Benzyna znów może kosztować 6 zł. Najpierw musi wydarzyć się jedno [OPINIA]

Powrót cen paliw w okolice 6 zł za litr jest możliwy, ale nie zależy wyłącznie od notowań ropy. Jak wskazuje w opinii dla money.pl Dawid Czopek, kluczowe będą sytuacja w Cieśninie Ormuz oraz spadek rekordowo wysokich marż rafineryjnych. Bez tego kierowcy na wyraźną ulgę przy dystrybutorach mogą jeszcze poczekać.

Co z cenami paliw po zniesieniu pakietu CPN?Co z cenami paliw po zniesieniu pakietu CPN?
Źródło zdjęć: © Getty Images | Florian Gaertner
Dawid Czopek

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Zniesienie programu CPN 2.0 skłania do zastanowienia się, dlaczego po jego zakończeniu musimy tak dużo płacić za paliwo na stacjach i co musi się zdarzyć, żeby cena powróciła w okolice 6 złotych.

Oczywiście na ceny paliw na stacjach wpływa wiele czynników. Przede wszystkim są to ceny ropy, marże rafineryjne, koszty transportu i magazynowania oraz podatki. Zdanie to brzmi jak żywcem skopiowane z dowolnego komunikatu Orlenu i to niezależnie od tego, kto akurat nim rządzi.


WIDEO
Ile powinno kosztować paliwo? Polacy zabrali głos


Dlaczego paliwo kosztuje aż tyle?

Stąd też zastanówmy się, co się stało w ostatnim czasie, że za tankowanie 50-litrowego zbiornika paliwa, zamiast płacić 250–300 złotych, musimy dziś wydać kwotę zbliżoną lub przekraczającą 400 złotych.

Podatki mają istotny wpływ na cenę paliw. Różnego rodzaju podatki typu akcyza czy opłata paliwowa i emisyjna są stałe, więc nie spowodowały one wzrostu cen paliw od końca ubiegłego roku. Oczywiście w pierwszej odsłonie CPN, która trwała przez większość drugiego kwartału, akcyza została obniżona o blisko 30 groszy na litrze, ale to działanie przyniosło raczej krótkoterminową ulgę, niż cokolwiek zmieniło.

Oprócz podatków stałych jest też podatek naliczony od wartości paliwa netto, czyli VAT. Przy cenie netto 5 złotych za litr jego wartość wynosi 1,15 złotego, powodując, że cena brutto wynosi 6,15 złotych za litr. Jeżeli cena paliwa netto wzrasta do 6,5 złotego, podatek wynosi już 1,5 złotego, powodując, że cena paliwa wzrasta do 8 złotych za litr. Mamy zatem efekt podatkowy w wysokości 35 groszy.

Ale oczywiście to, co najbardziej zmieniło się od ubiegłego roku, to cena gotowych paliw. I nie wynika to wyłącznie z ceny ropy naftowej, bo ta, rosnąc z poziomu 70 dolarów za baryłkę do 90 dolarów, dołożyła do ceny około 50 groszy na litrze.

Podatki i marże

To, co naprawdę wpłynęło na cenę gotowych paliw, to marże rafineryjne, które, rosnąc z poziomu 20 dolarów za przerób baryłki do nawet 70 dolarów, dołożyły znacznie powyżej 1 złotego.

Z tej wyliczanki widać zatem wyraźnie, że aby cena paliwa wróciła w okolice 6 złotych za litr, musimy liczyć na obniżenie ceny ropy naftowej, ale przede wszystkim trzymać kciuki za powrót na rynek wystarczających mocy rafinerii. W takiej sytuacji oczywiście też spadnie wysokość podatku VAT.

Spoglądając na pierwszy z tych czynników, ropy na świecie jest bardzo dużo, nie ma problemu z jej dostępnością, ale w związku z blokadą cieśniny Ormuz obecnie nie ma możliwości przetransportowania części jej produkcji na światowy rynek. Oczywiście część produkcji z Zatoki Perskiej jest transportowana rurociągami czy też mniej lub bardziej oficjalnymi drogami przez Cieśninę. W praktyce powoduje to, że nie kosztuje ona dzisiaj 150 dolarów za baryłkę, a "jedynie 90", ale dobra wiadomość jest taka, że odblokowanie możliwości transportu z Zatoki Perskiej powinno bardzo szybko sprowadzić cenę ropy do akceptowalnych poziomów, czyli poniżej 70 dolarów. Zbliżone poziomy widzieliśmy już na początku lipca, gdy po zaledwie kilkunastu dniach od uwolnienia transportów z tamtego regionu cena ropy spadła właśnie do nich.

Niezastąpiony Ormuz

Nie należy natomiast wierzyć, że bez odblokowania cieśniny jakiekolwiek inne źródło dostaw jest w stanie w ciągu kilku miesięcy zastąpić ropę z tamtych rejonów. Nie ma takiej możliwości.

Ustanie działań wojennych powinno też ustabilizować koszty transportu oraz tzw. premie za ropę z tamtego regionu, które powodowały, że ceny gatunków ropy z Zatoki były o 20–30 dolarów na baryłce droższe niż notowania klasycznej ropy typu Brent.

Co do kosztów transportu, to niedawno szef jednego z największych europejskich koncernów paliwowych poinformował, że cena za przeprawienie przez Ormuz największych statków typu VLCC, mogących przewozić około 2 mln baryłek ropy, wzrosła do poziomu ok. 20 mln dolarów z maksymalnie 1 mln przed rozpoczęciem działań wojennych. Jak łatwo policzyć, kolejne prawie 10 dolarów za baryłkę.

Tutaj mamy zatem jasność: odblokowanie Cieśniny równa się istotnemu spadkowi cen ropy, szczególnie tej dostarczonej do rafinerii na podstawie notowań na światowych rynkach.

Gorzej sytuacja wygląda z marżami rafineryjnymi. Przede wszystkim dlatego, że ich wysoki poziom nie wynika tylko z działań w Zatoce, ale także z niszczycielskiej siły ukraińskich dronów w stosunku do rosyjskich rafinerii.

Szacuje się, że w wyniku działań wojennych na Bliskim Wschodzie świat utracił zdolności przerobu ropy na poziomie 2–3 mln baryłek na dzień; w przypadku Rosji może to być wartość zbliżona.

Braki tych zdolności istotnie wpływają na ceny przerobu ropy, zmuszając wyeksploatowane rafinerie europejskie i północnoamerykańskie do pracy z maksymalnym obciążeniem. W szczycie sezonu, w czasie upałów powodujących ograniczenia w dostępie do energii elektrycznej lub transportu rzecznego, taka sytuacja musi odbić się na cenie.

Oczy na Zatokę Meksykańską

Sezon na benzynę powoli mija. Szczyt zapotrzebowania na olej napędowy potrwa jeszcze kilka tygodni (prace rolne plus zakupy oleju opałowego), jesień przyniesie ulgę w zakresie temperatur. Jeżeli nie nadejdą duże huragany w Zatoce Meksykańskiej (zwanej przez niektórych Amerykańską, ale dla huraganów nie ma to znaczenia), jest szansa na obniżenie kosztów przerobu ropy.

Wysokie marże rafineryjne to nie tylko prosta blokada transportów morskich, ale także zniszczenia, których naprawa może potrwać miesiącami, a nawet latami.

Są już takie głosy, które mówią, że podwyższone marże rafineryjne utrzymają się do końca obecnej dekady. Wyższe marże były już zresztą notowane pod koniec ubiegłego roku, gdy jeszcze nikt nie mówił o poważniejszym konflikcie w Zatoce, za to ukraińscy operatorzy stawali się coraz bardziej skuteczni w wykorzystywaniu swoich dronów.

Dla pocieszenia można powiedzieć, że podwyższone to znaczy poziom 20–30 dolarów za baryłkę, a nie tak jak obecnie 60–80, ale zawsze to może oznaczać kilkadziesiąt złotych więcej za tankowanie.

Nam pozostaje być optymistami i wierzyć, że sytuacja w Zatoce w końcu się unormuje, a naprawy tamtejszych rafinerii zostaną szybko dokonane. Na początek wystarczy zaprzestanie działań wojennych i powrót do względnej normalności.

Z punktu widzenia naszego kraju więcej wątpliwości należy zachować w stosunku do rosyjskich rafinerii. Można oczywiście liczyć na zakończenie wojny, zdjęcie sankcji i odbudowę zdolności na Wschodzie, ale powrót do starej rzeczywistości, jak wiadomo, nie musi być dla Polski wymarzonym scenariuszem.

Wybrane dla Ciebie