Jawność płac z dużym poślizgiem. "Czerwiec jest nierealny"
- Mamy problem z brakiem równości płac kobiet i mężczyzn i musimy coś z tym zrobić. Jestem przekonany, że gdyby nie wymogi unijnego prawa, to na poziomie krajowym nic by się w tej sprawie nie wydarzyło - mówi w wywiadzie dla money.pl Piotr Ostrowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.
- - Jest niebezpieczeństwo, że Trybunał Konstytucyjny zakwestionuje reformę Państwowej Inspekcji Pracy. Ale ważne, że mamy w końcu te przepisy - mówi w rozmowie z money.pl Piotr Ostrowski.
- Lider związkowców twierdzi, że ustawa o jawności i równości płac nie wejdzie w życie w czerwcu, tylko z dużym opóźnieniem. - To nierealny termin - ocenia.
- Rozmawiamy również o trudnej sytuacji finansowej publicznych i oczekiwaniach płacowych pracowników sfery budżetowej, także w kontekście nadchodzącej kampanii wyborczej.
Tomasz Setta, dziennikarz money.pl: Pracownicy mają w tym roku więcej powodów do świętowania czy do protestowania?
Piotr Ostrowski, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych: Wśród pracowników nigdy nie zabraknie tematów, na które narzekamy. Niekoniecznie wszyscy pracownicy mają powody do narzekania, ale już niektóre grupy zawodowe z pewnością tak. Całkiem niedawno przed Ministerstwem Finansów odbył się chociażby protest pracowników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Usługi publiczne, państwowa sfera budżetowa, są zmuszone raz na jakiś czas protestować w sprawie swoich wynagrodzeń, które zwykle należą raczej do tych najniższych.
Na pewno są też niepewności w sektorze przemysłowym, szczególnie tym energochłonnym. Zdaniem pracowników tego sektora sprawiedliwa transformacja, która wiąże się z wymogami europejskiego Zielonego Ładu, wcale nie przebiega tak, jak powinna, a wysokie ceny energii uderzają w przedsiębiorstwa, co odbija się na ich kondycji ekonomicznej i na zatrudnieniu.
Zbudował potężną firmę. Mówi, czego potrzebuje polska gospodarka
Trochę mnie Pan zaskoczył. Byłem pewien, że zaczniemy od zmian w Państwowej Inspekcji Pracy.
To jest z pewnością coś, z czego możemy się cieszyć. Wielokrotnie rozmawiałem z panem redaktorem na temat tej reformy i mieliśmy przecież duże wątpliwości, czy ta reforma wejdzie w życie, a jednak się udało. Być może te przepisy nie są idealne, ale to krok naprzód.
Prezydent zgodził się na ustawę reformującą inspekcję, ale jednocześnie zapowiedział skierowanie w tej sprawie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego. Nie obawia się pan, że sędziowie mogą zakwestionować te rozwiązania?
Jest takie niebezpieczeństwo. Prezydent pewnie musiał wykonać taki ruch, żeby pokazać, że nie jest w stu procentach zwolennikiem tych przepisów. Natomiast przyznam szczerze, że polityczna zawierucha wokół Trybunału trochę dezawuuje tę instytucję. Przykro o tym mówić, ale nie wiem, czy w tej chwili ktokolwiek przejmuje się tym, co tam się dzieje. Mamy taką instytucję jak Trybunał, trzeba się pochylać nad jego wyrokami, natomiast i tak w sprawie inspekcji idziemy do przodu.
Do przodu, ale powoli. Państwowa Inspekcja Pracy będzie na początku oswajać się z nowymi narzędziami i procedurą. Firmy z kolei czeka abolicja, a pierwszym krokiem przy zamianie umów cywilnoprawnych w etaty będzie polecenie inspektora, a nie jego decyzja administracyjna.
Ma pan rację. Jeśli dobrze liczę, to w życie weszła chyba siódma wersja tej ustawy, która została niejako "złożona w ofierze" porozumienia i kompromisu pomiędzy różnymi siłami politycznymi. I rzeczywiście jest tak, że inspektor pracy, który dostrzeże podczas kontroli nieprawidłowości, to będzie musiał najpierw zwrócić się do obu stron z poleceniem zmiany umowy. Ale koniec końców będziemy mieli w tych sprawach decyzje administracyjne. I dopiero od tych decyzji pracodawca będzie mógł się odwołać do sądu.
Mamy kompromisowe rozwiązanie, które - tutaj pełna zgoda - pod kątem zabezpieczenia interesów pracowników jest gorsze od poprzednich wersji ustawy, chociażby tej z grudnia ubiegłego roku. Ale lepsze to niż nic. Moim zdaniem i tak robimy wielki krok naprzód. Było po drodze wiele niebezpieczeństw, a jednak ta reforma została doprowadzona do końca i bardzo się z tego cieszę.
Powoli idzie też kolejna reforma związana z rynkiem pracy, czyli wdrożenie unijnej dyrektywy o przejrzystości i równości płac. Ustawa miała zacząć działać na początku czerwca, ale to już chyba niewykonalny termin?
Potwierdzam, że jest nierealny. To kolejny przypadek, kiedy Polska nie dochowa terminu, jaki wyznaczyły nam unijne instytucje...
Ale w tym przypadku nie jesteśmy jakoś szczególnie osamotnieni. Wiele krajów i tamtejszych przedsiębiorców deklarują, że nie są gotowi.
To prawda. Rozmawialiśmy o tym na ostatnim posiedzeniu plenarnym Rady Dialogu Społecznego. Mamy znów bardzo dużo zastrzeżeń ze strony pracodawców co do implementacji tej dyrektywy, jest prośba o dłuższe vacatio legis, więcej czasu na przygotowanie itd. Powiemy tak: w sprawie przepisów, które musimy wdrożyć jako kraj członkowski, nie możemy ciągle budzić się "za pięć dwunasta". Kiedy Komisja Europejska daje nam na to kilka lat, to my już od pierwszego dnia powinniśmy zacząć nad tym pracować. Ktoś może powiedzieć, że ministerstwo pracy było przecież zajęte reformą inspekcji i ma wiele innych zadań, ale to jest polityka stosowania alibi. Powinniśmy o tym myśleć dużo wcześniej, zamiast czekać do ostatniej chwili, kiedy robi się nerwowo. A przecież to samo czeka nas za chwilę w sprawie dyrektywy o pracownikach platformowych (chodzi o pracowników platform internetowych, np. kierowców czy dostawców jedzenia - przyp. red.).
Wróćmy do jawności i równości płac. Proponowane przepisy nakładają na firmy nowe obowiązki, ich niedopełnienie będzie wiązać się z wysokimi karami. Nie podziela pan tych zastrzeżeń ze strony przedsiębiorców?
Nie podzielam. Powiem więcej: nie podoba mi się podnoszenie tego typu wątpliwości na etapie implementacji. Pracodawcy uczestniczą przecież w konsultacjach już na etapie tworzenia unijnego prawa. Organizacje pracodawców z Polski należą do organizacji na poziomie europejskim, które są w dialogu z Komisją Europejską czy Radą UE...
Chce pan powiedzieć, że to właśnie tam - jeszcze w Brukseli - były czas i miejsce na takie wątpliwości?
Dokładnie. Mamy problem z brakiem równości płac kobiet i mężczyzn i musimy coś z tym zrobić. Jestem przekonany, że gdyby nie wymogi unijnego prawa, to na poziomie krajowym nic by się w tej sprawie nie wydarzyło. Dostrzegalibyśmy ten problem, rozmawiali o nim na różnych seminariach, ale nie byłoby woli do podjęcia inicjatywy legislacyjnej. Na szczęście jesteśmy krajem członkowskim Unii Europejskiej, skąd przychodzą do nas dobre rozwiązania, które musimy wcielić w życie. Tutaj pełna zgoda z pracodawcami - na pewno powinniśmy rozpocząć proces konsultacji wcześniej i to kamyczek do ogródka ministerstwa pracy.
W tej dyrektywie mamy bardzo ciekawe rozwiązania: w ogłoszeniach o pracę trzeba będzie podawać wysokość wynagrodzenia. Dodatkowo, pracownik będzie mógł uzyskać informację, jak jego pensja ma się do poziomu średnich płac w podziale na płeć. Jeżeli różnice w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn będą wyższe niż 5 proc., to związki zawodowe będą brać aktywny udział w przygotowaniu planów naprawczych, które będą minimalizować te różnice. To są dobre rozwiązania i konkretne narzędzia do walki z luką płacową.
Na razie wszystko wskazuje na to, że wejście w życie tych przepisów będzie odsunięte w czasie o sześć miesięcy.
Słyszałem o tym. Oczywiście, powinniśmy wdrożyć te rozwiązania w czerwcu. Ale jeśli ten termin przesunie się o sześć miesięcy - na koniec roku - to sądzę, że będziemy w stanie to zaakceptować.
Wróćmy jeszcze do wynagrodzeń w administracji. Rząd rozpoczął właśnie prace nad przyszłorocznym budżetem państwa. Z dokumentów przyjętych niedawno przez Radę Ministrów wyłania się nienajlepszy obraz naszych finansów publicznych. Czego się pan spodziewa?
Myślę, że czeka nas "powtórka z rozrywki" z tego roku, czyli tak naprawdę tylko waloryzacja wynagrodzeń o wskaźnik inflacji...
Z drugiej strony 2027 to będzie rok wyborczy. W poprzedniej kampanii parlamentarnej Koalicja Obywatelska - tworząca teraz rząd - obiecała 20-procentowe podwyżki dla pracowników budżetówki i 30-procentowe dla nauczycieli.
Nie wiem, jak tym razem postąpi rząd. Twarde dane makroekonomiczne, które poznaliśmy - czyli wysoki dług publiczny, deficyt sektora budżetowego, astronomiczne wydatki na obronność - wszystko to sugeruje raczej pesymistyczny scenariusz. Pytanie, czy to oznacza, że rząd podejdzie do kwestii podwyżek z rezerwą, kiedy będzie decydować się to, czy obecna koalicja rządowa utrzyma władzę, czy w 2027 roku przejmie ją opozycja? Myślę, że rząd powinien poważnie brać kwestię podwyżek pod uwagę. W przeciwnym razie będzie się to wiązać z protestami - być może już w tym roku, a na pewno w przyszłym.
Zastanawiam się tylko, jak to pogodzić: troskę o stan finansów z postulatami związkowców? I czy w ogóle da się to zrobić?
Widzę pozytywne działania Ministerstwa Finansów po stronie przychodowej. Ale nie ma tu, niestety, poparcia prezydenta. Mieliśmy przecież propozycję podwyżki podatku akcyzowego, opłaty cukrowej, co spotkało się z wetem. Wiemy, że rząd będzie ponawiać te działania, tyle że prezydent powiedział jasno: nie podpiszę żadnej ustawy, która podnosi podatki. I mamy problem. Dlatego, po pierwsze, rząd musi rozmawiać z prezydentem. Po drugie, rząd powinien wykorzystać istniejącą platformę, jaką jest Rada Dialogu Społecznego, i powiedzieć: po stronie wydatkowej nie mamy za wiele przestrzeni, musimy więc poszukać sposobów na zwiększenie dochodów…
Zdaje pan sobie sprawę, że to fatalny komunikat w czasie kampanii wyborczej.
Zgadzam się, ale ten rząd musi coś zrobić. Trzeba szukać rozwiązań. Zaciskać pasa pracownikom budżetówki, a może poszukać wyższych przychodów z podatków? Myślę, że to jest bardzo dobre pytanie do polityków. My, jako OPZZ, oczekujemy bardziej sprawiedliwych podatków – takich na przykład, które w większym stopniu obciążają tych, którzy osiągają bardzo wysokie dochody, a ich źródłem nie jest stosunek pracy.
Rozmawiał Tomasz Setta, dziennikarz money.pl