Polska bez migrantów? Takie byłyby koszty. Liczby mówią same za siebie [ANALIZA]
Imigracja nie ma dziś na świecie dobrej prasy. Od USA, przez Wielką Brytanię i UE po Japonię, rządy zaostrzają politykę imigracyjną, przy dużej aprobacie wyborców. To ryzykowna strategia. Większości rozwiniętych gospodarek napływ cudzoziemców przynosi duże korzyści i to nawet wtedy, gdy nie jest w pełni kontrolowany.
Według ostatnich danych Departamentu Spraw Gospodarczych i Społecznych ONZ, w 2024 r. liczba migrantów na świecie - tzn. ludzi, którzy żyją poza krajem urodzenia - przekraczała 304 mln. Od początku stulecia zwiększyła się o 74 proc., dwa razy bardziej niż całkowita ludność globu. W rezultacie udział migrantów w populacji zwiększył się z 2,83 proc. w 2000 r. do 3,73 proc. dwa lata temu.
W wielu krajach, przede wszystkim zamożnych, udział migrantów w populacji jest jednak zdecydowanie większy i na ogół szybciej rośnie. Przykładowo, w Wielkiej Brytanii osoby urodzone za granicą stanowiły w 2024 r. 17,1 proc. ludności, w porównaniu do 8,1 proc. na przełomie stuleci. W Hiszpanii ten udział podskoczył z 5 proc. do 18,2 proc. W Szwajcarii zbliżył się do 31 proc., choć już w 2000 r. był bardzo wysoki – przekraczał 20 proc.
Do grona państw, które stały się atrakcyjnymi celami imigracji, dołączyła niedawno również Polska. W świetle danych ONZ osoby urodzone za granicą w 2024 r. stanowiły już niemal 5 proc. populacji kraju w porównaniu do niespełna 2 proc. jeszcze kilka lat temu. Wcześniej, przed aneksją Krymu przez Rosję w 2014 r., udział ten był nawet w trendzie spadkowym. Było to pokłosiem wymierania osób, które urodziły się na ziemiach należących do Polski przed II wojną światową.
Chaos i kryzys gospodarczy. Jak bogactwo zniszczyło Wenezuelę
Autorzy opublikowanego w maju raportu "Migracja w Polsce. Fakty, wpływ, kierunki działania" podkreślają przy tym, że statystyki dotyczące imigrantów nad Wisłą są niejednoznaczne. Według nich bardziej realistyczne jest założenie, że w Polsce przebywa 2,5 mln cudzoziemców, a nie 1,7 mln, jak wskazuje ONZ (przy czym obie te liczby uwzględniają kilkaset tysięcy urodzonych za granicą Polaków). To stanowiłoby nawet 7 proc. populacji kraju. Udział imigrantów wśród osób pracujących jest zaś prawdopodobnie jeszcze większy. Szacunki Pawła Strzeleckiego, Jakuba Growca i Roberta Wyszyńskiego z NBP sugerują, że uwzględniając szarą strefę, już niemal co dziesiąta osoba pracująca nad Wisłą jest cudzoziemcem.
Strach przed imigracją. Co za nim stoi?
Seria kryzysów z ostatnich lat, które spowolniły wzrost gospodarczy w krajach przyciągających imigrantów, zwiększyła napięcia społeczne, do których dochodzi na tym tle. To zaś przełożyło się na wzrost poparcia dla polityków, którzy zapowiadają ukrócenie imigracji. Takie nastroje przyczyniły się do wygranej w referendum z 2016 r. zwolenników wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE, do drugiego zwycięstwa Donalda Trumpa w USA oraz sukcesów wyborczych ksenofobicznych ugrupowań w wielu krajach UE.
Przykładowo, w najnowszym sondażu YouGov aż 29 proc. ankietowanych Niemców wyraziło gotowość do głosowania na Alternatywę dla Niemiec (AfD), która postuluje radykalne ograniczenie imigracji, m.in. przez przywrócenie kontroli na granicach kraju. AfD jeszcze nigdy nie cieszyła się takim poparciem i nie miała tak dużej przewagi nad blokiem CDU/CSU (8 pkt proc.), który jest filarem rządzącej nad Renem koalicji.
Zmiana stosunku do imigracji wyraźnie wpływa na unijną politykę. W środę Parlament Europejski przyjął budzące sporo kontrowersji przepisy, które mają ułatwić krajom członkowskim odsyłanie obywateli państw trzecich bez prawa pobytu w UE. Tacy imigranci będą mogli zostać skierowani do specjalnych centrów deportacyjnych zlokalizowanych poza UE (w krajach przestrzegających praw człowieka).
Innym przejawem nasilania się antyimigranckich nastrojów w Europie były wyniki referendum w sprawie zatrzymania wzrostu populacji we wspomnianej Szwajcarii, które odbyło się tam w drugi weekend czerwca. Postulat Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP), najważniejszej siły politycznej we władzach federalnych, aby ograniczyć ludność kraju do 10 mln osób, został odrzucony przez 54,8 proc. głosujących, przy frekwencji bliskiej 59 proc.
Ale poparcie na poziomie 45,2 proc. i tak było zadziwiająco duże, biorąc pod uwagę to, jak kosztowna mogłaby się okazać realizacja tego pomysłu.
"Imigracja wymaga niekiedy hamulców, ale ten postulat byłby jak uderzenie w ścianę" – pisał w przededniu głosowania "The Economist". Brytyjski tygodnik zauważył, że sposób, w jaki SVP chciała zatamować imigrację, wymagałby od Szwajcarii zerwania porozumień z Unią Europejską dotyczących swobody przepływu osób, w tym wystąpienia ze strefy Schengen. Choć Szwajcaria nie jest członkiem UE, tak radykalna zmiana wzajemnych stosunków byłaby dla niej równie dużym wstrząsem co brexit dla Wielkiej Brytanii.
Co umyka przeciwnikom imigracji
Szwajcaria nawet wśród zamożnych państw wyróżnia się bardzo dużym udziałem cudzoziemców w populacji, ale debata na temat bilansu skutków imigracji, która poprzedzała tamtejsze referendum, miała dość typowy przebieg. Ilustrowała, że negatywne skutki uboczne imigracji są często wyolbrzymiane, a jej pozytywne efekty - niedoceniane.
Prognozy Federalnego Urzędu Statystycznego Szwajcarii wskazują, że ludność Szwajcarii próg 10 mln osób przekroczy za około 15 lat. Obecnie wynosi 9,1 mln osób.
Ten wzrost będzie wyłącznie skutkiem napływu cudzoziemców, ponieważ współczynnik dzietności w alpejskiej federacji wynosi zaledwie 1,3 (tzn. tyle dzieci urodzi w okresie rozrodczym przeciętna mieszkanka kraju, jeśli będą się utrzymywały aktualne wzorce). Inicjatorzy referendum przekonywali, że taki wzrost populacji będzie nadmiernie obciążał środowisko naturalne i pogarszał jakość życia w Szwajcarii w innych wymiarach, np. zmniejszając dostępność mieszkań oraz opieki zdrowotnej.
Krytycy pomysłu SPV wskazywali, że bez imigrantów szwajcarski system opieki zdrowotnej nie mógłby funkcjonować już dziś, a nowych nieruchomości nie miałby kto budować. Cudzoziemcy, wbrew przeciwnikom imigracji, nie są bowiem tylko źródłem popytu na rozmaite towary i usługi, o które w jakimś stopniu konkurują z lokalną ludnością, ale są także źródłem ich podaży.
W Szwajcarii jest to szczególnie widoczne. Filarem tamtejszej gospodarki są bowiem sektory, które wysoką innowacyjność i produktywność zawdzięczają zdolności do przyciągania wysoko wykwalifikowanych specjalistów zza granicy, głównie z UE. Niewykwalifikowani uchodźcy, którzy szukają tam schronienia i opieki, a nie pracy, stanowią zdecydowaną mniejszość imigrantów.
Analitycy think-tanku Demografik w maju szacowali, że zatrzymanie wzrostu populacji Szwajcarii na poziomie 10 mln osób zwiększyłoby odczuwalny już dziś deficyt pracowników w wielu kluczowych dla gospodarki sektorach.
Znacznie szybciej niż w scenariuszu bez ograniczeń imigracji zwiększałby się też udział w populacji osób w wieku poprodukcyjnym, w tym seniorów wymagających opieki. To wymuszałoby zmianę wykorzystania pracy kurczącej się puli osób w wieku produkcyjnym. W rezultacie na koniec stulecia realny PKB Szwajcarii byłby o mniej więcej 12 proc. mniejszy niż w najbardziej prawdopodobnym dziś scenariuszu.
Z polskiej perspektywy ten efekt - rozłożony na 60 lat, bo napływ imigrantów zostałby zatrzymany po 2040 r. - może wydawać się niewielki. Byłby to bowiem ekwiwalent spowolnienia rocznego tempa wzrostu w tym okresie o zaledwie 0,2 pkt proc. - np. z 3,5 do 3,3 proc. Ale w kraju, którego PKB rośnie w tempie około 1,4 proc. rocznie, oznaczałoby to znaczące spowolnienie.
Polska jest wśród beneficjentów imigracji
Choć tak radykalnego pomysłu na ograniczenie imigracji, jak ten odrzucony w Szwajcarii, nikt obecnie nie rozważa, narastająca na świecie niechęć do tego zjawiska skłoniła analityków z Oxford Economics do zbadania, jakie efekty gospodarcze miałoby całkowite zatrzymanie transgranicznych przepływów ludności. Wnioski są jednoznaczne: dla większości państw skutki wstrzymania migracji byłyby negatywne. W skali globu PKB na mieszkańca w 2060 r. byłby o 5 proc. niższy niż w bazowym scenariuszu Oxford Economics.
- W tym kontrfaktycznym scenariuszu w większości krajów przyjmujących imigrantów produkcja per capita byłaby niższa (niż w scenariuszu podstawowym), ponieważ utracony byłby związany z imigracją wzrost produktywności, który jest efektem transferu wiedzy i poprawy alokacji zasobów na rynku pracy (chodzi o to, że imigranci zapełniają najmniej atrakcyjne miejsca pracy, umożliwiając autochtonom przesunięcie się do zajęć z wyższą produktywnością - red.) - tłumaczą Marco Santaniello i Benjamin Trevis, autorzy analizy.
Ekonomiści dodają, że wielkość tych strat zależałaby od struktury imigrantów: byłyby tym większe, im większy jest udział osób w wieku produkcyjnym wśród ogółu przyjezdnych. W przypadku Hiszpanii i Włoch, gdzie ponad 90 proc. imigrantów jest w wieku produkcyjnym, PKB na mieszkańca w scenariuszu bez imigracji byłby w 2060 r. o - odpowiednio - 12 i 9 proc. niż w scenariuszu podstawowym.
W tych krajach napływ pracowników z zewnątrz najbardziej osłabia negatywne skutki starzenia się lokalnej ludności. W Wielkiej Brytanii i Niemczech strata PKB per capita byłaby bliższa 5 proc., a w USA - gdzie struktura wieku imigrantów jest bardziej zróżnicowana - sięgałaby 1 proc.
Wyjątkami wśród zamożnych państw są Kanada i Australia, gdzie w tym alternatywnym scenariuszu PKB na mieszkańca byłby nawet wyższy niż w podstawowym o - odpowiednio - niemal 4 i 1 proc. W tych krajach spadek populacji związany z wstrzymaniem imigracji byłby bowiem większy niż spadek liczby osób w wieku produkcyjnym (co automatycznie podbijałoby PKB per capita). Ale i tam te pozytywne efekty ujawniłyby się dopiero z czasem. W pierwszej chwili mniejszy napływ ludności z zewnątrz oznaczałby bowiem spadek popytu.
Na zahamowaniu odpływu ludności skorzystałyby też kraje emigracyjne, w których poprawiłby się wskaźnik obciążenia demograficznego - stosunek liczby osób w wieku produkcyjnym do liczby osób w wieku przed- i poprodukcyjnym. Ale niedoszli emigranci w swoich ojczyznach, o ile w ogóle znaleźliby pracę, nie byliby równie produktywni co w bardziej rozwiniętych gospodarkach. Wzrost produkcji w tych krajach z tytułu wyższej liczby osób w wieku produkcyjnym byłby mniejszy niż w krajach imigracyjnych.
Ekonomiści z brytyjskiej firmy analitycznej nie wyszczególnili wpływu zatrzymania migracji na polską gospodarkę, ale z pewnością byłby on negatywny. Polska, tak jak Hiszpania i Włochy, przyciąga głównie migrantów zarobkowych, co poprawia wskaźnik obciążenia demograficznego.
Tak cudzoziemcy wspierają polski budżet
"Polska szybko się starzeje, a liczba osób mogących pracować spada. Liczba Polek i Polaków opłacających składki w ZUS maleje trzeci rok z rzędu. Lukę tę wypełniają cudzoziemcy – przeciętnie młodzi, pracujący w sektorach o chronicznych niedoborach pracowników (np. usługi, logistyka, budownictwo, HORECA, przetwórstwo, ICT)" – czytamy w przywołanym już raporcie "Migracja w Polsce", napisanym przez ekspertów firmy konsultingowej Deloitte, Instytutu Spraw Publicznych oraz Ipsos.
Autorzy podkreślają, że "odmładzanie rynku pracy stabilizuje lokalne gospodarki i finanse samorządów (dochody z PIT/CIT), a pozostająca w Polsce coraz większa część dochodów migrantów napędza sprzedaż polskich firm".
Dodają też, że choć migracja nie zastąpi reform ani inwestycji, które mogą zwiększyć aktywność zawodową osób w wieku powyżej 55 lat, może łagodzić napięcia w systemie emerytalnym i ochronie zdrowia. Ze względu na to, że imigranci są średnio rzecz biorąc młodsi niż Polacy i częściej pracują (nawet porównując te same grupy wieku), wpłacają do systemu ubezpieczeń społecznych i budżetu państwa więcej niż z nich czerpią. "Udział cudzoziemców w wydatkach publicznych jest o 1/3 mniejszy niż w populacji" – zauważają autorzy raportu.
Symulacje ekonomistów z Deloitte zawarte w tej publikacji wskazują, że dzięki już obecnym w Polsce cudzoziemcom PKB kraju zwiększy się w dłuższym okresie o dodatkowe 5,1 do 10,7 proc.
Przy czym druga z tych liczb lepiej wpisuje się w doświadczenia innych państw imigracyjnych. Opiera się na założeniu, że napływ ludności z zewnątrz pozytywnie wpływa na produktywność, dzięki czemu zwiększa zatrudnienie oraz płace również lokalnych pracowników. Inaczej mówiąc, imigranci nie tylko nie wypierają Polaków z rynku pracy, ale - przyczyniając się do wzrostu aktywności w gospodarce - stymulują popyt na pracowników.
Te wyliczenia są też spójne z wynikami badań ekonomistów z NBP. Według Pawła Strzeleckiego i jego współautorów w okresie od początku 2013 r. do końca 2020 r. imigracja dodawała do rocznego tempa wzrostu PKB Polski, które wynosiło 3,8 proc., około 0,6 pkt proc. W kolejnych trzech latach, gdy średni wzrost PKB był niższy (2,6 proc.), ten wkład wynosił 0,4 pkt proc. Łącznie w całym analizowanym okresie aktywność ekonomiczna w Polsce, mierzona realnym PKB, zwiększyła się o blisko 46 proc.
Bez imigracji wzrosłaby o niewiele ponad 38 proc.
Co istotne, zarówno te szacunki, jak i te autorstwa Oxford Economics, przyjmują strukturę imigracji za daną. To oznacza, że większość państw odnosi korzyści z napływu cudzoziemców, nawet jeśli jakąś część z nich stanowią imigranci nielegalni bądź uchodźcy - czyli te grupy, które są głównym źródłem obaw lokalnej ludności.
Imigracja selektywna, tzn. ograniczona do pracowników, których brakuje na lokalnych rynkach, miałaby zapewne jeszcze bardziej pozytywne skutki. Tyle że, jak pokazują ostatnie doświadczenia USA i Wielkiej Brytanii, próby ograniczenia imigracji niepożądanej często godzą też w imigrację pożądaną. Dlatego zaostrzanie polityki migracyjnej pod wpływem nastrojów społecznych jest ryzykowne.