- Europa ma świetnych ludzi i firmy. Problemem są politycy, którzy nie rozumieją biznesu - mówi w rozmowie z money.pl prof. Ilian Mihov.
- Ekonomista przekonuje, że Europa przegrywa rywalizację z Chinami i USA nie przez brak talentów, ale przez własne decyzje.
- Za dużo państwa, za dużo regulacji, za mało odwagi - nasz rozmówca wskazuje, co hamuje europejską gospodarkę.
- Okradamy przyszłość naszych dzieci - twierdzi ekonomista, uderzając w europejski model emerytalny i państwo dobrobytu.
Michał Wąsowski, zastępca redaktora naczelnego money.pl: Zacznę od prostego pytania, choć odpowiedź będzie zapewne bardziej złożona: jak źle jest z Europą? Jak bardzo zostajemy w tyle, patrząc na światową gospodarkę?
Ilian Mihov, bułgarski ekonomista, profesor ekonomii w INSEAD: To bardzo ważne pytanie, choć wcale nie nowe. W 2013 r. w trakcie kryzysu we Włoszech, Grecji i innych krajach, zorganizowałem w Paryżu konferencję na temat konkurencyjności Europy. Stawialiśmy sobie dokładnie to samo pytanie: dlaczego nasz kontynent pozostaje w tyle i rozwija się wolniej? Niektórzy moi koledzy przedstawili wtedy dane z kilku branż. Szybko się okazało, że w wielu z nich Europejczycy stworzyli firmy, które wyrosły na globalnych liderów: BMW i Mercedes w motoryzacji, BASF w chemii, Airbus w lotnictwie – można by jeszcze wymieniać. Widać zatem, że jesteśmy w stanie budować globalnych czempionów.
Na czym więc polega problem Europy?
Powiedziałem wtedy – choć to hipoteza, ale oparta na doświadczeniu – że Europa ma prawdopodobnie największą koncentrację kapitału ludzkiego na kilometr kwadratowy. Jej mieszkańcy są znakomicie wykształceni i nie brakuje im zdolności do działania. Im dłużej się temu przyglądaliśmy, tym wyraźniej widzieliśmy – i inni obserwatorzy doszli do tego samego wniosku – że problem leży po stronie rządów. To one, co jest zresztą także konkluzją raportu Draghiego, są źródłem spadku konkurencyjności Europy. Problem tkwi w zbyt dużej liczbie regulacji.
DLA CIEBIENajwiększe błędy przy wysyłaniu CV i szukaniu pracy - Filip Sobel II Pierwsza Praca #6
Czyli rządy hamują innowacyjność i konkurencyjność?
Gdybym miał wystawić receptę Indonezji, któremuś z państw afrykańskich czy latynoamerykańskich, powiedziałbym: musicie edukować ludzi, wprowadzić określone zmiany w instytucjach. Moim zdaniem problem Europy leży gdzie indziej – rządy nie rozumieją, po co istnieje biznes.
Na zakończenie tamtej paryskiej konferencji ktoś z widowni zabrał głos – a ja właśnie wtedy zostawałem dziekanem – i powiedział: "Ilian, wiesz, co powinieneś zrobić? Zorganizować kursy dla polityków w INSEAD". Odpowiedziałem: "Chętnie się tego podejmiemy". Zaoferowałem nawet darmowe miejsca na naszych najlepszych programach. Niestety nikt nie był zainteresowany.
Czy inne państwa odrabiają te lekcje? Nie pytam o Stany Zjednoczone, gdzie relacje biznesu i państwa bywają wręcz patologicznie bliskie.
Jednym z naszych największych klientów było wtedy singapurskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Przyjeżdżali do nas ludzie z każdego departamentu. Mieszkam teraz w Singapurze i często słyszę pytanie, dlaczego to państwo odnosi dziś takie sukcesy. W 1965 r. było biedniejsze od Angoli, a dziś należy do najbogatszych krajów świata pod względem dochodu na mieszkańca. Na ten sukces złożyło się wiele czynników, ale na jeden z nich rzadko się zwraca uwagę: urzędnicy w Singapurze to znakomicie wykształceni ludzie i niemal wszyscy mają jakieś przygotowanie biznesowe. Dodatkowo są wysyłani na programy edukacji menedżerskiej.
Tylko że wiele osób utrzymuje, że rządzenie państwem to nie biznes. W jaki sposób takie wykształcenie mogłoby służyć politykom?
Jeśli się zastanowimy, jakich kompetencji potrzebują politycy i decydenci, okaże się, że przede wszystkim umiejętności budowania strategii, komunikacji, motywowania i negocjowania. A tego właśnie uczymy w szkołach biznesu. Wygłosiłem taki apel do rządzących: przysyłajcie do nas ludzi, bo w momencie, w którym rząd zrozumie, czym jest biznes, będzie w stanie prowadzić politykę, która sprzyja rozwojowi. Ostatecznie to biznes napędza wzrost gospodarczy. Nie ma innego sposobu na budowanie dobrobytu ani innowacji.
To jest moim zdaniem fundamentalny problem. Można analizować raport Draghiego, dyskutować o konkretnych regulacjach. Musimy mieć "28. reżim" (tzw. 28. reżim regulacyjny — postulat wspólnego, opcjonalnego prawa spółek dla całej UE, poruszony m.in. w raporcie Draghiego — przyp. red.), ale ludzie u władzy często nie rozumieją, dlaczego takie rozwiązanie jest potrzebne ani kto powinien odpowiadać za jego wprowadzenie.
Europa jest dziś przeregulowana – wydaje się, że w tej sprawie panuje konsensus. Potwierdzają to ekonomiści, przedsiębiorcy, menedżerowie, a nawet politycy. Podstawowe pytanie brzmi: czy widzi pan szansę na to, żeby to się zmieniło? I jak to zrobić, żeby nie przesadzić w drugą stronę?
Proszę nie sądzić, że jestem nastawiony antyregulacyjnie. Wręcz przeciwnie, uważam, że są one w wielu obszarach ważne i skuteczne. Zapominamy o czymś bardzo prostym: o amerykańskiej ustawie Clean Air Act (ustawa o ochronie powietrza, przyjęta w 1963 r., znowelizowana w 1970 r. – przyp. red.) i podobnych regulacjach w Europie. Kiedyś w Bułgarii nad miastem, w którym urodziła się moja mama, rano unosił się dym pełen siarki. W latach 70. świat martwił się globalnym ochłodzeniem, bo dwutlenek siarki nie przepuszczał promieni słonecznych. Uporaliśmy się z dwutlenkiem siarki, dziś mierzymy się z globalnym ociepleniem. Regulacje są ważne, kiedy trzeba się zająć takimi zjawiskami. Podobnie jest z równie istotnymi kwestiami regulacji żywności – nie możemy sami sprawdzić, co dokładnie znajduje się w niektórych produktach, które jemy; ktoś musi to zrobić za nas. Europa stała się jednak zbyt egalitarna – dziś nie może już sobie na to pozwolić.
Co to znaczy, że Europę nie stać już na bycie tak egalitarną?
Pamiętam, jak jeden z poprzedników prezydenta Francji Emmanuela Macrona pisał w artykule, że jest zwolennikiem przedsiębiorczości, a jednocześnie wygłaszał tezy, które były w istocie antywzrostowe i antybiznesowe. A właśnie w tym obszarze regulacje muszą się zmienić. Nie chodzi o żywność ani o kwestie klimatu, lecz o takie regulacje, które zapewnią biznesowi większą elastyczność i pozwolą przedsiębiorcom, tworzącym wartość dla wszystkich, działać szybko i się bogacić. Brak takiego podejścia jest jednym z problemów Europy. Przyzwyczailiśmy się – szczególnie ja, bo dorastałem w kraju komunistycznym – do tego, że państwo załatwia wszystko. We Francji jest podobnie: bardzo wiele osób polega we wszystkim na rządzie. To kolejny czynnik, który hamuje zmiany w Europie: państwo dobrobytu stworzone przez pokolenie baby boomersów.
Uważa pan, że socjal w Europie – czyli to, co sprawiło m.in., że mamy tak wysoki poziom życia – jest również jej przekleństwem?
Państwo dobrobytu jest już nie do utrzymania. Okradamy przyszłość naszych dzieci. Ludzie, którzy dziś przechodzą na emeryturę, mają fantastyczne świadczenia. Ale ci, którzy przejdą na nią za 40 lat, nie będą mieli nic, bo obecny system jest niemożliwy do sfinansowania i trzeba go zrewidować.
To zresztą zabawne – dziś udzielałem dwóch wywiadów. Drugi był dla chińskich mediów. W tamtej rozmowie padło to samo pytanie. Odpowiedziałem, że jednym z najprostszych kroków byłoby ułatwienie europejskim funduszom emerytalnym inwestowania w venture capital (VC). Koszt kapitału jest bowiem w Europie znacznie wyższy – oprócz kwestii wyjścia przez IPO (Initial Public Offering), o której już mówiłem. Dobrym przykładem jest Szwecja. Tam fundusze emerytalne mogą inwestować w VC i dlatego tamtejszy ekosystem przedsiębiorczości działa dużo lepiej. To jeden z kroków, które można podjąć. Nie ma jednego cudownego rozwiązania, potrzeba wielu równoległych działań, żeby stworzyć stabilne i elastyczne środowisko dla biznesu.
Rozważmy przez chwilę czarny scenariusz – jeden z najgorszych, w którym nic się nie zmienia w kierunku, którego biznes potrzebuje. Co się wtedy dzieje z europejską gospodarką, z pozycją Unii Europejskiej? Będziemy kompletnie nieistotni?
Słynne jest hasło, że Europa stanie się kiedyś muzeum. Uważam, że to jest realne zagrożenie. Nasz kontynent stoi dziś przed dwoma wyzwaniami. Pierwszym jest rewolucja AI, która dokonuje się przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych. Co się stanie, jeśli nie przyłączymy się do tego wyścigu? Podobny scenariusz znamy z historii rozwoju branży komputerowej. Z powodu opóźnień nigdy nie byliśmy w stanie skutecznie konkurować z USA. Ostatecznie wszystkie komputery i tak są dziś produkowane w Azji. To samo, moim zdaniem, może się stać z AI, jeśli nic nie zmienimy i nie przyłączymy się do rywalizacji.
Drugim wyzwaniem dla Europy jest produkcja. Jak dotąd udawało się nam utrzymać pozycję dzięki Niemcom i firmom, które wytwarzają zaawansowane produkty. Dziś jednak Chiny nie tylko doganiają Europę, ale w wielu obszarach już ją wyprzedzają. Dotyczy to aut elektrycznych, baterii i paneli fotowoltaicznych. Chińczycy radzą sobie z tym dużo lepiej, choć Europa wciąż pozostaje w grze.
Spójrzmy na Wielką Brytanię: kiedyś była światowym liderem, później jej pozycja osłabła. Dziś wciąż jest silną gospodarką z wieloma zdolnymi ludźmi, ale jak atrakcyjna byłaby bez sektora finansowego? Dla Europy to ostrzeżenie. Pozostaniemy państwami o wysokich dochodach, jednak dystans dzielący nas od Stanów Zjednoczonych będzie się powiększać.
Czy państwa europejskie muszą teraz ciąć wydatki socjalne? Zapowiedział to już m.in. kanclerz Niemiec Friedrich Merz.
Absolutnie tak, bo obecny system jest nie do utrzymania. Wszyscy chcą żyć na wysokim poziomie, mieć świetną opiekę zdrowotną i tak dalej, ale kto ma za to zapłacić? Można powiedzieć "wyemitujemy więcej długu, pożyczymy z przyszłości". Takie rozwiązanie działa przez kilka lat, ale później system może się załamać. Model, w którym ludzie przechodzą na emeryturę w wieku 60–65 lat, będący częścią państwa dobrobytu, jest dziś po prostu nierealny. Osoba urodzona w 2000 r. może dziś dożyć 100 lat. Zaczyna pracować w wieku 22–23 lat, kończy w wieku 62–63, czyli pracuje 40 lat. Czterdzieści lat pracy, żeby utrzymać 100 lat życia – ten rachunek nie ma prawa się bilansować. Ludzie muszą pracować dłużej. Wiemy jednak, co się wydarzyło we Francji, kiedy prezydent Macron próbował podnieść wiek emerytalny.
Cały model państwa dobrobytu wymaga przemyślenia. Europa może zrobić wiele, aby stać się lepszym miejscem. Jednym z koniecznych kroków jest właśnie reforma tego systemu oraz zmiana mentalności. Ludzie muszą przestać we wszystkim polegać na państwie. Powinniśmy też lepiej edukować naszych polityków.
Z tym jednak wiąże się kolejna kwestia – imigracja, a także niska dzietność, przez którą państwo dobrobytu potrzebuje imigrantów, aby móc się utrzymać. Jednocześnie to właśnie rozbudowane systemy socjalne przyciągają część przybyszów. Czy w tej sytuacji imigracja może być trwałym rozwiązaniem dla Europy pozwalającym na utrzymanie jej systemów, nawet jeśli ograniczymy wydatki socjalne? Jak dotąd nasze państwa nie znalazły żadnego rozwiązania na spadek dzietności.
Nie sądzę, żebym ja ani ktokolwiek inny potrafił rozwiązać ten problem. Im bardziej rozwija się gospodarka, tym niższy jest poziom dzietności. W Japonii od lat łamią sobie nad tym głowę. W USA naturalny przyrost ludności wynosi obecnie ok. 0,15 proc. rocznie. Moim zdaniem pytanie nie brzmi: "czy imigracja jest trwałym rozwiązaniem?" gdyż nie widzę żadnego innego. Należy raczej zapytać: jak prowadzić politykę migracyjną, aby przynosiła Europie korzyści gospodarcze i aby przybysze nie byli postrzegani jako osoby, które jedynie korzystają z systemu socjalnego, nie wnosząc nic w zamian?
Coraz więcej europejskich państw zwraca się w stronę rozwiązań stosowanych od dawna w Singapurze. Jego władze zdecydowały, że można sprowadzać ludzi na podstawie wiz pracowniczych, pozwalając im pozostać na określony czas, bez otwierania drogi obywatelstwa. Nie widzę innego rozwiązania. Dzietność jest niska w całej Europie.
Ale imigracja to również wyzwania. Nie da się ukryć, że w Unii Europejskiej są silne nastroje antyimigranckie, co ma swoje odzwierciedlenie także w polityce.
Dlatego ważna jest integracja imigrantów i zapewnienie, że w jakiś sposób staną się częścią społeczeństwa, jeśli już zdecydujemy, że mają zostać na stałe. Moim zdaniem Francja nie poradziła sobie z tym najlepiej. Saint-Denis, na północ od Paryża, przypomina getto. Bezrobocie sięga tam 25 proc., mieszkańcy są sfrustrowani, dochodzi do buntów i podpaleń samochodów. Bez imigracji Europa nie ruszy do przodu, ale trzeba to zrobić mądrze. Decydenci zaczynają to powoli rozumieć. Nikt nie chce imigrantów, którzy dopuszczają się przestępstw i wykorzystują system opieki społecznej, nie wnosząc nic w zamian. Imigracja jest jednak nieuchronna. Politycy, którzy przekonują, że możemy się bez niej obejść, po prostu nie wiedzą, o czym mówią. Bez napływu pracowników nasz system socjalny może się załamać.
Rozmawialiśmy o kilku wyzwaniach stojących przed Europą: rozwoju technologicznym, konkurencyjności, imigracji i dzietności. Które z nich uważa Pan za najpoważniejsze?
Mówiąc o wzroście gospodarczym, ekonomiści bardzo często posługują się pojęciem "wąskich gardeł". Zastanawiają się, co hamuje gospodarki i ogranicza ich dynamikę. Kiedy patrzę na Europę, dostrzegam wiele barier, które z osobna wydają się niewielkie, ale razem mogą mieć duże znaczenie.
Najważniejsze jest dla mnie otoczenie biznesowe, czyli instytucje – za badania nad nimi Daron Acemoğlu otrzymał Nagrodę Nobla. Nazwałbym je otoczeniem instytucjonalnym lub regulacyjnym. Jeśli je naprawimy, wiele się zmieni, ponieważ będziemy mogli zwiększyć wpływy podatkowe i dzięki nim finansować państwo dobrobytu, choć nie sądzę, aby w obecnym kształcie mogło ono funkcjonować jeszcze długo.
Drugą kwestią, która zdefiniuje przyszłość Europy, będzie jej dalsza integracja. Wiele osób sądziło, że kiedy powstanie euro, waluta ta zastąpi dolara amerykańskiego. To marzenie chyba już zniknęło. Moim zdaniem problemem euro nie był jednak kryzys z lat 2012–2013. Europejski Bank Centralny jest najstabilniejszym bankiem centralnym, jaki znam. Wiem, że inflacja w strefie euro nie utrzyma się długo powyżej 2 proc. Może przekroczyć ten poziom przejściowo, ale EBC zrobi wszystko, aby ponownie ją obniżyć.
Prawdziwy problem Europy polega na tym, że jej rynki finansowe są bardzo rozproszone i niewielkie. Euro nigdy nie stanie się walutą rezerwową na miarę dolara. Kiedy mówimy o walucie rezerwowej, musimy spojrzeć na bilans płatniczy. Obejmuje on rachunek obrotów bieżących, na którym rejestruje się transakcje dotyczące towarów i usług, oraz rachunek finansowy, pokazujący przepływy kapitału.
Często zapominamy, że nie chodzi wyłącznie o handel. Sprzedaję komuś towary, a otrzymane pieniądze inwestuję w aktywa — i to należy już do rachunku finansowego. Waluta rezerwowa musi oferować atrakcyjne możliwości inwestowania. Europejskie giełdy i rynki obligacji są niewielkie w porównaniu z Nasdaqiem czy giełdą nowojorską. Jako trader i inwestor nigdy nie postrzegałem Europy jako atrakcyjnego rynku. Zresztą sami Europejczycy – o czym powstało wiele artykułów – inwestują w Stanach Zjednoczonych, ponieważ nie uważają własnych rynków za wystarczająco rozwinięte i atrakcyjne.
Kolejnym poważnym wyzwaniem jest finansowanie, które odgrywa istotną rolę we wzroście gospodarczym. Przy rozdrobnionych, niewielkich giełdach w całej Europie nie będziemy w stanie w pełni wykorzystać atutów wynikających z posiadania jednej z najstabilniejszych walut na świecie. To następny priorytet.
Mówiłem o funduszach emerytalnych i venture capital, rozmawialiśmy też o państwie dobrobytu. Takich kwestii jest wiele. Ważne jest również kształcenie urzędników państwowych. Może to brzmieć nieco zabawnie, ale ma ogromne znaczenie. Jeśli nie rozumie się realiów biznesu, ktoś może próbować je wyjaśnić, lecz takie tłumaczenia nigdy nie będą w pełni przekonujące. Zupełnie inaczej jest, gdy samemu próbowało się założyć firmę lub sprzedać własny biznes i osobiście doświadczyło wszystkich związanych z tym problemów.
Szkoda, że tak niewielu europejskich polityków i decydentów podejmuje naukę w szkołach biznesu. Nie chodzi wyłącznie o samo zdobywanie wiedzy, ale o interakcje z ludźmi biznesu i sieć relacji, która może się okazać bardzo użyteczna. Niestety nie istnieje jedno rozwiązanie dla wszystkich tych problemów.
***
Ilian Mihov to bułgarski ekonomista, profesor ekonomii w INSEAD i kierownik katedry transformacji gospodarczej i biznesowej im. Rausingów. W latach 2013–2023 był dziekanem INSEAD, najdłużej urzędującym w historii tej uczelni. Specjalizuje się w makroekonomii, polityce pieniężnej i fiskalnej oraz wzroście gospodarczym.