Trump "śmieszy, tumani, przestrasza". Na rynkach powrót do czasu sprzed euforii [OPINIA]
Nasuwa mi się cytat z "Pani Twardowskiej" Adama Mickiewicza: "śmieszy, tumani, przestrasza". Każdy człon z tego cytatu ma zastosowanie do tego, co robi i mówi Donald Trump - pisze w opinii dla money.pl analityk rynków Piotr Kuczyński.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne. Poniższy tekst nie jest rekomendacją redakcji ws. inwestowania, z którym zawsze wiąże się ryzyko.
Jedno jest pewne, Trumpowi bardzo zależy, żeby nie doszło do potężnej przeceny na rynkach akcji. Normalna korekta go nie rusza. Żeby coś zrobił, to musi być dramatyczna przecena, taka jak w kwietniu 2025, w "dniu wyzwolenia", kiedy amerykańska administracja nałożyła minimalne 10-proc. cła na import ze wszystkich krajów.
Dlatego też ja często publicznie mówiłem, że trzymam kciuki za obóz niedźwiedzi na Wall Street. Im większa przecena, tym większe było prawdopodobieństwo tego, że zostanie zrealizowany scenariusz opisany akronimem TACO (przypominam: Trump Always Chickens Out, czyli Trump zawsze w końcu wymięka). Widzieliśmy już skutki działań Trumpa na rynkach w poniedziałek 9 marca, kiedy to pośpieszne wycofywanie się prezydenta z 48-godzinnego ultimatum doprowadziło do potężnych zmian na rynkach. Nawiasem mówiąc, wtedy ktoś dobrze na tym zarobił, inwestując we właściwym kierunku tuż przed wypowiedzią Trumpa.
Ceny paliw spadają. Minister wskazuje powody
"TACO ligth"
Na przecenę zanosiło się też na początku tego tygodnia. Nic więc dziwnego, że zostało uruchomione coś, co wielu określało mianem "TACO light". W poniedziałek Trump od rana na swoim koncie na Truth Social zachęcał do kupowania ropy od USA i do pójścia po ropę do cieśniny Ormuz. To brzmiało jak zapowiedź wycofania się USA z tej bezsensownej wojny, ale nie podziałało w oczekiwany przez Trumpa sposób.
Nic więc dziwnego, że prezydent wzmocnił przekaz. Pojawiła się informacja mówiąca, że w rozmowach ze swoimi doradcami mówił o szybkim wycofaniu USA z tej wojny nawet wtedy, kiedy Ormuz będzie nadal zamknięta i bez porozumienia z Iranem. O tym porozumieniu i rozmowach Trump mówi od wielu dni, ale Iran zaprzecza i trudno nie mieć wrażenia, że to nie Teheran w tej sprawie mówi nieprawdę. Jakieś dokumenty krążą za pośrednictwem Pakistanu, ale rozmów nie ma. Przecież wiceprezydent USA, J.D. Vance, miał być w Pakistanie podczas ostatniego weekendu i prowadzić rozmowy z Iranem. Ja go tam nie widziałem.
Rynki uwierzyły
Te pogłoski o wycofaniu USA były wzmacniane przez media. Nierozsądnie wzmacniane, bo w tej sprawie do tanga trzeba nie dwojga, a trojga: USA, Iranu i Izraela. Poza tym, jak można sobie wyobrazić, że "armada" USA wróci do domu z podkulonym ogonem? Przecież to jest niewyobrażalne. Ale rynki uwierzyły. Uwierzyły mimo tego, że Pete Hegseth, sekretarz wojny USA (bohater wielu programów satyrycznych) zdawał się mówić coś innego niż jego szef. Według niego Trump chce podpisać porozumienie z Iranem, a jeśli Iran tego nie zechce zrobić, to wojna będzie trwała z większą intensywnością.
Prezydentowi pomógł też sam Iran. Minister spraw zagranicznych Iranu mówił, że wymienili się z USA żądaniami, ale że negocjacji nie ma. Rynek widział tylko pierwszą część zdania. Poza tym prezydent Iranu mówił, że pod pewnymi warunkami wojna może się zakończyć. Tak, to ten sam prezydent, który przepraszał trzy tygodnie temu za atakowanie sąsiadów, co siły zbrojne Iranu całkowicie zlekceważyły.
Do tych pogłosek i wypowiedzi doszło zakończenie kwartału. W skutek tego obserwowaliśmy we wtorek potężne zwyżki indeksów, osłabienie dolara i drożejące złoto. Mimo 33 lat z rynkami od czasu do czasu szaleństwo inwestorów potrafi mnie zadziwić... Po tej euforii następnego dnia rano na pierwszej stronie Reutersa pojawił się tytuł "April fools rush in" (ang. Prima Aprilis lub dos. głupcy porywają się z motyką na słońce). Był nieco dwuznaczny, bo 1 kwietnia nazywany jest w USA "Fools’ Day", ale według mnie niedwuznacznie sugerował nadmierny optymizm inwestorów.
Widzieliśmy realizację tego, o czym wielokrotnie ostatnio mówiłem: zarządzający funduszami trzymali palec na przycisku "kupuj", czekając na szybki koniec wojny. Z rozmów z zarządzającymi wynikało, że większość stosuje strategię 75:25 – 75 proc. prawdopodobieństwa, że wojna szybko się zakończy, a 25 proc., że będzie długa. W tej sytuacji byle pretekst musiał wyzwolić duży popyt. I taki byle pretekst rynek dostał. Był też podparty zapowiedzią orędzia prezydenta Trumpa (odbyło się w nocy ze środy na czwartek). Bardzo wiele funduszy hedgingowych miało pootwierane krótkie pozycje na indeksy/akcje, więc zamykano je w pośpiechu, zwiększając skalę zwyżki indeksów.
Ja od wielu miesięcy ostrzegałem, że Donald Trump z pewnością zna akronim TACO i musi on go boleć, więc w dowolnym momencie może chcieć mu zaprzeczyć. I chyba tak się właśnie stało. Cały świat oczekiwał, że podczas swojego orędzia prezydent będzie mówił o rychłym zakończeniu wojny. Okazało się jednak, że podczas tego krótkiego wystąpienia (dla Trumpa 20 minut to tyle, co nic) nie tylko nie było zapowiedzi końca wojny, ale była groźba takich uderzeń, że USA sprowadzą Iran do epoki kamienia łupanego. Podobno wojna ma trwać jeszcze "tylko" 2-3 tygodnie, ale wiadomo jak to jest z liczbami i obietnicami Trumpa.
Oczy na armadę
Faktem jest, że rozmów USA-Iran na razie nie ma; kolejny amerykański lotniskowiec płynie w kierunku Iranu. Można więc powiedzieć, że prawdopodobieństwo ataku lądowego nie maleje, a wręcz rośnie. Nic więc dziwnego, że rano, kiedy pisałem ten tekst, indeksy mocno traciły, ropa szybko drożała, dolar się umacniał, a rentowności obligacji rosły. Po prostu wróciliśmy do stanu sprzed euforii.
Jednak zadanie zostało wypełnione, bo indeks S&P 500 zawrócił znad poziomu uznawanego w USA za korektę, czyli minus 10 proc. od szczytu (okolice 6300 pkt.) i musi teraz spaść 5 proc., żeby ten poziom przełamać. Gdyby Wall Street weszła w fazę paniki, to Trump zacząłby realizować drugie słowo z cytatu przytoczonego na początku tekstu, czyli "tumani". Będzie musiał wtedy wymyślić coś nowego, a świat finansów znowu (niestety) mu uwierzy.
Ja bym radził jednak nie ulegać takim manipulacjom i czekać na początek prawdziwych negocjacji, bo kiedyś muszą nastąpić. A najlepiej obserwować po prostu to, co robi armada USA. Jeśli siły zbrojne Stanów Zjednoczonych będą rosły, to uspokajające słowa prezydenta trzeba traktować z przymrużeniem oka.
Piotr Kuczyński, główny analityk domu inwestycyjnego Xelion