Ulica Piotrkowska to jeden z najdłuższych deptaków w Europie i wizytówka Łodzi. To tam koncentruje się życie kulturalne, a piątkowe imprezy na "Pietrynie" kończą się często o świcie.
A właściwie kończyły. Odkąd w marcu 2020 roku wprowadzono lockdown, ruch na "Pietrynie" ograniczył się do spacerów, bo lokale gastronomiczne mogły działać tylko na wynos. Z krótką przerwą na okres wakacyjny, kiedy lokalom zezwolono na działalność w reżimie sanitarnym.
- Czuję się tak, jakby na nas napluto. Rząd uznał nas za całkowicie zbędnych, nikt z nami nie rozmawiał. Nagle, z dnia na dzień, straciliśmy możliwość działania - mówi właściciel baru Spaleni Słońcem w jednej z popularniejszych stref gastronomicznych Off Piotrkowska.
Odmrażanie gastronomii. Knajpy gotowe, rozdzwoniły się telefony z rezerwacjami
Część lokali nie wytrzymała. Na Piotrkowskiej można natknąć się na witryny, na których naklejono napis "na wynajem". Jest ich jednak stosunkowo niewiele. Idąc od placu Wolności do skrzyżowania z al. Piłsudskiego, czyli najbardziej reprezentacyjną częścią ulicy, mijam siedem takich miejsc. Dla porównania tych, które działają i już zaczynają wystawiać swoje ogródki, jest kilkadziesiąt.
Pomogły też działania władz miasta, które obniżyły czynsze restauratorom działającym w miejskich lokalach, zrezygnowały z opłat za dzierżawę terenów pod ogródki i wydanie koncesji na sprzedaż alkoholu.
- Na samej Piotrkowskiej gastronomia, w większości, jakoś sobie poradziła - mówi Maciej Stańczyk z łódzkiego Niebostanu. - Część, jak my na przykład, przestawiła się na działanie na wynos. Najgorzej miały typowe piwiarnie i koktajlbary.
Z Piotrkowskiej zwinęły się dwa puby z rzemieślniczym piwem. Trzeci, popularna Piwoteka, też jest zamknięty. Okazuje się jednak, że po prostu przenosi się do innego miejsca.
Popularny na imprezowej mapie Łodzi lokal z szotami też wygląda na zamknięty. Tuż za drzwiami stoją jednak nowe parasole, co oznacza, że właściciele zamierzają otworzyć ogródek.
Drabina, palety i ziemia w ustach
Na początku maja rząd zdecydował, że od piętnastego będzie można otworzyć ogródki gastronomiczne, a już 28 maja restauracje będą mogły się otworzyć.
W branży poruszenie. W przeddzień otwarcia cała Piotrkowska jest zastawiona parasolami, krzesłami i płotkami, a właściciele i obsługa restauracji walczą o to, by jak najszybciej zorganizować ogródki. Wiele miejsc odlicza godziny do północy. Chcą otworzyć się, najszybciej jak to możliwe.
- Ogródek tak, ale mi nie rób zdjęć. Mam ziemię w ustach - mówi współwłaścicielka jednego z barów, która wyniosła właśnie pudło pełne śmieci i zabiera się za noszenie stolików. Wygląda na wykończoną. - Widzisz, co się dzieje. Szaleństwo - mówi.
Gorączkowe przygotowania trwają także w popularnym Niebostanie.
- Usiądźmy gdzieś. Tylko nie wiem gdzie, bo wszędzie świeżo malowane - mówi Maciej Stańczyk i rozgląda się po tarasie. W lokalu stoi drabina, barmani, którzy zazwyczaj nalewają drinki, próbują uporządkować lokal.
- Czujemy się tak, jakbyśmy znowu otwierali po raz pierwszy - mówi, gdy udaje się znaleźć suchą ławkę. - Jest mieszanka ekscytacji z lekkim niepokojem.
Gra na przetrwanie
Gorączkowe przygotowania widać na całej "Pietrynie", również w popularnej strefie Off Piotrkowska. Pomiędzy osobami siedzącymi na ławkach i pomimo obostrzeń popijającymi piwo krzątają się właściciele barów i klubów.
- Otwieramy w piątek o północy - mówi Kuba Szczeciński, współwłaściciel klubu Dom. - Na razie bez imprezy, czynny będzie ogródek, będzie można przyjść, wypić piwo. A potem się zobaczy. Jak dobrze pójdzie, to do września odrobimy straty i wyjdziemy na zero.
Jak mówią przedsiębiorcy, większość lokali próbowała w czasie lockdownu "grać na przetrwanie". Sprzedawała coś na wynos, organizowała spotkania dla znajomych. Cokolwiek, byle zminimalizować straty.
- Niektórzy pracowali w innych miejscach albo ładowali wszystkie swoje oszczędności - mówi Kuba. - Teraz będziemy próbowali się odbić. Praktycznie wszyscy podnoszą ceny, choć sam alkohol przecież nie zdrożał. Liczymy na to, że ludzie po tej pandemii będą mieć pieniądze i będą chcieli je wydawać. Wiem to po sobie. Nie było gdzie pójść, więc coś tam udało się oszczędzić.
Część restauracji i barów próbowała przetrwać, otwierając się nielegalnie. W Łodzi nie było co prawda spektakularnych przypadków lekceważenia obostrzeń, ale przynajmniej kilka knajp otwartych "po cichu" jest w stanie wymienić każdy przedsiębiorca.
- Ale nie każdemu się to opłacało - mówi szef Spalonych Słońcem. - Gdybyśmy się tak otworzyli i przyszłaby policja, to całą dotację z PFR trzeba by było oddać. Ta rządowa "pomoc" to jest kropla w morzu, ale zawsze to jakieś pewne pieniądze.
"Przewietrzyć" gastronomię
Dotacja z PFR to w gastronomii temat kontrowersyjny. Przyznanie środków uzależniono od liczby pracowników, a branża znana jest z tego, że królują w niej tzw. umowy śmieciowe.
- My zatrudniamy na umowę o pracę wszystkich, dlatego pieniądze dostaliśmy - mówi Maciej Stańczyk. - Przelew przyszedł co prawda bardzo późno, bo dopiero w lutym, jak już było dość nerwowo, ale pozwolił nam jakoś dotrwać do końca.
Zdaniem restauratorów pandemia zmieni branżę na lepsze. Firmy, które nie zatrudniały na umowę o pracę i szybko pozbywały się ludzi, przez brak rządowego wsparcia miały dużo trudniej i często nie wytrzymały zamknięcia.
- Tarcza miała dużo dziur. Np. jeśli ktoś otworzył lokal w 2020 r., albo między jedną falą a drugą, to się nie łapał, to jest poważny błąd. Ale często słyszę, że ktoś, kto dłużej prowadzi lokal, nie załapał się na tarczę. Zastanawiam się, dlaczego: czy na umowę o pracę pracował jeden menedżer a reszta zespołu obsługująca gości nie była nigdzie zarejestrowana? - pyta Stańczyk.
- W gastronomii się "przewietrzy", ale może też pracodawcy nauczą się, że śmieciówki to nie jest dobre rozwiązanie - mówi Kuba Szczeciński. - Też tak czasem robimy, bo koszty pracy są bardzo wysokie. Na szczęście udało nam się zatrudnić studentów, więc odpadły koszty ZUS-u czy części podatków.
Zmieni się też podejście do biznesu, bo nagle okazało się, że gastronomia bardzo potrzebuje poduszki finansowej.
- Myślałem, że gastronomia to pewny biznes, odporny na różnego rodzaju kryzysy. Bo przecież knajpy będą zawsze. Zawsze będą potrzebne miejsca, do których można pójść, spotkać się z ludźmi - mówi Stańczyk. - Okazuje się, że to nieprawda i w ciągu dwóch tygodni może się okazać, że nie ma przychodów, a są koszty. To pokazuje, jak potrzebna jest rezerwa finansowa.
Pracownicy na wagę złota
Lekcję z lockdownu wyciągną też pracownicy gastronomii. Wielu potraciło pracę z dnia na dzień. Bezrobotni barmani czy kelnerzy szybko się jednak przekwalifikowali i dziś, w przeddzień otwarcia, ciężko znaleźć załogę.
- Przed lockdownem, jak wrzucałem ogłoszenie, że potrzebuję szatniarza, to po kilkudziesięciu minutach musiałem zdejmować, bo tylu było chętnych - opowiada Kuba Szczeciński. - Teraz zgłosiło się pięć osób, z czego cztery mogłem zaprosić na rozmowę. Studenci powyjeżdżali, bo i tak w większości uczą się zdalnie, a jak potracili pracę w gastronomii to okazało się, że koszty życia w Łodzi są za wysokie.
- Zwłaszcza po pierwszej fali nastąpiła szybka weryfikacja, kto jest dobrym pracodawcą, a kto nie. Kto traktuje pracowników tylko jako koszty, których od razu się pozbywa, a kto uważa ich za jakąś wartość - mówi Stańczyk. - To na pewno pozytywnie wpłynie na rynek pracy.