich rzeczy.

Dowiaduję się, że będę mieszkać z Dimą z Ukrainy. Pokój by pomieścił jeszcze kilka osób, ale cóż, chętnych do pracy ostatnio brak. Pokój znajduje się w starym, ceglanym budynku. Cóż, mówiąc eufemistycznie, hotelowy standard to to nie jest.

(WP.PL)
(Fot: Mateusz Madejski)

Tak wyglądał mój pokój w "patologii"

"Nazywają nas tu "patologia""

Jednak zanim przystąpię do pracy, muszę iść podpisać stos dokumentów. Niemcy w końcu słyną z biurokracji - i nawet na zbiorach szparagów można to odczuć.

- Lepiej się zastanów, co robisz - rzuca w moją stronę przechodzący Polak. - Oni tak tu piją, że nie wiem, czy z nimi wyrobisz - dodaje. - Tak? Zobaczymy, kto tu nie wyrobi - odpowiadam buńczucznie. Tak naprawdę nie mam zbyt mocnej głowy, ale mam nadzieję, że pewność siebie zapewni mi trochę szacunku w nowej grupie. Po grymasach na twarzach czuję jednak, że nie do końca się udało.

Odzywa się Krzysiek, ten, który przed chwilą udzielił mi reprymendy. - A wiesz, jak nazywają nasz budynek? Patologią. Więc się przygotuj - uśmiecha się.

Idę podpisać dokumenty. Choć są po niemiecku, ważniejsze paragrafy są przetłumaczone na polski i rumuński. Papierów jest mnóstwo: meldunek, jedna umowa, druga umowa, pozwolenie na parkowanie... Gdy udaje się mi ze wszystkim uporać, Polka z biura pyta mnie, jaką chcę zaliczkę. Mówi, że mogę wziąć 50 albo 100 euro. Wybieram 50 - i od razu żałuję. Chyba każdy, kto przyjeżdża tu zarabiać, wybiera drugą opcję.

No właśnie, a co z zarobkami? Z mojej umowy wynika, że mam gwarantowane trochę ponad 1,3 tys. euro brutto za miesiąc. Ale mogę zarobić znacznie więcej dzięki premiom. - Czasem zarabia się tu 500, czasem 600 euro na tydzień. Ale bywa też 400. Wszystko zależy od tego, jak pracujesz - wyjaśnia mi Andrzej.

Kalkuluję. 600 euro to prawie 2,6 tys. zł. Nie najgorzej - nawet jeśli trzeba odliczyć 6-7 euro dziennie za nocleg i za wyżywienie. Ale czy Andrzej jest ze mną szczery? Przed rozpoczęciem pracy udaje mi się chwilę pogadać jeszcze z Krzyśkiem. - Zarobiłem teraz 600 euro na rękę za tydzień. A zdarzało się, że w Polsce nie miałem tyle przez miesiąc - mówi.

Sasza jedzie 2 tysiące kilometrów, by pracować w "wannie"

Czas przystąpić jednak wreszcie do pracy. - Jadę na pole? - pytam Andrzeja. - Nie, idziesz do wanny - mówi. Nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Szybko okazuje się, że "wanna" do ogromna część zakładu, w której czyści się zebrane szparagi. Moja praca będzie polegać na zabieraniu skrzynek ze szparagami z taśmy, wkładaniu ich do metalowego pojemnika, wlewaniu wody - i potem na wyciąganiu. Zostaje mi przydzielony kod kreskowy, który jeden z pracowników będzie skanował przy rozładunku. Szefowie więc będą doskonale wiedzieli, ile paczek załadowałem. I od tego będzie zależeć moja wypłata.

(WP.PL)
(Fot: Mateusz Madejski)

"Patologia". Tu mieszkają robotnicy

W "wannie" pracuje kilka osób, w większości Ukraińcy. Pierwsze pół godziny nie mam problemów z wrzucaniem skrzynek. - Są ciężkie, no ale przecież ostrzegali mnie - myślę.

Udało się rozładować pierwszy transport ze szparagami. Ekipa Ukraińców robi sobie małą przerwę. Podchodzę do nich. - Skąd jesteście? - pytam. - Odessa. Taka lepsza Ukraina - śmieje się dwudziestokilkuletni chłopak. Dłużej udaje mi się porozmawiać z Saszą, który uczy mnie pracy w "wannie".

- Ja jestem z Czarnomorska pod Odessą. 2 tysiące kilometrów stąd - mówi. - To tak dojeżdżasz? - dopytuję. - Tak, dojeżdżam - odpowiada. Wszyscy Ukraińcy posługują się całkiem nieźle polskim. Wygląda więc na to, że przed zbiorami pracowali nad Wisłą. O to jednak już nie mam okazji się dopytać. Widzę, że przyjeżdżają kolejne transporty ze szparagami. Trzeba rozładowywać i czyścić.

(WP.PL)
(Fot: Mateusz Madejski)

Tak wygląda "wanna"

Czuję, że taryfa ulgowa się dla mnie skończyła. Tempo jest coraz szybsze, mam jakieś kilkanaście sekund na zabranie skrzynki z taśmy i włożenie jej do zbiornika. Pracuję godzinę, może półtorej bez przerwy. Gdy ta nadchodzi, jeden z nowych kolegów zagaduje mnie. - Po**a robota, nie? - mówi. - Robota jak robota - mówię. - Ciesz się, że nie jesteś na polu. Może tam jest lżej, ale za to siedzi się w błocie cały dzień - mówi.

Wracamy do pracy. Podjeżdża transport za transportem, a ja muszę się uwijać ze skrzynkami. Jest mi coraz ciężej, ale tempo musi zostać zachowane. W końcu zależy od tego nie tylko mój zarobek, ale i całej ekipy. Wszystkich kontrolują przecież skanery i kody kreskowe.

Raz się zagapiam i skrzynka ze szparagami leci dalej. Trzeba zatrzymać taśmę. - Skoncentruj się, tu trzeba zap**ć - krzyczy Ukrainiec.

Z minuty na minutę skrzynki wydają mi się coraz cięższe. Nie wszystkie już więc starannie układam wewnątrz, zdarza mi się je rzucać do środka. Na moje nieszczęście dostrzega to Andrzej. Przygląda się chwilę mojej pracy. Gdzieś odchodzi, ale za chwilę wraca.

- Słuchaj, Mateusz, ty tu nie dasz rady. Chłopaki pracują tu na akord, zwalniasz tempo - tłumaczy. Zapewnia mnie, że to jednak wcale nie koniec mojej przygody ze szparagami. Mogę iść na pole, tam na pewno sobie poradzę. Czuję nieco ulgi, bo nie wiem, czy udałoby mi się przerzucać skrzynki osiem godzin.

Andrzej każe mi iść do biura. Tam powiedzą, gdzie iść na pole. A ja czuję, że wreszcie mam czas, by porozmawiać z pracownikami. Już wiem, że pracuje tu sporo Ukraińców. Czy to dlatego, że Polakom szparagi już się nie opłacają?

Szukam rozmówców. Idzie mi kiepsko, przecież każdy teraz ma ręce pełne roboty. W końcu spotykam młodego mężczyznę. - To prawda, co mówią, nie ma już tylu chętnych Polaków do takiej pracy. Jeszcze rok temu rejestrowali tu nowych kandydatów kilka razy dziennie. Teraz - tylko o ósmej - mówi mi.

(WP.PL)
(Fot: Mateusz Madejski)

Zbiory szparagów w okolicach Brandenburga

- Sytuację ratują Ukraińcy, którzy przyjechali do pracy w Polsce. Tu mają lepszy pieniądz. No i jest sporo Rumunów - tłumaczy mi. Czy jego zdaniem zbiory są zagrożone? - Aż tak to nie. Gdzie w Polsce zarobi się 2 tysiące w tydzień? Jeszcze długo Polacy będą jeździć - mówi mi.

Spotykam potem młodą kobietę. Pracuje przy obróbce szparagów w jednej z hal. - Pochodzę z Dolnego Śląska. Kiedyś pół mojego miasta jeździło na szparagi do Niemiec. Teraz pojedyncze osoby. Są za to Ukraińcy. Wśród naszych kierowców 2/3 osób to właśnie Ukraińcy - opowiada. - A Rumuni? - pytam. - Jest ich trochę. Zdarzają się różne nacje na tych zbiorach. Na pewno Polaków coraz mniej. I się nie dziwię. Robota mało przyjemna - słyszę.

(WP.PL)
(Fot: Mateusz Madejski)

Po podpisaniu umowy dostałem kody, które trzeba było przykleić na skrzyniach. Dzięki nim szefowie wiedzieli, ile powinni mi zapłacić

Jadę na pole. Szparagowe uprawy rozciągają się kilometrami - i docierają aż do przedmieść 70-tysięcznego Brandenburga. Dostaję krótkie przeszkolenie ze zbierania szparagów. Deklaruję jednak, że propozycji nie przyjmę. Entuzjazmu to nie budzi. - Brakuje ludzi? - pytam. - Trochę tak - słyszę.

Muszę więc wrócić do biura i oddać 50 euro. Szefowa też nie jest zachwycona. - To może zróbmy tak. Pan jeszcze to przemyśli na spokojnie. A 50 euro jeszcze będzie tu na pana czekało z pół godzinki - słyszę.

Mówię jednak, że jestem zdecydowany. Zahaczam jeszcze o niemiecki sklep. Kilogram szparagów kosztuje w nim 8,9 euro. Tymczasem za zebranie kilograma na polu płaci się około 60 centów.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Źródło:
money.pl
komentarze
+1
+1
ważne
smutne
ciekawe
irytujące
Napisz komentarz
28-05-2019

MGpodobna sytuacja jest z polskim rolnikiem, dostaje grosze za swoje plony, a w sklepach ceny powalaja i znów winien rząd.

28-05-2019

intiWarto, żeby klienci wiedzieli, ile się płaci takim zbierającym w proporcji do tego, ile oni płacą w sklepie.

30-05-2019

Praca kształtujePan to po prostu jesteś nierób i mieszczuch niestety to widać. Dlatego warto zaznać prawdziwej pracy

Rozwiń komentarze (6)