"Jedynie krótkotrwały oddech?" Sam pakiet CPN może nie zatrzymać wzrostów cen paliw [OPINIA]
Czy skazani jesteśmy na dalszy wzrost cen paliw, a wprowadzony mechanizm będzie jedynie krótkotrwałym oddechem? - pyta Dawid Czopek, ekspert ds. paliw i rynku surowców, w artykule dla money.pl. Ostrzega, że jeśli blokada cieśniny Ormuz będzie utrzymana przez cały kwiecień, nadal grożą nam dwucyfrowe ceny na stacjach paliw.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Po blisko miesiącu od momentu pierwszych ataków wojsk USA i Izraela na Iran oraz blokady Cieśniny Ormuz, premier Donald Tusk przedstawił rozwiązania dotyczące sposobów łagodzenia wpływu konfliktu na ceny na stacjach paliw. W piątek wieczorem ustawy te podpisał prezydent Karol Nawrocki. Projekt składa się z trzech, a właściwie czterech elementów, do których postaram się odnieść.
Przede wszystkim, moim zdaniem, rząd zadziałał w sposób zdecydowany. Obniżka wszystkich danin związanych z ceną paliwa do poziomów minimalnych, możliwych do zaakceptowania przez Unię, jest jednym z najbardziej radykalnych rozwiązań spośród wszystkich 27 krajów. Przy czym nadal możemy uznać, że mieści się w kategoriach rynkowych.
Rząd dopłaci do paliwa. "Największa odpowiedź w Europie"
Są oczywiście kraje, które wprowadziły mechanizm ceny maksymalnej, odbiegającej od warunków rynkowych, ale jednocześnie wprowadziły ograniczenia dotyczące ilości tankowanego paliwa lub zawęziły kategorie kierowców, którzy mogą nabywać paliwo. Często rozwiązania te wynikają z lokalnych uwarunkowań, np. kraj ma wystarczającą zdolność do przerobu ropy na gotowe paliwa, tak aby nie musieć importować paliw z zewnątrz, albo politycy mają akurat zbliżające się wybory i starają się za wszelką cenę przypodobać wyborcom.
Mechanizm kontroli cen na stacjach paliw. "Największe zaskoczenie"
Rozwiązania zastosowane w Polsce, w zakresie obniżki VAT i akcyzy, są już powszechnie znane, więc nie będę się nad nimi rozwodził, ale skupię się na mechanizmie kontroli cen.
Myślę, że to akurat ten fragment programu "CPN - ceny paliw niżej" wywołał największe zaskoczenie. Nie wiem, czy to przypadek, ale ostatni raz ceny regulowane, czy też urzędowe, obowiązywały w Polsce wtedy, kiedy największą siecią stacji w Polsce były pomarańczowe stacje CPN, a niebieskie stacje z logo "Petrochemia Płock" dopiero pojawiały się na drogowej mapie Polski, czyli w latach 90.
Rozumiem, dlaczego ten mechanizm został wprowadzony. Rząd chciałby stosunkowo szybko wprowadzić niższe ceny na stacjach, a sama obniżka danin mogłaby przez pewien czas być wykorzystana przez koncerny do osiągnięcia dodatkowej marży. Dobrze znamy sytuacje, gdy notowania ropy spadają, a właściciele stacji starają się tego nie dostrzegać, opóźniając obniżki cen na stacjach.
W tym przypadku nie będzie to możliwe. Paliw nie będzie można sprzedawać powyżej ceny maksymalnej, a mechanizmu mają pilnować urzędy skarbowe. Przypomnę, że od kilku lat na stacjach paliw, jako jednej z pierwszych branż, wprowadzono kasy fiskalne online, zatem prawdopodobnie kontrola ta nie będzie wymagała nawet wizyty na stacji.
Cena ma być codziennie zmieniana poprzez obwieszczenia Ministra Energii, wyznaczana na podstawie średnich cen hurtowych pięciu największych sprzedawców, powiększonych o koszty operacyjne w wysokości 30 groszy.
Tutaj pojawiają się pewne wątpliwości. Jeżeli cena ta ma być wyznaczana codziennie, to co w sytuacji, gdy mała stacja kupiła paliwo, które będzie sprzedawać przez najbliższy tydzień, a w międzyczasie cena w hurcie istotnie spadnie? Największe stacje paliw mają dostawy nawet codziennie, ale wiele mniejszych stacji kupuje paliwo raz na kilka dni.
Mechanizm ten w dużej mierze pozwala największym dostawcom paliw na wyznaczanie cen na stacjach. Należy mieć nadzieję, że będą oni się zachowywać racjonalnie, tzn. nie będą chcieli dopuścić do sytuacji, gdy import nie będzie się opłacał, a na stacjach zaczną pojawiać się informacje o awariach dystrybutorów.
Z drugiej strony zachowają rozsądek w ustalaniu tzw. premii lądowej, czyli różnicy w cenie pomiędzy notowaniami paliw na światowych rynkach a ceną hurtową w Polsce. Biorąc pod uwagę, że w kraju mamy dwóch producentów paliw (Orlen i Saudi Aramco), pozostałe trzy ceny hurtowe będą pochodzić od importerów, zatem można założyć, że oprze on się na mechanizmach rynkowych, nadzorowanych przez ministra odpowiedzialnego za Orlen.
Ekspert pyta, "kto za to wszystko zapłaci"
Kolejny element pakietu, który wzbudza kontrowersje, to punkt, który można nazwać "kto za to wszystko zapłaci", czyli prace nad wprowadzeniem podatku od nadmiarowych zysków, który powszechnie został nazwany windfall tax.
W Polsce rocznie sprzedaje się ponad 30 mld litrów oleju napędowego i benzyny. Nietrudno policzyć, że ponad złotówka oszczędności na każdym litrze to znacznie ponad 30 mld złotych mniej dochodu do budżetu. W praktyce nie jest tak źle, po pierwsze, cena netto znacznie urosła w ostatnim czasie, a zatem VAT jest liczony od wyższej wartości, ale przede wszystkim obniżka dotyczy nievatowców.
Ja jako osoba prywatna zawsze płacę cenę brutto, ale już firma kupująca paliwo do swojej ciężarówki dowożącej produkty do sklepów czy piasek na budowę odlicza sobie VAT od usługi transportowej lub ceny piasku. W tym przypadku zamiast odliczyć VAT, zapłaci go do urzędu skarbowego, a zatem budżet na tym nie ucierpi.
Nie wiem, jakie są proporcje klientów stacji odliczających VAT i niemogących go odliczyć, ale według źródeł rządowych koszt pakietu ma wynosić 1,6 mld złotych miesięcznie.
Zakładając, że to rozwiązanie utrzymałoby się przez kwartał, koszt dla budżetu zbliżyłby się do 5 mld złotych. Czy zatem w obecnej sytuacji zyski Orlenu są w stanie pokryć te wydatki?
Na sto procent na to pytanie będzie można odpowiedzieć po publikacji wyniku, ale przyjmując pewne założenia dotyczące obecnych marż rafineryjnych, można założyć, że dodatkowy kwartalny zysk Orlenu zbliża się obecnie do tych poziomów.
Co ciekawe, dość spokojnie informacje o podatku przyjęli inwestorzy giełdowi. Kurs Orlenu na czwartkowej sesji spadł o 2,21 proc. (choć tuż po konferencji premiera spadał nawet o 6 proc.), przy spadku indeksu WIG20 o 0,18 proc. W sumie spokój, szczególnie biorąc pod uwagę, że kurs spółki znajduje się na szczytach, po wzroście od dołka pod koniec 2024 o ponad 200 proc.
Oczywiście trudno nie zauważyć, z jak dużym spokojem piszę o mechanizmach, które człowieka po studiach ekonomicznych i z ponad 25-letnim doświadczeniem w branży paliwowej i finansowej powinny przyprawić o zawrót głowy, ale chyba mamy do czynienia ze znakiem czasu. Brexit, Covid, wojny, kontrowersyjni politycy – to wszystko oddaliło nas od mechanizmów, których uczyliśmy się z mądrych książek. Nie wiem, czy to dobrze, ale dzisiaj trudno wyobrazić sobie inną reakcję rządu, o czym świadczy powszechność wprowadzonych rozwiązań antykryzysowych w wielu krajach świata. Umiarkowana reakcja kursu Orlenu chyba też.
Koniec wzrostów cen paliw na stacjach?
Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na pewien szczegół. Jedno z ostatnich pytań podczas konferencji premiera dotyczyło przyjętych rozwiązań w kontekście ryzyka dalszego wzrostu cen.
Premier wyraźnie stwierdził, że obniżka cen paliw ma na celu złagodzenie wzrostu cen, zapewnia trwałe ich pomniejszenie w stosunku do braku wprowadzenia mechanizmu, ale w żaden sposób nie gwarantuje zatrzymania dalszego wzrostu.
Sytuacja w Zatoce Perskiej jest nadal bardzo trudna. Na świecie brakuje codziennie ok. 10 mln baryłek ropy, czyli o tyle, o ile spadł popyt na ropę w covidowym 2020 roku. Jeżeli transport ropy przez cieśninę nie zostanie szybko odblokowany, musimy istotnie ograniczyć naszą konsumpcję.
W marcu świat wykorzystał proste rezerwy: była to przede wszystkim ropa znajdująca się na pokładzie floty cieni, czyli ropa rosyjska i irańska, która nie znajdowała kupców na początku roku, a teraz w znacznej mierze złagodziła skutki kryzysu (nie pochwalam, stwierdzam fakt).
Te proste rezerwy są już wykorzystywane. W dalszej kolejności należy albo ograniczyć konsumpcję, albo sięgnąć po oficjalne zapasy. Część z nich już została uruchomiona, ale tempo ich uwalniania na poziomie 1–2 mln baryłek dziennie budzi wątpliwości.
Zapasy są tym, co ma uratować świat, mają nam wystarczyć na wiele tygodni, ale dzisiaj nie mamy żadnej pewności, że pełna przepustowość cieśniny zostanie szybko przywrócona. W lutym 2022 roku też nikt sobie nie wyobrażał, że po ponad czterech latach nadal będziemy śledzić reporty z walk.
Rządy działają wbrew zasadom ekonomii
Najlepszym, a być może jedynym sposobem na ograniczenie konsumpcji jest podwyższenie jej ceny. Zatem działania, które podejmują światowe rządy, są de facto przeciwstawne zasadom ekonomii. Przypomnę, że w przypadku szoku podażowego, gdy przy żadnej cenie nie jest możliwe dostarczenie podaży mogącej zrównoważyć popyt, jedynym sposobem na znalezienie równowagi rynkowej jest zmniejszenie popytu.
Dzisiaj mamy do czynienia dokładnie z taką sytuacją. Nikt, w przewidywalnym okresie, nie jest w stanie dostarczyć brakującej ilości ropy, a przede wszystkim gotowych paliw, niezależnie od ceny, jaką zapłacimy.
Czy zatem skazani jesteśmy na dalszy wzrost cen paliw, a wprowadzony mechanizm będzie jedynie krótkotrwałym oddechem?
Wiele autorytetów zajmujących się rynkiem ropy naftowej twierdzi, że utrzymanie blokady cieśniny przez cały kwiecień spowoduje wzrost cen ropy do poziomu 150–180 dol. za baryłkę. Taki poziom oznacza, nawet po wprowadzeniu CPN, że ceny na stacjach sięgną poziomów dwucyfrowych. Będzie to, dzięki pakietowi, być może 10 złotych, a nie 11,5 za litr, ale mówimy o takich poziomach.
Pozostaje mieć nadzieję, że czarne scenariusze się nie spełnią, a tankowce znów będą przepływać przez cieśninę. W każdym razie trzymajmy za to kciuki.
Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ, ekspert ds. rynku surowców