WAŻNE
TERAZ

Burza w PiS po występie Kurskiego. Ruch Kaczyńskiego

"Okrutny" postulat emerytalny? Dość. Płciowe "blame games" prowadzą donikąd [OPINIA]

Powinniśmy rezygnować z płciowych "blame games", które być może dają nam chwilę upojenia słusznością, ale raczej nie przybliżają do spójnej społecznie i dostatniej przyszłości - pisze w opinii dla money.pl Kamil Fejfer, komentując burzę wokół wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn.

 Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zabrała głos ws. emerytalnego postulatu Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz
Źródło zdjęć: © East News | Adam Burakowski, Wojciech Olkuśnik, ZipZapic.com
Paweł Gospodarczyk

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

"Dzisiaj co druga młoda kobieta nie ma dzieci, więc powinna mieć tak samo ustawiony system emerytalny, jak mężczyźni" – stwierdziła w pierwszej połowie lipca Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, szefowa resortu funduszy i polityki regionalnej. To nie pierwsza jej wypowiedź odnosząca się do kwestii podniesienia wieku emerytalnego. Z jednej strony należą jej się za to słowa uznania. Ministra jest bowiem jednym z niewielu polityków w Polsce, którzy mają odwagę poruszyć temat będący gorącym kartoflem. Z drugiej strony swoim stanowiskiem dołożyła kamyczek do ogródka polaryzacji płci.

"Okrutny" postulat emerytalny

Do pomysłu odniosła się Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. "To jest okrutne. To jest mówienie o tym, że jeżeli kobieta dzieci mieć nie może, to należy ją karać dłuższą pracą, zamiast jej pomóc np. dostępnym in vitro finansowanym z budżetu państwa" – mówiła szefowa resortu podczas niedzielnego spotkania z wyborcami w Kazimierzu Dolnym.


WIDEO
Trzy prace, trzy klęski. Trudne początki Patrycjusza Wyżgi II Pierwsza Praca #1 


Dyskurs wokół emerytur należy więc "odpłciowić", ponieważ zrównanie (i podniesienie!) wieku emerytalnego jest w interesie nas wszystkich, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Ale też osób młodszych, które chcą żyć w wygodnym państwie.

Jakiś czas temu system emerytalny został wciągnięty pod pociąg wojen kulturowych. W sporze już nie chodzi tylko o to, kiedy ludziom należy się odpoczynek. Dyskusja zaczęła się ogniskować wokół zbierania punktów "kto ma gorzej".

Przez ostatnią z górką dekadę narastała fala emancypacyjnych dyskursów kobiecych. Miała ona oczywiście wiele swoich zasług, by wymienić tylko zwrócenie uwagi na nieuzasadnioną lukę płacową na tych samych stanowiskach czy podkreślenie istotności pracy opiekuńczej w – jak to mówią socjologowie – reprodukcji systemu społeczno-gospodarczego. Rewersem tego zjawiska stał się swego rodzaju wyścig na krzywdy. Po latach stosowania w debacie publicznej podchwyciły go również męskie środowiska.

Wiek emerytalny jest najlepszym tego przykładem. Postarajmy się zrekonstruować wrogie wobec siebie dyskursy.

Dwie przeciwstawne narracje

Osoby, którym bliska jest męska perspektywa podkreślają (nie bez racji), że płciowe zróżnicowanie wieku emerytalnego jest przejawem prawnej dyskryminacji. O ile niełatwo jest znaleźć dzisiaj przepisy, które wprost dyskryminują kobiety, tak wyższy wiek emerytalny dla mężczyzn (przypomnijmy – panie osiągają prawa emerytalne w wieku 60 lat, mężczyźni w wieku 65) wydaje się ewidentną dyskryminacją ze względu na płeć.

Do tego jest to ewenement na skalę rozwiniętych krajów. Z raportu OECD (organizacji zrzeszającej 38 zamożnych państw świata) "Pensions at a Glance 2025" możemy się dowiedzieć, że niższy niż w Polsce wiek osiągnięcia świadczeń emerytalnych dla kobiet występuje tylko w dwóch państwach - w Turcji i Kolumbii. Tak samo niski wiek emerytalny kobiet jest w Chile. Wszystkie inne kraje OECD mają wiek emerytalny kobiet i mężczyzn ustanowiony na tym samym pułapie. W przypadku wielu z nich prawo do świadczenia nabywa się dużo później niż w momencie 65. urodzin.

Kobiety mają na to gotową odpowiedź – co z tego, że przechodzą szybciej na emeryturę, skoro mają niższe świadczenia? I to również jest prawdą. Według ZUS w marcu przeciętna wartość emerytury mężczyzn to 5 312,28 zł brutto, a kobiet zaledwie 3 662,52 zł brutto. Niższe przelewy na konta kobiet są wynikiem trzech nakładających się na siebie przyczyn – niższych pensji (a więc i niższych składek), dłuższej oczekiwanej długości życia w momencie przejścia na emeryturę (do tego wątku jeszcze wrócę) oraz krótszych okresów składkowych.

Te ostatnie – co słusznie podkreślają osoby obstawiające "kobiecą flankę" – biorą się stąd, że to panie rodzą. To im również przypada w większości opieka i wychowanie dzieci. A to z kolei powoduje większe "dziury" w pracy zawodowej.

Strona męska odpowiada, że panowie w ogóle rzadziej dożywają senioralnego świadczenia. I to znów jest prawda – wieku emerytalnego nie dożywa zaledwie kilka proc pań i ponad 20 proc. mężczyzn. To z kolei bierze się zarówno z ich wyższego wieku emerytalnego jak i z faktu, że na ogół mają oni przez całe życie wyższe ryzyko zgonu niż kobiety.

Na co panie odpowiadają, że jest to wina samych mężczyzn, ponieważ ci się nie badają. Co jest w jakimś sensie prawdą, ale nie bardziej (i nie mniej) niż to, że część luki płacowej bierze się z faktu, że kobiety po pierwsze wybierają bardziej stabilne (a zarazem mniej płatne) zawody, a po drugie, że mniej je interesują wysokie pozycje zawodowe (na co również są badania). To z kolei przekłada się finalnie na niższe emerytury.

Kobiety powiedzą, że to przecież wina patriarchalnej kultury. Mężczyźni, że ich gorsza sytuacja zdrowotna bierze się z rzadziej kierowanej do nich oferty profilaktyki zdrowotnej. Co jest argumentem naciąganym, ponieważ ludzie badają się nie tylko w wyniku proponowanych im badań. A poza tym na krótsze życie składa się również częstsze korzystanie z używek przez mężczyzn.

Strona męska może dodać, że jest jeszcze jeden element dyskryminacji zaszyty w systemie emerytalnym. Chodzi o to, w jaki sposób jest wyliczane świadczenie. Na wysokość emerytury składa się suma zebranych (i waloryzowanych) składek podzielona przez oczekiwane dalsze trwanie życia w momencie osiągnięcia wieku uprawniającego do świadczenia. Tablice z oczekiwaną długością życia (która jest wysnuwana ze statystyk zgonów) publikuje GUS. Problem w tym, że wylicza je średnio dla kobiet i dla mężczyzn łącznie. Tymczasem wiadome jest, że panie żyją dłużej od panów. Dla przykładu w 2026 r. oczekiwana długość życia dziewczynek przy urodzeniu wynosiła ponad 82 lata, a chłopców 75 lat. Gdyby emerytura była wyliczana dla dalszego trwania życia dla mężczyzn i kobiet oddzielnie, kobiety miałyby jeszcze niższe emerytury. A mężczyźni wyższe!

W ten sposób można przerzucać się jeszcze przez kilka stron tekstu. Chodzi o to, że realnie bardzo trudno jest ustalić "kto ma gorzej" i "kto jest bardziej dyskryminowany", choć każda strona sporu jest przekonana, że to ona wygrywa w wyścigu na systemowe krzywdy.

Kij w mrowisko

I w ten właśnie wir wkracza ministra Pełczyńska-Nałęcz mówiąca o tym, że bezdzietne kobiety powinny przechodzić na emeryturę później. Niektórzy mogą zapytać – ale hola, hola, dlaczego powinniśmy właściwie uzależniać wiek emerytalny od posiadania dzieci? A nie na przykład od "uciążliwości" pracy? Tutaj wygraliby mężczyźni – to oni, według Eurostatu - w wieku okołoemerytalnym znacznie częściej pracują ciężko fizycznie niż kobiety.

Na postulat szefowej resortu funduszy na platformie X odpowiedziała w swoim stylu Anna Maria Żukowska: "Czy jeżeli w związku bezpłodny jest mężczyzna, to kobieta ma go rzucić, bo będzie mieć wyższy wiek emerytalny, jak nie urodzi? Czy martwo urodzone dzieci też się liczą, skoro trudy macierzyństwa nie następują? Czy będzie można" urwać "choć rok ze względu na liczbę poronień albo nieudanych wszczepień zarodka? A kobietę chorą onkologicznie będziemy dodatkowo karać za to, że ma wycięte jajniki?"

Przecież i te zarzuty są słuszne. Żukowska zresztą na końcu swojego wpisu stwierdza, że jest za równym wiekiem emerytalnym. Nie precyzuje tylko, w którą stronę ten wiek powinien być zrównany – w górę czy w dół?

Rękawicę w końcu podnosi Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która mówi, że postulat Pełczyńskiej-Nałęcz jest "okrutny".

W tej dyskusji trzeba zrobić krok wstecz. Kwestie emerytur należy płciowo zdepolaryzować. I stwierdzić, że na równym (i wyższym!) wieku skorzystamy wszyscy. I kobiety, i mężczyźni, i przyszłe pokolenia.

Obstawanie przy status quo oznacza biedę emerytek, ale również niesatysfakcjonujący stosunek świadczenia do ostatniej pensji dla mężczyzn. Do tego w systemie składkowym przy zapaści demograficznej (poza niskimi świadczeniami) rośnie ryzyko deficytu po stronie systemu. Warto tutaj dodać, że obecne emerytury opłacają dzisiejsi pracujący. Jeśli więc mamy wyrwy demograficzne, to w przyszłości coraz mniej osób będzie składało się na emerytury coraz większej grupy ludzi. To będzie oznaczać coraz większe obciążenie po stronie budżetu.

Nie chodzi o to, że system emerytalny upadnie. Tak się z pewnością nie stanie. Chodzi o to, że będzie zasysał coraz więcej środków, które będą również potrzebne na innych polach – w ochronie zdrowia, nauce czy naprawie infrastruktury (przypomnijmy, że ta, która została zbudowana za pieniądze unijne za dekadę-dwie zacznie się sypać i trzeba będzie ją konserwować).

Do tego niski wiek emerytalny przy rosnącej długości życia, w tym życia w dobrym zdrowiu, oznacza odsysanie z rynku pracy milionów osób, które mogłyby generować PKB. A ten silnie koreluje ze wszystkimi odczuwalnymi miernikami dobrobytu – jakością mieszkalnictwa, dostępnością usług publicznych czy jakością ochrony zdrowia.

Powinniśmy więc rezygnować z płciowych "blame games", które być może dają nam chwilę upojenia słusznością, ale raczej nie przybliżają do spójnej społecznie i dostatniej przyszłości.

Wybrane dla Ciebie