Nowy podatek od zysków firm paliwowych. Rząd liczy wpływy, eksperci punktują problemy
Rada Ministrów przyjęła we wtorek projekt ustawy, która nałoży nową daninę na producentów i sprzedawców paliw ciekłych. Mechanizm obejmie zyski wypracowane w okresie od marca do grudnia 2026 r. Budżet ma zostać dzięki temu zasilony 5 mld zł. Zdaniem ekspertów, z którymi rozmawialiśmy, nie rozwiązuje to strukturalnych problemów budżetu.
Jak poinformował rzecznik rządu Adam Szłapka podczas wtorkowej konferencji prasowej, regulacja jest bezpośrednio związana z kryzysem na rynku wywołanym sytuacją w Zatoce Perskiej. Według przedstawiciela rządu głównym celem nowych przepisów jest ograniczenie ponadnormatywnych zysków tych spółek, które zyskiwały wyłącznie na fakcie, że paliwo stało się drastycznie droższe.
Skąd wzięła się nowa danina i co sfinansuje
Wpływy z opisywanego podatku mają z góry określone przeznaczenie. Zgodnie z uzasadnieniem do projektu ustawy środki te posłużą jako źródło finansowania pakietu osłonowego pod nazwą "Ceny Paliwa Niżej" (w skrócie CPN). Pakiet wprowadził szereg ulg mających chronić portfele kierowców. W jego ramach zdecydowano się na obniżkę podatku VAT oraz akcyzy od wybranych paliw ciekłych, a także wprowadzono mechanizm codziennie ogłaszanych maksymalnych cen detalicznych. Pakiet jest już wygaszany, od wtorku nie obowiązuje już niższa akcyza, a według obecnych planów standardowa stawka VAT ma wrócić w lipcu.
"Słabo wygląda". Oto jak polska dyplomacja radzi sobie w USA
Ministerstwo Finansów w swoich dokumentach argumentuje, że wprowadzenie daniny to odpowiedź na wyjątkowe uwarunkowania geopolityczne i gospodarcze. Resort podkreśla, że ponadprzeciętne wyniki finansowe sektora paliwowego nie są obecnie efektem poprawy wydajności operacyjnej, podejmowania większego ryzyka czy nowych inwestycji. Według ministerstwa firmy te stały się po prostu beneficjentami szoku podażowego na światowych rynkach po zablokowaniu cieśniny Ormuz oraz atakach na infrastrukturę energetyczną w krajach Zatoki Perskiej.
Premier Donald Tusk, zapowiadając pod koniec marca wprowadzenie pakietu CPN oraz podatku od nadmiarowych zysków firm paliwowych, przypominał, że "im wyższe ceny na rynkach światowych, tym więcej ludzie płacą na stacjach benzynowych". - Ale ci, którzy działają w tym biznesie, mają większe zyski. Więc w takich sytuacjach także będziemy reagowali, wprowadzając podatek od nadmiarowych zysków koncernów - tłumaczył premier.
Eksperci: wpływ ważny, ale problemy pozostają
Arkadiusz Balcerowski, ekonomista mBanku, w rozmowie z money.pl przyznaje, że w obecnej sytuacji budżetowej każde pieniądze są istotne. Ale nienajważniejsze.
Jednorazowy zastrzyk gotówki z takiego podatku nie rozwiąże strukturalnych problemów polskiego budżetu. Agencje ratingowe jasno na to wskazują: Polska ma problem z trwałą pozycją fiskalną i brakiem systemowej konsolidacji finansów w średnim terminie. Poza tym, jeśli rząd będzie karał firmy za to, że mają lepszy moment na rynku, uderzy to w ich - i tak już słabą - chęć do inwestowania. A bez prywatnych inwestycji nie ma mowy o trwałym, silnym wzroście PKB - ocenia ekspert.
Z kolei Mateusz Sutowicz, starszy ekonomista w ING, komentuje w rozmowie z money.pl, że kryzys na Bliskim Wschodzie wymusił wprowadzenie rekompensat dla zwykłych konsumentów. Ktoś jednak za ten "obiad" musi teraz zapłacić.
Planowany przez rząd podatek od nadmiarowych zysków ma przede wszystkim wspierać budżet, który "ucierpiał" w związku z wprowadzeniem programu Ceny Paliwa Niżej. Koszt CPN to 1,6 mld zł miesięcznie, a ideą podatku od nadmiarowych zysków jest zniwelowanie uszczupleń budżetowych z tego tytułu, co podkreślał między innymi minister Domański - wskazuje Mateusz Sutowicz.
Ekspert ING zwraca też uwagę na argument wysunięty przez ministra finansów. Andrzej Domański wskazał, że daniną obciążone zostaną podmioty, które czerpią nadmiarowe zyski z konkretnej sytuacji gospodarczej. - W obecnym przypadku głównym podmiotem obciążonym podatkiem będzie krajowy czempion paliwowy - mówi analityk ING. Czyli Orlen.
A co z "nadmiarowymi" dochodami budżetu?
Marcin Materna z biura analiz Banku Millennium na argumentację rządu patrzy w zupełnie inny, wręcz przewrotny sposób. "Zastanówmy się, kto korzysta na wyższych cenach. Nie tylko ropy, ale ogólnie, także pietruszki czy mieszkań. Otóż jest to budżet państwa. Gdy ceny rosną, rosną wpływy z VAT oraz – pośrednio – z PIT i CIT. Inflacja, która napędza ceny, działa jak wspólnik fiskusa: zwiększa wpływy podatkowe bez formalnego podnoszenia stawek" - pisze w komentarzu dla money.pl.
Parafrazując więc wypowiedź polityka: "sytuacja jest tak paradoksalna, że im wyższe ceny w gospodarce i im więcej konsumenci płacą za swoje zakupy, tym więcej zarabia budżet państwa". Czy słyszymy wtedy: musimy ograniczyć nadmiarowe dochody budżetu zmniejszając np. stawkę VAT czy PIT? Nie - wskazuje Materna.
Ekonomista zastanawia się, gdzie właściwie przebiega granica między "normalnym" a "nadmiarowym" dochodem firm. Wskazuje przy tym, że zwolennicy nowego podatku twierdzą, iż część zysków przedsiębiorstw wynika z nadzwyczajnych okoliczności, ale odpowiedź na pytanie o granicę jest w jego ocenie polityczna.
"Zysk firm jest akceptowalny, dopóki nie przyciąga uwagi opinii publicznej. Gdy pojawia się w czołówkach gazet - wtedy jest nadmiarowy. I natychmiast należy go wtedy firmom, które go wypracowały, nie tylko dzięki wzrostom cen, ale też dzięki np. wysokiej efektywności działania, odebrać" - wskazuje analityk Banku Millennium.
Pamiętajmy też, że sektor paliwowy jest dość cykliczny – okresy wysokich zysków przeplatają się z latami słabych wyników. Czy wtedy spółki te – analogicznie do obecnego podatku od nadmiarowych zysków – dostaną rekompensaty za nadmiernie niską rentowność? Nowoczesna gospodarka ma tę cechę, że czasem nagradza tych, którzy akurat znaleźli się po właściwej stronie rynku. Polityka w ostatnich latach niestety ma z kolei tendencję do odbierania im tych nagród. I z taką sytuacją mamy obecnie do czynienia - podsumowuje Marcin Materna.
Zmiany w toku konsultacji. Niższa stawka podatku i tak zaboli firmy
Mechanizm naliczania nowej opłaty opiera się na porównaniu bieżących wyników z wynikami historycznymi. Podstawę opodatkowania stanowić będzie nadwyżka przychodów ponad kwotę, którą dany podmiot osiągnąłby przy zastosowaniu tak zwanej marży referencyjnej. Jako punkt odniesienia przyjęto rok obrotowy zakończony przed początkiem marca 2026 r., a opodatkowaniu podlegać ma nadwyżka przekraczająca dwudziestoprocentowy wzrost przychodów.
Ostateczny kształt przyjętego przez rząd projektu różni się od założeń prezentowanych jeszcze kilka tygodni temu przez Rządowe Centrum Legislacji. Po przeprowadzonych konsultacjach zdecydowano się na obniżenie stawki podatku z planowanych początkowo 75 proc. do poziomu 60 proc.
Ta zmiana ma bezpośrednie przełożenie na szacowane wpływy do budżetu państwa. Pierwotnie resort finansów zakładał, że nowa danina przyniesie łącznie pięć miliardów złotych. Obecne szacunki są nieco skromniejsze – producenci i sprzedawcy paliw mają wpłacić z tego tytułu łącznie cztery miliardy złotych. Większość tej kwoty zasili państwową kasę jeszcze w roku objętym podatkiem, a pozostała część wpłynie w roku następnym.
Jak wynika z rządowej Oceny Skutków Regulacji, największy ciężar nowego rozwiązania poniesie rynkowy lider. Szacuje się, że udział Orlenu w podstawie opodatkowania wyniesie 60 proc., podczas gdy pozostałe podmioty z branży paliwowej i petrochemicznej będą odpowiadać za resztę tej puli. Zamyka to trwający od marca proces legislacyjny, zainicjowany jeszcze przez zapowiedzi premiera Donalda Tuska o konieczności opodatkowania nadmiarowych zysków koncernów energetycznych.