Mariusz Błaszczak zapowiedział, że Prawo i Sprawiedliwość złoży projekt ustawy zakładający "wyprowadzenie Polski z systemu ETS", jeżeli senacka większość odrzuci wniosek prezydenta o referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej.
– W tak fundamentalnej sprawie głos powinni mieć Polacy. Jeśli większość senacka odrzuci wniosek prezydenta o referendum ws. unijnej polityki klimatycznej, złożymy nasz projekt ustawy wyprowadzający Polskę z systemu ETS – zapowiedział Mariusz Błaszczak, szef klubu PiS.
WIDEO"Nasza planeta za 50 lat może być nie do życia". Co zrobić z ETS?
Deklaracja Błaszczaka oznacza powrót PiS do zapowiedzi przedstawianych wcześniej przez Przemysława Czarnka. Polityk już w marcu mówił, że jego ugrupowanie ma projekt ustawy zmierzającej do wyjścia Polski z unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2.
Jak opisywał money.pl, system ETS wynika z prawa Unii Europejskiej. Z ETS czy ETS2 nie możemy jednak tak po prostu "wyjść". To dyrektywa, która jest częścią prawa unijnego. Gdyby Polska odmówiła udziału w ETS, zostałaby wszczęta procedura naruszeniowa, sprawa trafiłaby do TSUE, a ten mógłby nałożyć wysokie kary. Dopóki jesteśmy w UE – ETS nas obowiązuje.
Koszty są realne, ale obraz nie jest jednoznaczny
ETS zwiększa obciążenia części przedsiębiorstw, przede wszystkim w energetyce i przemyśle ciężkim. Dane przywoływane przez money.pl nie potwierdzają jednak prostej tezy, że system rujnuje całą polską gospodarkę.
W latach 2010–2024 realna wartość dodana w Polsce wzrosła o 64 proc., wobec niespełna 25 proc. średnio w Unii Europejskiej. W tym samym czasie Polska należała do państw szybko ograniczających emisyjność gospodarki. Nie oznacza to, że ETS nie generuje kosztów, ale pokazuje, że dekarbonizacja i szybki wzrost gospodarczy mogą zachodzić równolegle.
W latach 2015–2023 wpływy Polski z systemu ETS przekroczyły około 95 mld zł. Z kolei według wyliczeń Instytutu Reform wdrożenie ETS2 w obecnym kształcie może przynieść Polsce około 124 mld zł do 2032 r., w tym 48 mld zł ze Społecznego Funduszu Klimatycznego i 76 mld zł z krajowych aukcji uprawnień.
Europa chce reformy systemu, ale nie jego likwidacji
ETS reguluje handel uprawnieniami do emisji i obejmuje energetykę, przemysł energochłonny oraz lotnictwo. ETS2, który ma wejść w życie w 2028 roku, obejmie sektory budowlany i transportowy. Firmy kupują na aukcjach prawa do emisji CO2, a liczba dostępnych uprawnień jest stopniowo zmniejszana. Zwolennicy wskazują, że to narzędzie, które przyspiesza modernizację energetyki i elektryfikację. Krytycy mówią, że przekłada się na wyższe koszty życia i osłabia konkurencyjność gospodarki
Przez lata EU Emissions Trading System był podstawowym narzędziem polityki klimatycznej wspólnoty, jednak coraz częściej pojawiają się głosy, że obecne ceny uprawnień i konstrukcja systemu obciążają gospodarkę. Pod naciskiem przywódców państw członkowskich przesunięto zresztą wdrożenie nowej odsłony, czyli ETS2 z roku 2027 na 2028.
Do państw, które naciskają na reformę ETS, należy też Polska. Rząd argumentuje m.in., że unijne cele redukcji emisji (90 proc. do 2040 r.) są dla Polski trudne do osiągnięcia. Minister energii Miłosz Motyka w wywiadzie udzielonym niedawno dziennikarzom Money.pl podkreślał: na każdym etapie rozmów w Komisji Europejskiej wskazujemy, że do momentu uruchomienia mocy jądrowych w Polsce jednostki gazowe i węglowe będą nieodzowne.