Utknęliśmy w permanentnym kryzysie. Ropa będzie oscylować w okolicy 100 dol. za baryłkę
Ropa zaliczyła największy miesięczny skok cenowy w historii. Od początku wojny z Iranem popularny gatunek Brent zdrożał o prawie 60 proc. Na horyzoncie nie ma scenariusza, który skutecznie obniżyłby ceny surowca. - Wpadliśmy w spiralę, z której nie będzie łatwo się uwolnić - słyszymy od eksperta.
Miesiąc wojny z Iranem wywindował ceny ropy naftowej. Zamknięcie cieśniny Ormuz, ataki na infrastrukturę naftową, ropociągi, terminale, pola surowcowe w całym regionie spowodowały, że popularny gatunek ropy Brent wystrzelił o 59 proc., przebijając w poniedziałek poziom 115,84 dol. za baryłkę.
To największy miesięczny skok cen, niewidziany nawet podczas wojny w Zatoce Perskiej w 1990 r. - zauważa Reuters.
Analitycy ostrzegają, że skala kryzysu naftowego jest poważna, a jego skutki dla światowej gospodarki będą bardzo destrukcyjne. Jak ocenia Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), inflacja 20 największych gospodarek (G20) będzie o 1,2 pkt. proc. wyższa niż zakładano i w 2026 r. znajdzie się na poziomie 4 proc.
Prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde w rozmowie z "The Economist" ocenia z kolei, że szok wywołany wojną z Iranem "przekracza wyobrażenia", a rynki są "zbyt optymistyczne" co do możliwości rozładowania narastającego kryzysu.
Mocne zagranie Orbana. Węgry wstrzymują dostawy gazu na Ukraine
Według analiz ekspertów zajmujących się techniczną kwestią pozyskiwania i dystrybucji ropy naftowej nie należy spodziewać się szybkiego powrotu do normalności, z uwagi na skalę zniszczeń. Większość z nich mówi o latach.
Iran od początku nalotów amerykańsko-izraelskich obrał taktykę kontrataków wymierzonych nie tylko w bazy wojskowe, ale również w rafinerie, instalacje i pola naftowe i gazowe w krajach całej Zatoki Perskiej. Paraliżuje tym samym transport, ale także produkcję surowców.
Skala zniszczeń infrastruktury naftowej i ciągłe zagrożenie kolejnymi atakami na ropociągi, tankowce, pola surowcowe, a przede wszystkim na terminale eksportowe sprawiają, że wpadliśmy w spiralę cenową, z której nie będzie łatwo się uwolnić - stwierdza w rozmowie z money.pl dr Przemysław Zaleski, ekspert ds. bezpieczeństwa energetycznego Fundacji Pułaskiego i Politechniki Wrocławskiej.
Według Zaleskiego utknęliśmy w kryzysie permanentnym. Na horyzoncie nie ma bowiem scenariusza, który skutecznie mógłby obniżyć ceny surowca.
- Cena jeszcze długo będzie się utrzymywać w okolicach 100 dol. za baryłkę, a część analiz zakłada nawet poziomy 115 dol. za ropę Brent - mówi nam ekspert.
Konflikt eskaluje
Cieśnina Ormuz, kluczowy dla świata szlak transportu ropy i gazu, pozostaje sparaliżowana. Nie pomogły groźby USA ani uderzenia w podziemne magazyny i stanowiska rakietowe.
Wąski przesmyk, którym jeszcze w ubiegłym roku przepływały jednostki przewożące w sumie 81 mln ton LNG, tj. około 222 tys. ton dziennie (20 proc. światowego handlu) oraz tankowce z 13 milionami baryłek ropy dziennie (31 proc. całego przepływu ropy drogą morską), jest szczególnie gorącym punktem na mapie świata. Iran kontroluje przepływ i grozi zatopieniem każdego statku, który podejmie próbę przepłynięcia cieśniny bez zgody Teheranu.
Donald Trump zagroził nawet wysłaniem wojsk lądowych i przejęciem kluczowego terminala naftowego na wyspie Chark, jeśli Iran nie odblokuje swobodnej żeglugi. Jednak groźba inwazji - zamiast obniżać ceny ropy - tylko potęguje niepewność na rynkach i wzrost cen.
- Kryzys eskaluje. Przedłużająca się operacja w Iranie i opór, jaki stawia ten kraj, uruchomiły również jemeńskich rebeliantów. Skoro Huti weszli do gry, tych punktów zapalnych będzie jeszcze więcej. Rynki obawiają się eskalacji i dalszych ataków na infrastrukturę energetyczną w kolejnych miejscach. Oni również będą atakować statki, ropociągi, rafinerie czy porty - podkreśla dr Zaleski.
Bojownicy już raz doprowadzili do ograniczenia transportów przez Morze Czerwone, zmuszając część armatorów do wybierania okrężnych tras.
Jedną z opcji niwelowania skutków zamknięcia cieśniny Ormuz miało być przeniesienie części eksportu ropociągiem Wschód-Zachód (tzw. Petroline) przez Półwysep Arabski do portu Janbu nad Morzem Czerwonym, a stamtąd - przez Kanał Sueski na Morze Śródziemne.
Port Janbu już znalazł się na celowniku Iranu. Suez, jak wyjaśnialiśmy w money.pl, to także wąskie gardło. Na południu z kolei znajduje się cieśnina Bab al-Mandab, zwana również Bramą Łez. Ma szerokość zaledwie 27 km. Szlakiem między Jemenem a Półwyspem Somalijskim (Rogiem Afryki), łączącym Morze Czerwone z Zatoką Adeńską, przepływa rocznie 2,9 mln baryłek ropy dziennie. To właśnie to miejsce wykorzystywali Huti do uderzeń w tankowce.
"Konflikt nie koncentruje się już w Zatoce Perskiej i wokół Cieśniny Ormuz, ale teraz rozciąga się na Morze Czerwone i cieśninę Bab el-Mandeb - dławiąc jeden z najważniejszych na świecie punktów dla przepływu surowych i rafinowanych produktów naftowych. W efekcie dwa główne korytarze globalnego handlu energią są narażone jednocześnie, zawężając możliwości zmiany trasy i zwiększając ryzyko związane z zerwaniem łańcuchów dostaw w całym systemie" - ocenił w poniedziałkowym komentarzu JP Morgan, jeden z największych banków inwestycyjnych świata.
Jak jednak podkreślają analitycy, alternatywne trasy omijające Ormuz mogą dziś przejąć tylko ok. 35 proc. wolumenu, który normalnie płynął przez cieśninę. Przy bardzo optymistycznym założeniu pełnego wykorzystania infrastruktury i uwzględnieniu dostaw poprzez rurociąg Kirkuk-Ceyhan (Irak-Turcja) można dojść do około 46 proc., ale to - jak zaznaczają eksperci - wariant bardziej techniczny niż realny.
Kryzys dopiero się zaczyna
Według analityków zespołu strategicznego UBS, pięciotygodniowe zakłócenia w żegludze przez cieśninę Ormuz spowodują zmniejszenie dostaw o 10 mln baryłek ropy dziennie. To zaś podniosłoby ceny do 120 dol. za baryłkę.
Problem w tym, że nawet jeśli w trzecim kwartale dostawy by się unormowały - w wyniku ewentualnych porozumień lub deeskalacji - to i tak ceny oscylowałyby w granicach 100 dol. za baryłkę.
Tutaj warto zwrócić uwagę na inflację. Powyższy scenariusz oznaczałby jej wzrost w Unii Europejskiej w drugim kwartale do 3,2 proc. w ujęciu rok do roku.
Przy dwumiesięcznych ograniczeniach eksportu ropy naftowej przez cieśninę Ormuz wzrost cen sięgnąłby poziomu 150 dolarów za baryłkę. Inflacja w Europie i USA wyniosłaby wówczas odpowiednio 3,6 proc. i 3,5 proc. Jak oceniło UBS, wzrost w USA w drugim kwartale spadłby o 60 pkt. bazowych, a w Europie o 20-30 pkt bazowych.
Według analiz przeprowadzonych przez ekspertów Bloomberga, kryzys dopiero się zaczyna.
Jeśli ataki na infrastrukturę naftową i gazową będą się utrzymywać, znajdziemy się w ciągłej fazie zagrożenia podaży surowca na rynek, a co za tym idzie - presji cenowej - zaznacza dr Zaleski.
Jak dodaje, nawet zwiększanie produkcji w USA i innych regionach - przy dalszym niepokoju w Zatoce Perskiej - będzie miało skutki nie tylko dla regionu. To przełoży się na notowania surowców na świecie.
O skali problemu może świadczyć to, że nawet decyzja o uwolnieniu przez Międzynarodową Agencję Energetyczną rekordowych 400 mln baryłek ropy z rezerw nie przyniosła większej zmiany. - Im dłużej konflikt będzie trwał, tym poważniejsze będą konsekwencje - dodaje Zaleski.
"Klątwa", zgodnie z którą ceny ropy mają sięgnąć 200 dol. za baryłkę, którą w połowie marca rzucił generał Ebrahim Zolfaqari, rzecznik sztabu Khatam al-Anbiya w Teheranie, jeszcze się nie urzeczywistniła. Jednak jej widmo spędza sen z oczu analitykom.
Przemysław Ciszak, dziennikarz money.pl