- Szef Instratu przekonuje, że mimo oporu ze strony prezydenta trzeba dążyć do wprowadzenia podatku od nadmiarowych zysków koncernów paliwowych.
- Rozmówca money.pl podkreśla, że drogi prąd jest największym wrogiem elektryfikacji. Jak dodaje, w krajach 3-4 razy biedniejszych od Polski – Urugwaju, Etiopii, na Ukrainie, w Nepalu – adopcja aut elektrycznych poszybowała w górę, do poziomu, jaki Polska osiągnie dopiero w połowie lat 30.
- Hetmański uważa, że wyjście Polski z ETS - które postuluje PiS - jest niemożliwe.
- Jego zdaniem Polska, na tle innych krajów, ma niezły punkt startu do planowania transformacji energetycznej, bo może to robić ze spółkami w pełni państwowymi czy notowanymi na giełdzie.
Tomasz Żółciak i Grzegorz Osiecki, money.pl: Rząd zapowiada powrót do podatku od nadmiarowych zysków (windfall tax) po tym, jak prezydent wysłał do Trybunału Konstytucyjnego poprzednią wersję ustawy. Nowe podejście może już nie być retroaktywne (nie działać wstecz). Czy dobrze, że będzie druga próba nawet za cenę braku działania wstecz?
Michał Hetmański, prezes zarządu i współzałożyciel Fundacji Instrat, ekspert w zakresie polityki energetycznej: Źle, gdyby nie było retroaktywności, ale takie są warunki. Dobrze natomiast, że będzie druga próba – to potrzebny dochód budżetowy, nie tyle do finansowania bieżących potrzeb, ile do zmniejszenia szoku inflacyjnego. Bo tak było z pakietem CPN. Jestem gorącym zwolennikiem transformacji energetycznej i odejścia od paliw kopalnych, ale nie ma dla powodzenia tego celu nic gorszego niż szok inflacyjny wywołany wzrostem cen paliw kopalnych, bo zamraża zdolność do inwestycji. Jeśli boisz się, że raz podniesiona cena już nie spadnie albo wróci, ostrożniej podchodzisz do inwestycji, bo nie wiesz, czy będzie cię na stać na transformację.
WIDEO"Pan wie, o czym mówię". Tusk zwrócił się do Nawrockiego w Gdyni
Opozycja i prezydent mówią, że każdy taki podatek spowoduje przerzucenie kosztów na kierowców.
Nie. Mamy konkurencję na krajowym rynku paliw i z rynkami zagranicznymi – paliwo może przyjeżdżać z niemieckich rafinerii, tak jak dziś przyjeżdża do Polski. Praktycznie jedynymi operatorami rafinerii w Polsce są firmy objęte podatkiem od nadzwyczajnych zysków, więc do przerzucenia kosztów nie dojdzie. Opozycja i prezydent Nawrocki dobrze o tym wiedzą, bo w czasie kryzysu energetycznego słusznie opodatkowano nim JSW czy wytwórców energii z OZE czy węgla. Był to potrzebny podatek i trzeba go wprowadzić również dziś. Szkoda, że interes prywatny akcjonariuszy Orlenu czy zagranicznych firm paliwowych bierze górę nad państwowym.
Rozumiemy więc, że pożądana jest ta retroaktywność?
Tak, żeby zebrać więcej z pierwszych miesięcy, w których te firmy też zarabiały. Tracimy czas, bo podatek nie wszedł wcześniej, a teraz czeka nas kolejny miesiąc czy dwa opóźnienia. To konkretne straty dla budżetu i mniejsza możliwość finansowania pakietu CPN. Załóżmy, że rządowi uda się sfinalizować ustawę do końca sierpnia – wejdzie w życie od początku lub połowy września.
Pomijając deklaracje polityczne – biorąc pod uwagę obecną sytuację rynkową, czy w ogóle jest sens wracać do budżetowania programu CPN?
Absolutnie tak, i nie chodzi o mrożenie ceny benzyny – ważniejsze jest mrożenie ceny diesla, bo diesel jest wszechobecny w gospodarce: na nim jeździ paczka do paczkomatu, nabiał czy pieczywo do piekarni, części samochodowe do fabryk itd. Jeśli firmy transportowe nie dostaną niższej ceny paliwa, przeniosą podwyżkę na całą gospodarkę, co obniży zdolność do inwestycji, a potrzebujemy ich zwłaszcza w transporcie, np. w elektromobilność. Podwyższenie ceny paliw paradoksalnie nie ma jednoznacznie pozytywnego wpływu na przechodzenie firm na elektromobilność. Część zareaguje – duże firmy kurierskie, dobrze konfigurując flotę i kupując energię hurtowo, obniżyły koszty użytkowania o kilkadziesiąt procent. Ale jeszcze nie wszyscy mają takie kompetencje.
CPN właśnie wrócił, tym razem mamy zniesienie VAT-u i cenę maksymalną, bez akcyzy, a więc bez firm.
Apeluję do ministrów Domańskiego i Motyki o zmianę tego podejścia. Lepiej, żeby konsumenci uniknęli rachunku grozy nie na stacji, tylko wszyscy kupujący, w tym Kowalscy w sieciach supermarketów – bo tam rozleje się skutek w całym łańcuchu wartości: rolniczym, tekstylnym, metalurgicznym. To tam rozleje się szok inflacyjny i wstrzyma zdolność przedsiębiorców do inwestycji. Wyższa inflacja to presja na podwyżkę stóp procentowych, a wysokie stopy uniemożliwiają finansowanie inwestycji, w tym w transformację energetyczną – to samonapędzająca się pętla.
W dyskusji, także w kontekście decyzji Nawrockiego o odesłaniu ustawy do trybunału, pojawia się argument, że windfall tax to pieniądze do budżetu, a nie obniżka cen na stacji.
To finansowanie jest wprowadzane równolegle. Warto dodać, że prezydent Nawrocki w zeszłym roku wyszedł z sensowną propozycją obniżenia VAT-u i opłat sieci dystrybucyjnych dla gospodarstw domowych i firm. To potrzebna decyzja – im tańszy prąd, tym łatwiejsza elektryfikacja. Budżet straciłby na tym ok. 3–4 mld zł, ale umożliwiłoby to elektryfikację i obniżyłoby nasz rachunek za import paliw. To aż 1,5 proc. PKB rocznie za samą ropę. Wtedy prezydent nie miał problemu z zaproponowaniem obniżki cen energii dla gospodarstw domowych bez dedykowanego źródła finansowania. A teraz, przy szoku wywołanym przez Trumpa i naszych rzekomych sojuszników ze Stanów Zjednoczonych, nic się nie dzieje.
Mówimy o pakiecie Nawrockiego, tzw. deklaracji augustowskiej i programie "Tani prąd 33 proc." – czyli obniżce cen prądu o jedną trzecią. Zakładał kilka filarów: wygaszenie systemów wsparcia, likwidację dodatkowych opłat, obniżenie opłat dystrybucyjnych i obniżkę VAT-u. Jednym z założeń było też, że 100 proc. wpływów z unijnego ETS ma iść na transformację.
To też postulat ministra Bolesty (Krzysztofa Bolesty, wiceministra klimatu i środowiska - przyp. red.), ale problem w tym, żeby zgodzili się na to inni ministrowie – minister finansów jest przeciw i ja go rozumiem z punktu widzenia realiów budżetu.
To był jeden z bardziej dopracowanych prezydenckich pakietów, ale czy nie opierał się na założeniach, z których nie wszystkie są realizowalne lub prawdziwe, jak z tym ETS?
Doceniam samą inicjatywę. Powtórzę za Marcinem Chludzińskim z Centrum Strategii Rozwojowych, prawicowego think tanku z okolic Pałacu Prezydenckiego - powinniśmy szczerze rozmawiać, jak finansować zbrojenia – ze środków SAFE, krajowych czy z długu dedykowanego. Tak samo trzeba stale aktualizować pomysły na transformację energetyczną – nikt nie ma monopolu na rację. Obniżenie ceny prądu jest dobre nie dlatego, że pomaga wszystkim gospodarstwom, ale dlatego, że umożliwia powszechną elektryfikację. ETS w całej Europie pomógł sfinansować inwestycje innych ministrów finansów i energii, ale nie w Polsce.
Wyższa cena uprawnień, zwłaszcza w Polsce, gdzie energetyka oparta jest na wysokoemisyjnym węglu, podniosła cenę energii do poziomu, przy którym nie wszystkim opłaca się pompa ciepła – w przypadku aut elektrycznych ten problem nie występuje. Drogi prąd jest największym wrogiem elektryfikacji.
Trzeba szczerze odpowiedzieć, czy Europa sama sobie nie zaszkodziła, bo w krajach 3–4 razy biedniejszych od Polski – Urugwaju, Etiopii, na Ukrainie, w Nepalu – adopcja aut elektrycznych poszybowała w górę, do poziomu, jaki Polska osiągnie dopiero w połowie lat 30. Dlaczego? Bo mają tańszy prąd i, jako biedniejsi konsumenci, liczą pieniądze – paliwo po 5–6 zł za litr jest zawsze droższe niż prąd z lokalnego źródła, często po mniej niż 1 zł za "litr prądu". To często tanie chińskie auta elektryczne, ale jeżdżą.
Czy nie dochodzimy do tego, że Europa polityką klimatyczną doprowadziła do spadku produkcji u siebie? Udało się przenieść ją do Chin, które kupiły albo przejęły technologię, a teraz przemysł europejski i japoński może paść ofiarą chińskich samochodów.
Co do zasady się zgadzam, ale w Europie produkcja spadała, ale to działo się też przez COVID, przez kryzys energetyczny wynikający z uzależnienia od rosyjskiego, katarskiego czy amerykańskiego gazu i ropy oraz przez wieloletnie niedoinwestowanie. Konkurencja ze strony Chin na rynku stalowym czy chemicznym nie pomaga, ale niejasność polityki klimatycznej to czynnik drugiego rzędu. Trzeba patrzeć na własne błędy, a nie tylko na to, co robią inni – to rozleniwiające podejście, które słyszę np. od polskiego przemysłu chemicznego: "zła Unia podwyższyła ceny uprawnień, nasz przemysł upada".
To przesada?
To nieprawda – wiosną ukazał się raport CEFIC, Europejskiej Rady Przemysłu Chemicznego. Jednym z jego zafałszowań jest twierdzenie, że Europa zamknęła ok. 9 proc. mocy produkcyjnych w chemii. Trzeba spojrzeć, jakie to były moce – połowa z tej liczby to nadmorskie rafinerie np. z południa Europy, korzystające z taniej ropy z krajów arabskich. To najstarsze, 60–70-letnie instalacje i tak skazane na zamknięcie. To był proces nieodwracalny. Przyznał to publicznie ostatnio znany analityk samego Orlenu – czy to nie paradoks?
Pomyślcie proszę – kto lepiej rozwiąże nasze problemy w braku inwestycji niż my sami? Nikt lepiej niż Europa nie zainwestuje w naszą elektromobilność, zieloną stal czy pompy ciepła. Przemysł elektrotechniczny powoli staje się priorytetem – na otwarciu stacji w Choczewie premier mówił o tym optymistycznie, mam nadzieję, że pójdą za tym czyny. Cieszę się, że myślenie o elektryfikacji jako zostawianiu pieniędzy w kraju rozprzestrzenia się w rządzie. Ale producenci paliw kopalnych – JSW czy Orlen – nadal przekonują polityków, że nie ma alternatyw. Liczby nie kłamią — te alternatywy rozwijają się właśnie szybciej w biedniejszych krajach – to powinno dać do myślenia, że problemem nie są złe regulacje klimatyczne UE czy brak pieniędzy. Potrzeba nam nie tylko dobrej woli, ale odwagi.
Unia próbuje korygować politykę klimatyczną, mamy rewizję ETS-u. To ruch w dobrą stronę czy niewystarczający, jak twierdzi większość?
Powiem ostrożnie — to wystarczający ruch. Darmowe uprawnienia dla przemysłu nie będą już bezwarunkowe, tylko warunkowe – to instrument historycznie zaproponowany przez Polskę. Polskie ciepłownictwo, zamiast płacić więcej za uprawnienia z wygaszanej produkcji węglowej, dostaje większą pulę w zamian za zobowiązanie do inwestycji – w nową generację ciepła z gazu, biomasy, odpadów, w magazyny ciepła, pompy ciepła, elektryfikację. Cena ciepła nie powinna w tym czasie drastycznie rosnąć. Branża jest z tego zadowolona – ma przewidywalność inwestycyjną i mniej uprawnień do kupienia. Przemysłowcy powinni nauczyć się od ciepłowników. Przemysł chemiczny i częściowo stalowy broni się rękami i nogami, udając, że dla nich transformacja jest niemożliwa. To samo mówili górnicy, a nawet PiS zbudował alternatywę dla węgla.
PiS z kolei powtarza, że trzeba wyjść z ETS-u.
To dotyczy chyba tylko części PiS, ale już nie deklaracji prezydenta. On sam, na prezentacji "Tani prąd - 33 proc.", powiedział, że z ETS-u nie wyjdziemy, i przyznał, że to niemożliwe. Po pierwsze, ETS to pieniądze, które zostają w kraju, nie danina do Brukseli. Zbieramy z ETS-u ok. 20 mld zł, z czego 2–4 mld zł wydajemy na zakup uprawnień za granicą, ale w zamian dostajemy 10 mld zł z Funduszu Modernizacyjnego. Gdyby nie ten fundusz, finansowalibyśmy transformację francuskiego i hiszpańskiego przemysłu. A tak to niemiecki przemysł kupuje uprawnienia z unijnej puli i to on finansuje naszą transformację – takie dodatkowe reparacje, co nie?
Te 10 mld zł jest pod nadzorem wiceministra klimatu Bolesty zaś ponad 20 mld zł u ministra Domańskiego (Andrzeja Domańskiego, ministra finansów - przyp. red.). My powinniśmy je wydawać tak, jak to robią Niemcy, Bułgaria czy Słowenia, które dostały zgodę na wspieranie przemysłu niższymi cenami energii. To tylko od nas zależy, jak szybko wprowadzimy taki program, a na razie to nie jest priorytet ministra finansów i gospodarki.
Ale jeśli te pieniądze mogą się rozpłynąć w budżecie, to raczej pójdą na łatanie dziury budżetowej albo na obronność, a nie na transformację.
Nie do końca – wydawaliśmy już ok. 2-3 mld zł na subsydiowanie cen energii dla przemysłu energochłonnego: chemii, szkła, nawozów. To jednak bardzo mało – niemiecki przemysł wydaje na ten cel ponad 2 mld euro rocznie. Problem nie leży po stronie komisarza unijnego czy niemieckiego ministra finansów, tylko w tym, że polski rząd - poprzedni i obecny - nie zwiększa poziomu wsparcia. Niemieckie huty stali, mając pewność finansowania na trzy lata, oferują niższą cenę stali, bo mają przewidywalną cenę energii – to tzw. Industriestrompreis. My tego nie robimy – nasz przemysł dowiaduje się post factum, np. w listopadzie, ile dostanie zwrotu za poprzedni rok, gdy rozliczenia z klientami już zaszły. Ta nieprzewidywalność jest zabójcza, a jedynym, kto może to zmienić, jest minister gospodarki i finansów.
Problemem ogólnopolitycznym jest też to, że mamy taryfy preferujące gospodarstwa domowe, a nie przemysł.
Tak, bo przy taryfach prezes URE stawia spółkom wybór: albo minimalnie zarobicie, albo stracicie na gospodarstwach domowych. Przemysł ma niewystarczającą konkurencję na hurtowym rynku energii – gdyby była większa, może za pięć lat uzyskałby niższą cenę, ale to głównie z własnej winy nie potrafi kupować energii, bilansować się, agregować popytu. Przeciętna spółka energochłonna jest 2–4 lata w tyle za kolegą z Zachodu, który współinwestuje w magazyny energii, co daje przestrzeń do zarabiania na arbitrażu. Podam przykład, jak przemysł może oszczędzać już dziś: firma kupuje drogą energię w dni robocze, kiedy to robią wszyscy, ale zakład stoi w weekendy, kiedy wszyscy prosumenci oddają za darmo i półdarmo prąd do sieci.
Zakład mógłby przesunąć produkcję z czwartku-piątku na sobotę-niedzielę – zamiast kupować prąd po ok. 450 zł za MWh w sztywnej taryfie, brałby go za ułamek poprzedniej ceny przez pół roku i to bez żadnej inwestycji we własną fotowoltaikę. To proste, bezinwestycyjne zmiany. Za kilka lat, wraz z rozwojem magazynów energii, ten efekt rozleje się także na dni robocze – to korzyści, których dziś nie maksymalizujemy, bo nie zarządzamy aktywnie przemysłem. Działania Polskich Sieci Elektroenergetycznych czy Towarowej Giełdy Energii są okej, ale wciąż zbyt małe i spóźnione.
Tylko czy przy obecnej sytuacji budżetowej stać nas na intensywną transformację energetyczną?
Starczy, bo transformację finansuje nam głównie niemiecki i holenderski podatnik. Praktycznie złotówki na nią nie wydajemy z własnych pieniędzy – jesteśmy nawet "winni" polskiej transformacji co najmniej 10, a może 20 mld zł z ETS-u. Program "Czyste Powietrze" finansujemy z Funduszu Modernizacyjnego, czyli dodatkowej puli unijnego budżetu, a sieci energetyczne przede wszystkim z KPO. Podam konkretny przykład - Polskie Sieci Elektroenergetyczne oddały do użytku jedną z największych stacji energetycznych w Europie, w Choczewie. Służy do podłączenia offshore’u do ogólnopolskiej sieci i kosztowała pół miliarda złotych, a – jak cytuję prezesa PSE – zero złotych z tego wyląduje na rachunkach odbiorców. To ogromny sukces w skali europejskiej. We Włoszech, Wielkiej Brytanii czy Niemczech narzekają na rosnące ceny energii, nie dlatego, że źle zaplanowali transformację, ale bo mają prywatne, bardzo komercyjne firmy, które oczekują zysku, a nie realizacji państwowej misji czy celów klimatycznych.
To znaczy?
We Włoszech źle wykorzystano Krajowy Plan Odbudowy, co wiąże się z powszechną korupcją i państwowo-prywatną energetyką. W Wielkiej Brytanii zaplanowano potrzebne inwestycje w offshore, ale sieci są prywatne i podnoszą stawki. Nasze spółki państwowe jak należące w 100 proc. do Skarbu Państwa PSE, ale też giełdowa Wielka Czwórka, to mało sexy, ale sprawne inwestycyjnie wehikuły do modernizacji.
Trzeba je jeszcze bardziej zmobilizować – zapowiada się, że dzięki środkom z KPO nie będą podnosić stawek dystrybucyjnych. Jako Instrat wkrótce będziemy proponować Fundusz Amortyzacji Sieci Elektroenergetycznych, tzw. FASE, o którym pisał ostatnio Michael Liebreich inspirowany niemieckim mechanizmem finansowania sieci wodorowych czy budowy amerykańskiej kolei ponad 100 lat temu. Konieczne jest rozłożenie rachunku za elektryfikację na 20–30 lat. Zamiast podnosić opłaty o 8–10 proc. rocznie, pozwoliłoby to obniżyć rachunek za sieci dla gospodarstw domowych nawet o 5–10 proc na start i nie podnosić go wcale dalej. Byłby to ogromny impuls dla konkurencyjności polskiej gospodarki, gdybyśmy środki unijne mądrze rozkładali w czasie. Inne kraje tego nie mają. W najbliższych latach będziemy zbierać duże korzyści z transformacji, którą praktycznie za półdarmo sfinansował nam niemiecki i holenderski podatnik. Więcej optymizmu!
Czy taki fundusz nie oznacza jednak większego długu i budowania sieci na kredyt?
Nie. To dług unijny, który nie wpada do zadłużenia krajowego, o ile rozliczamy go w ramach KPO albo kolejnej unijnej perspektywy finansowej.