31 grudnia 2020 roku Bankowy Fundusz Gwarancyjny rozpoczął przymusową restrukturyzację banku Idea Bank. Dziś po placówkach nie ma już śladu © East News | ARKADIUSZ ZIOLEK

Afera GetBack i wszechobecny syndyk

Mateusz RatajczakPatryk Słowik

Syndyk reprezentujący interesy oszukanych obligatariuszy GetBack pisał opinie wykorzystywane przez jednego z głównych podejrzanych w całej aferze. Zdaniem ekspertów to rażący konflikt interesów. Syndyk nie ma sobie nic do zarzucenia i uważa, że zainteresowanie nim wynika z tego, że jest skuteczny i dla niektórych "niewygodny". Dla jednego z obligatariuszy, który stracił 350 tysięcy zł - to dowód, że odzyskanie środków potrwa lata.

Marcin Kubiczek to doświadczony doradca restrukturyzacyjny i syndyk. Prowadził i prowadzi wiele dużych spraw upadłościowych.

26 lipca 2022 r. został syndykiem Idea Banku, należącego niegdyś do imperium Leszka Czarneckiego. Idea Bank przechodzi dziś przez proces upadłości, a wpadł w tarapaty między innymi z powodu tzw. afery GetBacku.

GetBack jeszcze kilka lat temu sprawiał wrażenie obiecującej spółki windykacyjnej. Dziś wszystko jednak wskazuje, że to efekt mirażu: dziwnych operacji finansowych, a także missellingu polegającego na finansowaniu swojej działalności z pieniędzy wprowadzanych w błąd zwykłych ludzi, chcących zainwestować swoje środki.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Afera GetBack, pozew wobec Idea Banku. "Nie miał prawa tego oferować"

I tu właśnie łączy się sprawa Idea Banku z GetBackiem. Ten pierwszy sprzedawał prywatne obligacje tego drugiego. Gdy GetBack się wywrócił, ludzie stracili niemal 2,5 mld zł. Pokrzywdzonych obligatariuszy jest prawie 10 tys.

Walka o wpływy

Kilkanaście dni temu Marcin Kubiczek, jako syndyk Idea Banku, zorganizował spotkanie prasowe, na którym wskazał, że w trakcie postępowania upadłościowego Idea Banku zgłosiło się kilkuset poszkodowanych obligatariuszy GetBack. Jako klienci banku domagają się - właśnie od banku - odszkodowania z tytułu misssellingu, czyli nieuprawnionego oferowania obligacji GetBack przez Idea Bank.

- Wiele wskazuje na to, że ich roszczenia są zasadne. To kwota wielomilionowa - powiedział Kubiczek.

Zaatakował też obecnie zarządzających GetBackiem (obecna nazwa - Capitea). Jego zdaniem należy powołać nowego zarządcę, którego wybraliby wierzyciele.

Innymi słowy: tym, co zostało z GetBacku, powinni zarządzać dziś - zdaniem Kubiczka - inni ludzie. Bo tylko ta zmiana może zapewnić, że "zwykły Kowalski" odzyska zainwestowane kilka lat temu pieniądze.

Zarządzający Capiteą - co oczywiste - z wnioskiem Kubiczka się nie zgadzają. Kwestionują jednak nie tylko samą argumentację, lecz także sam fakt, że to Kubiczek reprezentuje poszkodowanych w aferze.

Powód? Ten sam Marcin Kubiczek sporządził trzy opinie korzystne dla jednego z głównych podejrzanych w sprawie.

W ocenie Capitei to rażący konflikt interesów: Kubiczek bowiem z jednej strony reprezentuje wierzycieli, a z drugiej pomagał potencjalnemu dłużnikowi.

I jeśli pomoc - właśnie dla potencjalnego dłużnika - okaże się skuteczna, ponad 200 mln zł do rozdysponowania pomiędzy wierzycieli w ogóle nie trafi.

Wątpliwy zakup

Cały łańcuszek wierzycieli i dłużników jest dość skomplikowany.

W największym uproszczeniu: zwykli obligatariusze są wierzycielami Idea Banku. Idea Bank z kolei jest wierzycielem Capitei (dawnego GetBacku). Capitea zaś domaga się pieniędzy od Piotra Osieckiego, doświadczonego menedżera i dawnej gwiazdy polskiej giełdy, i funduszy Altus powiązanych z Osieckim. Robi to tak na drodze cywilnej, jak i liczy na efekt na ścieżce karnej.

Prokuratura postawiła bowiem Osieckiemu zarzuty. Zabezpieczono też u różnych podejrzanych osób (podejrzanych m.in. o wyrządzenie szkody w tej sprawie) ponad 200 mln zł. W tym jest i zabezpieczenie na majątku samego Osieckiego.

Główny zarzut śledczych wobec Osieckiego (i zarazem jeden z głównych wątków afery GetBacku) dotyczy sprzedaży przez Altus GetBackowi akcji spółki EGB.

GetBack wydał na to ponad 200 mln zł, podczas gdy - w ocenie prokuratury i Komisji Nadzoru Finansowego - powinien był zapłacić o wiele mniej, a być może nawet transakcja była z punktu widzenia GetBacku bezwartościowa.

"Transakcja przeprowadzona w sierpniu 2017 roku, na podstawie której GetBack SA nabyła 100 proc. akcji spółki EGB Investments SA za cenę 209 mln złotych, nie przyniesie Spółce przyszłych korzyści ekonomicznych" - stwierdziła Komisja Nadzoru Finansowego, która poinformowała o sprawie prokuraturę.

Zdaniem śledczych doszło więc do wyprowadzenia majątku z GetBacku do Altusa wskutek zmowy prezesów obu firm. Najpierw ucierpiał na tym GetBack, a ostatecznie - jego obligatariusze.

Walka na opinie

Jeżeli Piotr Osiecki zostanie skazany w postępowaniu karnym, niemal pewne jest to, że będzie musiał spłacić Capiteę (dawny GetBack). Ta zaś miałaby pieniądze na spłacanie swoich wierzycieli. Kluczowa w sprawie będzie ocena, ile tak naprawdę były warte akcje EGB. Jeśli bardzo mało i Osiecki o tym wiedział - wyrok skazujący jest prawdopodobny.

Jeżeli jednak doświadczony menedżer mógł mieć przekonanie, że papiery wartościowe rzeczywiście są warte ponad 200 mln zł - nie sposób go będzie uznać za winnego w tej sprawie. Biegli powołani przez prokuraturę uważają, że oczywiste było, iż akcje EGB nie są warte zapłaconej za nie kwoty.

Obrońcy Osieckiego jednak mają swoje ekspertyzy. A wśród nich trzy opinie Marcina Kubiczka. Wynika z nich - mówiąc najprościej - że akcje EGB były warte ponad 200 mln zł, a przynajmniej taka ich wycena nie była niczym wyjątkowym.

Zarzut etyczny

- Sytuacja jest kuriozalna. Przyznaję, że z czymś takim się nigdy nie spotkałem - mówi nam radca prawny Jerzy Kozdroń, były wiceminister sprawiedliwości, współtwórca obecnego prawa upadłościowego oraz restrukturyzacyjnego.

- Nie mam najmniejszych wątpliwości, że osoba, która napisała opinie dla potencjalnego dłużnika, nie powinna zostawać syndykiem masy upadłości spółki, która ma interes ekonomiczny w skazaniu tegoż dłużnika - twierdzi Kozdroń.

I dodaje, że gdyby syndyk był adwokatem lub radcą prawnym, najprawdopodobniej czekałoby go postępowanie dyscyplinarne. Marcin Kubiczek jednak w ogóle nie jest prawnikiem.

- Nie wypada być syndykiem masy upadłości i sporządzać opinii na rzecz osób i podmiotów mogących być dłużnikami dłużnika. To działanie moralnie naganne, bo ostatecznie może prowadzić do uszczuplenia zaspokojenia wierzycieli, czyli osób, na rzecz których działa syndyk - uważa dr hab. Marcin Warchoł, wiceminister sprawiedliwości.

Przy czym, jak przyznaje, nie ma przepisów, które by zakazywały łączenia tego typu działalności.

- Jednocześnie sąd w toku postępowania karnego może wziąć pod uwagę sposób działania osoby sporządzającej opinię prywatną, stosownie do art. 196 kodeksu postępowania karnego [przepis mówi m.in. o powodach osłabiających zaufanie do wiedzy lub bezstronności biegłego - red.] - zaznacza minister Warchoł.

Gdy spytaliśmy Marcina Kubiczka o to, jak ocenia słowa o moralnie nagannym postępowaniu, odparł, że takie twierdzenia to manipulacje i nadużycia.

- Nie mam sobie nic do zarzucenia. To, co robię, jest zgodne z prawem, moralne, etyczne i właściwe - przekonuje syndyk. I dodaje, że przecież to sąd ustanowił go syndykiem, a nie on sam siebie wybrał. Wyciągnął też inny przykład, który ma dowodzić, że to nic nadzwyczajnego.

- Dla przykładu w Twoja SKOK Kędzierzyn Koźle jestem syndykiem masy upadłości, a wcześniej byłem biegłym w tej sprawie na zlecenie Prokuratury Okręgowej w Opolu, śledztwo w tej sprawie prowadziło też ABW. To nie jest żadną przeszkodą. Co więcej, w tej sprawie zostałem powołany jako syndyk przez sąd upadłościowy właśnie ze względu na to, że posiadałem już stosowną wiedzę. A zdobyłem ją w trakcie analiz i zapoznawania się z materiałem dowodowym i z samym zawiadomieniem o możliwości popełnienia przestępstwa w tej sprawie - tłumaczy. 

Jerzy Kozdroń uważa argument o wyborze przez sąd za bałamutny. Sąd bowiem - jak zauważa prawnik - mógł nie wiedzieć, że osoba powoływana na syndyka działała wcześniej na rzecz innej osoby zaangażowanej w całą sprawę.

- To prawda, że żaden przepis nie wskazuje wprost, że nie powinno się reprezentować i wierzyciela, i działać w interesie potencjalnego dłużnika. Ale gdyby przepisy miały określać każdą sytuację, to prawo upadłościowe musiałoby mieć 10 tys. artykułów, a i to byłoby mało. Jest coś takiego jak zdrowy rozsądek - przekonuje mec. Jerzy Kozdroń.

Niewygodny syndyk

Przedstawiciele Capitei, z którymi rozmawialiśmy, zwracają również uwagę na to, że wszyscy przyjmują za pewnik, iż opinie u Marcina Kubiczka zamówił Piotr Osiecki lub jego Altus, ale z treści samych opinii to wcale nie wynika. Nie wskazano bowiem, na czyje zlecenie zostały sporządzone.

Podczas spotkania z Marcinem Kubiczkiem, w którym uczestniczył jego pełnomocnik, adwokat Maciej Wałejko, syndyk z prawnikiem przekonywali nas, że nie ma praktyki wskazywania danych zamawiającego w treści opinii. Są one zresztą znane prokuraturze i sądom w ramach prowadzonych postępowań cywilnych, w których pojawiły się opinie autorstwa Kubiczka. Do opinii bowiem dołączany jest list przewodni.

Marcin Kubiczek, dopytywany o zamawiającego, wskazał, że sporządzenie wszystkich trzech opinii zleciła Katarzyna Szwarc, obrończyni Piotra Osieckiego. Nie wie zarazem, dlaczego Szwarc zgłosiła się właśnie do niego. Być może - jak twierdzi Kubiczek - z tego względu, że jest jednym z nielicznych biegłych specjalizujących się w wycenie przedsiębiorstw w Polsce, a jego opinie są poważane przez sądy.

Capitea, w przesłanej nam korespondencji, obawia się, że gdy Marcin Kubiczek doprowadzi do zmiany zarządcy, w praktyce kontrolę nad spółką przejmie Piotr Osiecki lub osoby z nim powiązane. I w efekcie tak Capitea, jak i jej wierzyciele, nie dostaną żadnych pieniędzy.

Kubiczek ten zarzut odrzuca.

- Podkreślam, że nie uczestniczę w żaden sposób w tworzeniu i prowadzeniu strategii procesowej pana Piotra Osieckiego i w niej nie uczestniczyłem. Nie jestem jego doradcą. Nie jestem z nim na "ty", nie mam z nim żadnych relacji towarzyskich, nie mam z nim żadnych wspólnych biznesów, nie jesteśmy kolegami - zaznacza Marcin Kubiczek.

A zainteresowanie jego działalnością postrzega jako dowód na to, że jest niewygodny dla tych, którzy zarządzają Capiteą.

A ci, którzy wydali pieniądze na obligacje korporacyjne GetBack mogą się tym sporom tylko przyglądać.

- Gdy patrzę na tę sytuację i wymianę ciosów oraz pism, to nie mam wątpliwości, że cała ta afera to sprawa, która potrwa lata. Z mojej perspektywy najważniejsze jest, by pojawiła się jakakolwiek wizja odzyskania pieniędzy. Mam swoje lata, wiecznie nie będę czekał, a i możliwości działań prawnych powoli się kończą - opowiada money.pl jeden z obligatariuszy (imię i nazwisko do wiadomości redakcji).

Majątku dorobił się na własnej firmie handlowej, a zarobione pieniądze inwestował. Głównie robił to za namową doradcy z Lion's Banku, czyli części premium nieistniejącego już Idea Banku. I to właśnie w ten sposób wyłożył 250 tys. zł na obligacje Idea Banku i 100 tys. zł na obligacje GetBack. Kłopoty i jednego, i drugiego podmiotu przyniosły mu gigantyczne straty finansowe. - Cała ta sprawa dotycząca Idea Banku, Getin Noble Banku i GetBack to mętna woda, w której niewiele prawdy widać - dodaje.

W tej sprawie o stanowisko pytaliśmy również reprezentantów Altus TFI - firmy Piotra Osieckiego. Firma nie odpowiedziała jednak na nasze pytania.

Napisz do autorów:

Mateusz Ratajczak - mateusz.ratajczak@grupawp.pl

Patryk Słowik - patryk.slowik@grupawp.pl

Wybrane dla Ciebie