Polska fabryka dronów w Ukrainie? "Dekret Zełenskiego daje różne możliwości" [WYWIAD]
W naszych relacjach gospodarczych z Ukrainą pojawiają się trudne kwestie, ale widzę po drugiej stronie otwartość na dialog - mówi w wywiadzie dla money.pl Wojciech Kostrzewa. Z szefem Polskiej Rady Biznesu rozmawiamy o szansach na współpracę z Ukrainą przy produkcji dronów i broni.
- Kilka dni temu minister finansów Andrzej Domański odwiedził Kijów wspólnie z grupą polskich przedsiębiorców. Na miejscu była też redakcja money.pl. - Tak wykuwa się polska dyplomacja gospodarcza - komentuje Wojciech Kostrzewa.
- Prezes Polskiej Rady Biznesu mówi także o przeszkodach, na jakie napotykają polscy przedsiębiorcy w Ukrainie. - To na pewno warunki przetargów i afery korupcyjne - ocenia nasz rozmówca.
- Kostrzewa tłumaczy również, jak może wyglądać w praktyce wspólne rozwijanie technologii dronowych z Ukrainą. "Dekret prezydenta Zełenskiego otwiera alternatywne ścieżki do współpracy w dziedzinie obronności".
Tomasz Setta, money.pl: Jesteśmy w drodze powrotnej z Kijowa, gdzie zakończyła się właśnie misja gospodarcza polskiego rządu. To była udana wizyta?
Wojciech Kostrzewa, prezes Polskiej Rady Biznesu: Bardzo udana i bardzo ważna, bo po raz pierwszy przedstawiciel polskiego rządu udał się z taką misją do Kijowa w towarzystwie prywatnego sektora gospodarczego. Delegację zdominowały spółki z sektora obronnego i dual-use (technologie podwójnego zastosowania, militarnego i cywilnego - red.), bardzo istotnego dla polsko-ukraińskiej kooperacji.
Amunicja na pięć dni wojny? Szef Niewiadowa mówi, jak jest
To trzecia taka misja w ostatnich miesiącach, po podróży do Szwecji i Arabii Saudyjskiej. Można powiedzieć, że wykuwa się już coś w rodzaju dyplomacji gospodarczej Polski?
Zdecydowanie tak, takie są zresztą deklaracje ministra Domańskiego. Osobiście mam nadzieję, że to dopiero początek i mądra, rozsądna dyplomacja gospodarcza będzie miała swój dalszy ciąg. Myślę, że wszyscy ciągle uczymy się, jak przygotowywać się do tego typu wizyt. W mojej ocenie misja do Kijowa, z której właśnie wracamy, była najlepszą, w której brałem udział.
Pytanie, jakie były cele tej podróży i jak zmierzyć jej skuteczność? Polska nie przywozi przecież z ukraińskiej stolicy żadnych wielomiliardowych kontraktów.
Podpisywanie takich umów nie jest zadaniem ministra finansów. Takie porozumienia będą zawierać prywatne polskie firmy z prywatnymi bądź państwowymi spółkami z Ukrainy. Taka misja z pewnością buduje pewien klimat na zasadzie: słuchajcie, firmy, z którymi tu przyjeżdżam, są dobre i sprawdzone, są rzetelnymi uczestnikami życia gospodarczego.
Ważnym kontekstem tej wizyty są także przygotowania do czerwcowej Konferencji na rzecz Odbudowy Ukrainy, w której będę uczestniczył jako szef Polskiej Rady Biznesu. To spotkanie w Gdańsku będzie bardzo ważne - jego zadaniem będzie wytyczenie kierunków dla europejskiej polityki wspierania naszych wschodnich sąsiadów. Mamy też szansę, żeby kolejny raz zaprezentować możliwości polskich firm, ale też podkreślić znaczenie Ukrainy i jej strategicznego położenia w Europie.
To wszystko pięknie brzmi, ale mamy też długą listę nierozwiązanych spraw. Polski biznes skarży się na przykład, że jest "wypychany" z Ukrainy przez niekorzystne warunki przetargów i wszechobecną korupcję. Widzi pan otwartość po ukraińskiej stronie do rozwiązania tych problemów?
Mogę wypowiadać się tylko w imieniu biznesu, z którym byłem w Kijowie, czyli w imieniu sektora obronnego i dual-use. Moim zdaniem ta otwartość na współpracę jest bardzo duża. Po pierwsze, Ukraińcy oferują nam - okupione krwią - bezcenne doświadczenia wyniesione z pola walki. To coś zupełnie innego niż teoria i wirtualne poligony.
Po drugie, Polska to atrakcyjny partner: jesteśmy członkami Unii Europejskiej i NATO, mamy wszelkie możliwe certyfikacje niezbędne do tego, aby wejść na rynek przemysłu obronnego w Ukrainie. Po trzecie, łączy nas wspólny interes strategiczny.
Ale i w tej części gospodarki napotykamy na przeszkody. Jedną z takich barier jest wymiana technologii. Jeszcze do niedawna wewnętrzne ukraińskie przepisy zabraniały eksportu broni i technologii. Dopiero miesiąc temu prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekret, który w pewnym sensie otwiera furtkę do tego eksportu, oczywiście pod pewnymi warunkami i z restrykcjami, ale jednak. To dopiero pierwszy krok.
Nie zmienia to faktu, że w naszych relacjach gospodarczych z Ukrainą są sprawy trudne i trzeba o nich głośno mówić. To na pewno wspomniane przez pana warunki przetargów i afery korupcyjne. My otwarcie wskazujemy na te problemy, podobnie robią też nasi ukraińscy partnerzy, co jest oznaką pewnej zmiany w naszych wzajemnych stosunkach.
Kolejna sprawa to warunki inwestowania w Ukrainie. Powtarzam to od kilku lat: kluczowe są instrumenty mitygujące ryzyko wojenne, a tego typu ryzyka nie da się ubezpieczyć na wolnym rynku. Mogą zrobić to wyłącznie instytucje państwowe lub międzynarodowe. Polska zrobiła niedawno tym kierunku duży krok, bo od początku kwietnia PZU oferuje takie ubezpieczenia dla spedytorów, ale za tym muszą pójść kolejne pakiety ubezpieczeniowe dla inwestorów, i to jeszcze w tym roku.
Te instrumenty muszą być obecne już teraz, tak żeby polscy przedsiębiorcy mogli je przetestować i szeroko z nich korzystać - szczególnie wtedy, kiedy zamilkną już wojenne działa. A to, że okres niepewności będzie nam towarzyszył jeszcze długo po zakończeniu konfliktu, to dla nas wszystkich oczywiste. Nasi rozmówcy w Ukrainie są tego samego zdania: zawieszenie broni nie będzie gwarantować trwałego pokoju.
Przed wizytą minister Domański zapowiadał, że chce zacieśnić współpracę z Ukrainą między innymi w obszarze technologii dronowych. Jak to może wyglądać w praktyce? Wyobrażam sobie, że zbudowanie polskiej fabryki w Ukrainie może być ryzykowne, ale być może jakimś wyjściem jest postawienie takiego zakładu np. tuż przy granicy, ale po polskiej stronie?
Wspomniany przeze mnie dekret ukraińskiego prezydenta otwiera alternatywne ścieżki współpracy w dziedzinie obronności. Pierwsza ścieżka dotyczy transferu technologii za granicę. Warunkiem takiego transferu jest sztywny podział produkcji na to, co trafia potem do Ukrainy i do innych państw. W dużym uproszczeniu co najmniej 50 proc. wytworzonej broni - lub innych elementów niezbędnych dla przemysłu i wysiłku obronnego Ukrainy - powinno wracać do naszych wschodnich sąsiadów.
Druga ścieżka to wspólne przedsięwzięcia w formie joint venture. W tym przypadku miejsca produkcji mogą być ulokowane zarówno w Polsce jak i w Ukrainie. Może to być również forma mieszana. Podejrzewam, że wiele projektów będzie korzystało właśnie z tej mieszanej formy, aby część produkcji mieć w bezpiecznym miejscu, które jest blisko teatru wojny, a część w Ukrainie, gdzie będzie można szybciej reagować na bieżące zapotrzebowanie.
Natomiast jednostki badawcze powinny być ulokowane w Ukrainie. To tam jest pierwsza reakcja nie teoretyków, tylko praktyków: sierżantów, chorążych i podporuczników, którzy na co dzień korzystają na froncie z urządzeń i rodzajów broni, o których rozmawiamy.
Równie ważne jest też to, w jakich terminach możemy wprowadzać zmiany do projektów lub konstrukcji broni. Przy dzisiejszym poziomie modernizacji jesteśmy w stanie zrobić to w ciągu trzech miesięcy, a często nawet szybciej. Zwinne wprowadzanie modyfikacji przy meldunkach z frontu, że coś nie działa, jest absolutnie kluczowe.
Warto pamiętać, że Rosjanie mają ograniczoną zdolność do innowacji. Ale kiedy opanują już jakiś rodzaj broni czy urządzeń do wykorzystania na froncie, to mogą uruchomić jego produkcję w niemal nieograniczonej liczbie, na masową skalę. To poważne wyzwanie, z którym musimy się zmierzyć.
Dokąd - pańskim zdaniem - minister Domański powinien udać się z kolejną misją gospodarczą?
Nie śmiałbym doradzać ministrowi finansów, ale z punktu widzenia polskiego biznesu warto pomyśleć o pewnych trudnych i nieoczywistych rynkach.
Na mojej osobistej liście numerem jeden byłyby Indie. To największy na świecie kraj pod względem ludności, bez problemów demograficznych, który próbuje się ustawić w roli dywersyfikatora, który zrywa z tradycyjnymi węzłami handlowymi. Pamiętajmy również, że z perspektywy Indii nie jesteśmy pojedynczym krajem w Europie, tylko częścią Unii Europejskiej. Jesteśmy postrzegani tam jako część potężnego rynku, który liczy w sumie 450 milionów konsumentów.
Druga opcja to Kanada, która małymi krokami przybliża się do Unii Europejskiej. Proszę zwrócić uwagę, że to bardzo ciekawa układanka pokazująca, że pomimo tych wszystkich słów krytyki na temat unijnej biurokracji Unia jest dla partnerów z zewnątrz superatrakcyjnym miejscem. Mamy wartości, którymi się kierujemy i ich przestrzegamy, a do tego stosujemy wewnętrzne mechanizmy, które są postrzegane jako sprawiedliwe.
Trzecie miejsce, moim zdaniem nieoczywiste, to Chiny. Przy obecnych napięciach geopolitycznych to dyskusyjny kierunek. Z drugiej strony nie można lekceważyć tego, co Pekin może osiągnąć w perspektywie najbliższych lat.
W dalszej kolejności rozważyłbym też któryś z krajów Zatoki Perskiej, na przykład Zjednoczone Emiraty Arabskie. Myślę, że po wybuchu wojny w Iranie i zablokowaniu Cieśniny Ormuz jest o czym rozmawiać. Mamy zupełnie nowe okoliczności do prowadzenia biznesu w tej części świata.
W pierwszej "piątce" dla przyszłych misji gospodarczych widziałbym też miejsce ex aequo dla dużej afrykańskiej gospodarki, takiej jak Nigeria. Niemniej pierwsza "trójka" na mapie podróży, to - w dowolnej kolejności - wspomniane Indie, Kanada i Chiny.
Rozmawiał Tomasz Setta, dziennikarz money.pl