Chiny mocno tną import ropy drogą morską i zyskują narzędzie wpływu na ceny. W efekcie całkowity import ropy ma być niższy o ponad 50 proc. względem poziomów sprzed wojny, co przełożyło się na zmianę układu sił na rynku. Jak podają media, wcześniejsza skala zakupów sprawiała, że Chiny działały jak mechanizm równoważący globalną podaż i popyt.
Dzięki tej elastyczności w kwestii importu ropy zyskały nową broń cenową Chiny - twierdzi Javier Blas, felietonista Bloomberg Opinion. - Nazywam to niewidzialną ręką rynku ropy naftowej. Było to bardzo widoczne i bardzo sterowane przez Pekin - mówi.
Analityk zwraca uwagę, że Chiny nie publikują danych o stanie zapasów jak inne kraje, co utrudnia ocenę źródeł spadku importu. Jedna z hipotez zakłada wykorzystanie zapasów produktów rafinowanych oraz surowców dla przemysłu petrochemicznego, a także większe oparcie produkcji chemicznej na węglu.
Wskazano też na czynniki podażowe: chińska produkcja gazu ma być rekordowa, a wydobycie ropy wzrosło w porównaniu z poziomami sprzed kilku lat. Według Blasa Chiny nie mają interesu w utrzymywaniu bardzo wysokich cen ropy, bo jako największy importer same ponoszą koszty drogiej energii.
- Chiny to zrobiły, przede wszystkim dlatego, że nie mają żadnego interesu w bardzo wysokich cenach. W końcu Chiny są największym importerem ropy naftowej na świecie, więc będą dotknięte - ocenia analityk.
Jak przekonuje, Chiny nie miały interesu w kryzysie gospodarczym w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie w dużej mierze zależą od dobrobytu tych krajów, aby zapewnić sobie dobrobyt. - Nie sądzę, żeby Chiny były szczególnie bezinteresownie hojne. Pomagały innym, aby pomóc sobie. Myślę, że Chiny potrzebują zdrowej globalnej gospodarki.