"Gra na nierównym boisku". Oto największy problem w handlu UE z Chinami [OPINIA]
Unia Europejska nie musi mieć nadwyżki w handlu z każdym partnerem. A nawet gdyby z każdym miała deficyt, nie byłby to automatycznie powód do niepokoju. Kontrowersje dotyczące wymiany handlowej z Chinami wynikają z tego, że ten kraj trudno uważać za partnera - pisze w opinii dla money.pl makroekonomista Wojciech Paczos.
Opinia dra Wojciecha Paczosa, makroekonomisty z Uniwersytetu w Cardiff oraz Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, powstała w ramach 23. edycji "Ringu ekonomicznego" money.pl. To format dyskusji na ważne, ale kontrowersyjne tematy społeczne i ekonomiczne. Tym razem tematem przewodnim jest rosnący import UE z Chin. Zastanawiamy się, czy stanowi to zagrożenie dla europejskiej gospodarki oraz czy i jak Bruksela powinna temu przeciwdziałać. Równolegle publikujemy opinię prof. Piotra Dominiaka i dr. hab. Joanny Wolszczak-Derlacz, ekonomistów związanych z gdańskimi uczelniami, oraz wprowadzenie do dyskusji, w którym omawiamy wyniki ankiety wśród 55 ekonomistów.
W najnowszym "Ringu Ekonomicznym" redakcja money.pl zapytała polskich ekonomistów, czy pogłębiający się deficyt handlowy Unii Europejskiej z Chinami stanowi zagrożenie dla unijnej gospodarki. Jestem w mniejszości, która twierdzi, że taki deficyt nie jest problemem – do czego postaram się państwa za chwilę przekonać. Nie znaczy to jednak, że wymiana z Chinami w ogóle nie jest problematyczna. Jest – a zagrożenia są dużo większe niż mityczny deficyt.
Wymiana handlowa to nie mecz piłkarski
Rzadko zdarza się tak, aby wymiana handlowa pomiędzy dwoma gospodarkami była idealnie zrównoważona – to znaczy, aby wzajemny import i eksport były sobie równe. Gdy jedna ze stron wymiany eksportuje więcej niż importuje, to osiąga nadwyżkę handlową, a druga strona – deficyt. Te określenia w przypadku wymiany handlowej są dosyć niefortunne. "Nadwyżka" kojarzy nam się pozytywnie, a "deficyt" negatywnie. Handel międzynarodowy to jednak nie piłka nożna – gospodarka z nadwyżką nie wygrywa meczu, a gospodarka z deficytem nie odpada z żadnego turnieju.
Dlaczego deficyt w wymianie dwustronnej nie musi być groźny? Wytłumaczę to w trzech krokach.
Krok 1 – spójrzmy na całość, a nie część wymiany
W pierwszym kroku należy zauważyć, że żadna gospodarka nie prowadzi wymiany handlowej z jednym tylko partnerem. W szczególności, w handlu towarowym z Chinami Unia Europejska w 2025 osiągnęła (ów "pogłębiający się") deficyt równy 360 mld euro, czyli około 1,9 proc. unijnego PKB, ale w handlu z resztą świata osiągnęła nadwyżkę równą 3,5 proc. PKB. Oznacza, że po odliczeniu deficytu z Chinami UE jako całość jest ciągle "na plusie" – o ponad 255 mld euro. To powinno wystarczyć, aby przekonać tych, którzy wierzą, że nadwyżka handlowa świadczy jakoś o sile gospodarki. Ja do nich nie należę, więc dalej obraz będzie się robił tylko bardziej skomplikowany.
Krok 2 – nadwyżki i deficyty zmieniają się w przestrzeni i w czasie
W ciągu ostatnich dwóch dekad Unia Europejska osiągała stabilne nadwyżki, a Stany Zjednoczone stabilne deficyty w wymianie handlowej. Wewnątrz samej Unii Europejskiej obraz był niezwykle zróżnicowany – obok nadwyżkowych Niemiec i Niderlandów leżały deficytowe Francja i Hiszpania, a także – już poza UE – Wielka Brytania.
Czy któryś z naszych czytelników jedynie na podstawie salda wymiany handlowej byłby gotów stawiać tezy o tym, które z tych gospodarek są "zagrożone", a które "stabilne"? I czy przypadkiem nasza ocena perspektyw gospodarczych chociażby Niemiec, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii nie zmieniła się w ostatnich latach – i to całkiem bez związku z ich saldem wymiany handlowej?
Hamowanie gospodarcze Wielkiej Brytanii i Niemiec oraz przyspieszenie gospodarek Grecji i Hiszpanii pokazują, że perspektywy rozwoju potrafią się znacznie zmieniać w czasie. Podobnie saldo wymiany handlowej. Mało tego – te dwie zmienne wcale nie muszą iść ze sobą w parze. Spójrzmy na gospodarkę Polski – w pierwszej połowie lat 90. XX w. osiągaliśmy nadwyżki, przez kolejne dwie dekady deficyty, a w ostatnich dziesięciu latach znów nadwyżki.
Przez te trzydzieści pięć lat polska gospodarka rosła stabilnie i bez kryzysów – tak, że z dumą i słusznie możemy nazywać się światowym czempionem wzrostu.
Krok 3 – pamiętajmy o skarbonce
Wróćmy jednak do deficytów i nadwyżek handlowych. Ważną ich cechą jest to, że odkładają się w czasie. Suma przeszłych odłożonych nadwyżek to międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto (z ang. NIIP), ale dla uproszczenia nazwijmy ją skarbonką. Dlatego deficytów – zarówno chwilowych jak i długotrwałych – nie trzeba wcale równoważyć, można je pokrywać ze skarbonki. Unia Europejska ma w niej odłożone 1771 mld euro – czyli równowartość sześciu lat deficytu handlowego z Chinami (a ten i tak pokrywa się na bieżąco z nadwyżki z resztą świata i to z zapasem, który wpada do skarbonki).
Co ciekawe, jest na świecie jeden bardzo szczególny kraj, który od trzydziestu lat wykazuje stale deficyty w wymianie handlowej z resztą świata, a do tego w jego skarbonce zieje dziura wielkości 25 250 mld euro. To Stany Zjednoczone Ameryki Północnej – ich gospodarce nie zagroził ani deficyt w wymianie z Chinami, ani deficyt w wymianie z całym światem, ani rekord świata w ujemnej pozycji inwestycyjnej netto.
To bardzo komfortowa sytuacja: część konsumpcji amerykańskich obywateli finansuje od trzydziestu lat reszta świata. Jest to możliwe właściwie z jednego tylko powodu – hitem eksportowym gospodarki amerykańskiej jest dolar, na który popyt zgłasza cały świat. Rozmawialiśmy o tym z redaktorem Grzegorzem Siemionczykiem na łamach money.pl, gdy administracja USA rozpoczynała swoje wojny handlowe:
A gdyby tak Unia Europejska zaczęła eksportować swoją walutę, tak jak USA eksportują dolara, to czy również mogłaby utrzymywać deficyty w handlu zagranicznym, nawet przy dziurawej skarbonce? Zostawię państwa z tym pytaniem, ale osobiście uważam, że tak. I że jest to kierunek w którym powinniśmy i będziemy zmierzać. To czwarta już przyczyna tego, że nie uważam bilateralnego deficytu handlowego UE z jakimkolwiek partnerem za zagrożenie dla europejskiej gospodarki.
Cła nie zmienią deficytu
Czy któryś z argumentów państwa przekonał? Jeśli nie i nadal uważają państwo, że z tym deficytem handlowym należy jednak coś zrobić, to mam jeszcze jeden, zapasowy argument. Otóż narzędzia polityki handlowej (takie jak cła) ani w teorii ekonomii, ani w praktyce gospodarczej nie potrafią za bardzo "skorygować" deficytów i nadwyżek.
Ich podstawowy efekt to uderzanie w konsumenta za sprawą wyższych cen i mniejszej dostępności dóbr i usług. To fascynujący temat, wart oddzielnego wykładu albo przynajmniej rozmowy – na przykład tej, którą polecałem już państwu powyżej.
Podsumowując – uważam, że ani cła nie są właściwym narzędziem do ograniczania deficytu w wymianie handlowej UE z Chinami, ani deficyt ten nie jest wcale problemem sam w sobie. To nie znaczy, że problemów w tej wymianie handlowej nie ma. Są – i sięgają na tyle daleko, że sama teoria ekonomii nie wystarczy, aby na nie odpowiedzieć.
Problem 1 – nierówne boisko
Proszę zwrócić uwagę na jeden szczegół w mojej wcześniejszej opinii: nie jest zagrożeniem deficyt w wymianie handlowej z partnerem. Partnerstwo takiej wymiany musi bowiem polegać na przestrzeganiu jednolitych zasad. Gra handlowa musi się odbywać na równym boisku.
Jeśli na przykład jedna strona (UE) uznaje dumping – czyli sprzedaż produktów poniżej kosztów dzięki dotowaniu eksporterów przez państwo – za nielegalny, to ma prawo wymagać tego samego od drugiej strony. Inaczej nie mamy do czynienia z wolnym handlem, tylko z grą na nierównym boisku. Taka gra daje oczywiste korzyści europejskim konsumentom, którzy mogą kupować tanio towary dotowane przez zagranicznego podatnika, ale uderza w europejskie firmy, które uczestniczą w tej nierównej konkurencji.
Podobny argument można przeprowadzić w związku z regulacjami klimatycznymi. Europejscy producenci objęci systemem ETS nie powinni bezpośrednio konkurować z producentami z gospodarek, w których taki system nie obowiązuje – bo nie ma to nic wspólnego z wolną konkurencją.
Jeśli podzielacie państwo moją ocenę, że walka ze skutkami zmian klimatycznych jest słuszna i ważna, to mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek stosować te same regulacje wobec wszystkich producentów, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz UE. Jeśli zagraniczny eksporter nie ponosi obowiązkowych opłat w systemie ETS, to takie opłaty należy pobrać na granicy – jako korekta ceny produktu.
Taką rolę ma spełniać europejski CBAM (carbon border adjustment tax), który faktycznie jest cłem, choć nazywa się inaczej. Proszę jednak zwrócić uwagę, jak bardzo trudne jest implementowanie tej idei w praktyce. Wymaga szczegółowych wyliczeń na poziomie nie tylko każdego eksportera, ale każdego pojedynczego produktu. Oraz jak bardzo daleko jest to od dywanowych ceł stosowanych przez administrację USA – nakładanych na wszystko jak leci na podstawie wyliczeń spod dużego palca.
Problem 2 – uzależnienie
W ostatnich sześciu latach przekonaliśmy się, jak krucha potrafi być globalna architektura dostaw zbudowana na logice optymalizacji kosztów. Offshoring działa świetnie, dopóki świat jest stabilny: towary są tanie i płyną do Europy w rytmie kontenerowców z Szanghaju. Ale gdy tylko pojawia się szok – pandemia, blokada portów, blokada cieśnin, wojna czy kryzys energetyczny – okazuje się, że nie mamy skąd importować produktów pierwszej potrzeby, a uzależnienie od jednego dostawcy przestaje być efektywne, a zaczyna być zwyczajnie ryzykowne.
Maseczki, respiratory, odzież ochronna, substancje czynne, półprzewodniki, baterie, auta, rowery – to tylko początek długiej listy towarów, których w pewnym momencie boleśnie zabrakło.
Po tamtych doświadczeniach wszyscy – ekonomiści, politycy, komentatorzy – zapowiadali wielką przebudowę globalizacji: "nearshoring", "friendshoring", skracanie łańcuchów dostaw.
I o ile udało nam się w imponującym tempie uniezależnić od ropy z Rosji po jej haniebnej napaści na Ukrainę, co było sukcesem politycznym i logistycznym, o tyle w relacji z Chinami nie zaszła prawie żadna strukturalna zmiana. Europejskie firmy nadal kupują tam, gdzie jest najtaniej, a Unia Europejska jest dziś bardziej uzależniona od chińskiego eksportu niż przed pandemią.
W tym kontekście można oczywiście wyobrazić sobie bardzo ograniczoną, precyzyjną rolę ceł: nie jako narzędzia do walki z deficytem, lecz jako instrumentu zabezpieczającego dostawy towarów krytycznych. Ale tu nie ma złotego środka, a ja na pewno nie jestem w stanie zaproponować uniwersalnej recepty.
Problem 3 – nie nasze wartości
Jest jeszcze jeden temat, o którym w debacie publicznej prawie w ogóle nie rozmawiamy – a szkoda, bo dla mnie, choć może jestem staromodny, jest on wciąż ważny. Chodzi o wartości. Na ile bliskim partnerem można być z kimś, kto wyznaje zupełnie inne wartości od naszych? W całej dyskusji o deficytach, cłach i łańcuchach dostaw jakoś zawsze umyka nam pytanie, czy w ogóle powinniśmy tak głęboko wiązać się gospodarczo z krajem, który nie podziela zasad fundamentalnych dla każdego Europejczyka?
Chiny nie są państwem, któremu bliskie są europejskie wartości. To wciąż dyktatura – może nie tak brutalna jak Rosja czy Iran, ale nadal pełna więźniów sumienia, z wymiarem sprawiedliwości podporządkowanym partii, bez wolności słowa, bez wolności zgromadzeń, bez domniemania niewinności i bez przestrzegania praw człowieka.
To państwo, które – podobnie jak Rosja i Iran – arbitralnie więzi cudzoziemców, aby wykorzystywać ich do nacisku w polityce zagranicznej. W ostatnich latach dotyczyło to również obywateli Unii Europejskiej, przetrzymywanych miesiącami bez procesu, bez dostępu do adwokata, nawet bez zarzutów, w ramach tzw. zatrzymań o charakterze dyplomatycznym, o których pisały m.in. organizacje monitorujące prawa człowieka i którymi wreszcie zainteresował się Parlament Europejski.
Kiedyś to pytanie było w centrum debaty publicznej, ale ustąpiło pod naporem korzyści gospodarczych. Może dziś warto zadać je ponownie: czy taki model partnerstwa jest dla nas długoterminowo bezpieczny? Czy jest dla nas moralnie i politycznie akceptowalny? To problem szerszy niż deficyty i cła i dużo szerszy niż rachunek ekonomiczny.
Tytuł i lead pochodzą od redakcji.