Polski kolos na kilka dni wstrzymał zamówienia. Oto kulisy decyzji
Branża chemiczna, na czele z Grupą Azoty, jest jedną ze strategicznych gałęzi gospodarki, arcyważną z perspektywy obronności. Tymczasem kolejne napięcia geopolityczne stawiają producentów pod presją rosnących kosztów. - Kiedyś podpisywałem kontrakty na cały rok. Teraz przewidywanie kosztów to horror - ocenia Rafał Zahorski z Zespołu Portów Szczecin-Świnoujście.
Eskalacja napięć geopolitycznych ciągnie za sobą wzrost zagrożeń dla ciągłości zarówno globalnych, jak i regionalnych łańcuchów dostaw. Dotyczy to także gałęzi gospodarki, które można uznać za strategiczne dla państwa. Jest nią z pewnością przemysł chemiczny, na którego przykładzie można zobaczyć, jak wojna na Bliskim Wschodzie wpływa nie tylko na portfele, ale i bezpieczeństwo "statystycznego" Polaka.
Przypomnijmy sekwencję zdarzeń: USA i Izrael atakują Iran, Teheran w odwecie atakuje m.in. instalacje gazowe Kataru, przez co ceny tego surowca w Europie wystrzeliły. Surowca, zaznaczmy, który jest kluczowy np. dla przemysłu chemicznego, czyli m.in. dla Grupy Azoty, produkującej nawozy.
Polski kolos na początku marca na kilka dni wstrzymał przyjmowanie nowych zamówień, co stało się bezpośrednim zagrożeniem dla rolników i produkcji żywności, jak alarmowało Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Szef MRiRW interweniował w tej sprawie u ministra aktywów państwowych.
Produkuje w Polsce. Ogrywa chińskie podróbki
- Chcieliśmy wytrzymać ten pewien okres paniki, żeby zobaczyć, czy sytuacja się ustabilizuje, żeby nie nakładać zbędnych kosztów później na nasze produkty, podwyższając ceny - wyjaśniał później Marcin Celejewski, prezes Grupy Azoty.
Wpływ wojny na Bliskim Wschodzie na Grupę Azoty nie zniknął. Mało tego, pogłębił problemy, z jakimi należące do GA Zakłady Chemiczne "Police" borykają się od wybuchu wojny w Ukrainie.
Porażające cyfry
Temat zagrożeń i odporności łańcuchów dostaw był jednym z najważniejszych podczas XIV Forum Transportu Intermodalnego "Fracht". Adam Mrozicki, dyrektor departamentu logistyki zakładów w Policach, mówił, że przed rosyjską agresją na Ukrainę firma zaopatrywała się w sól potasową u firm z Białorusi i Rosji. Transport z wykorzystaniem statków płaskodennych trwał ok. 12 dni. Restrykcje zamknęły jednak ten kierunek.
Jedynym alternatywnym dostawcą soli potasowej była Kanada, a konkretnie firma Nutrien, która została też głównym źródłem materiału dla zakładów chemicznych nad Odrą. Tyle że dostawy drastycznie się wydłużyły.
- Trwają od 4 do 8 tygodni, w zależności od warunków zimowych mogą się wydłużyć - mówił Mrozicki.
Jak mówił, w pierwszym okresie od wprowadzenia sankcji sól przeładowywana była w portach ARA (Amsterdam, Rotterdam i Antwerpia), skąd logistyka była ustawiana nad Odrę, gdzie znajdują się zakłady chemiczne.
- Zajęło nam to sześć miesięcy, żeby dostosować własny port do rozładunków statków typu handysize i 35-tysięczniki przeładowywać bezpośrednio w Policach - wskazał Mrozicki, dodając, że po tej optymalizacji średnio na jednym statku, czyli jednej dostawie, firma oszczędza ok. milion złotych.
To są cyfry, które porażają. Teraz pomnóżmy wartość surowca na statku, który płynie osiem tygodni, zamrożone środki i ilość zapasów, jakie musimy mieć zgromadzone, żeby tą dostawę następną doczekać
Dyrektor logistyki "Polic" mówił dalej, że jeden konflikt na wschodniej granicy zredefiniował cały łańcuch dostaw, a takich zakład ma kilkadziesiąt. I na to wszystko nałożyła się blokada cieśniny Ormuz, powodująca nagły wzrost cen gazu w Europie. Nagły i drastyczny, bo w ciągu kilku dni surowiec podrożał nawet o 50 proc.
Panika wśród rolników
- 60 proc. kosztów produkcji nawozu to jest gaz. To powoduje, że rolnicy, którzy kupują ten towar, do tej pory spokojnie czekający na sezon, widząc, jak szaleją ceny gazu, multiplikują zamówienia - mówił Mrozicki podczas forum "Fracht".
Z dnia na dzień Grupa Azoty musi ładować nie 100 samochodów na dobę, tylko 500. Takie jest oddziaływanie jednej aberracji na światowym rynku na prostą logistykę jednego zakładu
Tymczasem jest jeszcze kwestia tego, aby klienci nadal chcieli kupować u polskich firm chemicznych. Zwłaszcza jeśli ceny wzrosną, a za wschodnią granicą oferowane będą dużo tańsze produkty stworzone na bazie tańszego gazu.
W lipcu 2025 r. Unia Europejska wprowadziła cła karne na białoruskie produkty, aby wyrównać szanse na rynku. W grudniu 2025 r. USA zniosły natomiast sankcje na nawozy z Białorusi, pokazując, że odwilż na linii Zachód-Mińsk jest możliwa (przynajmniej z perspektywy Białego Domu).
Problemów polskiemu przemysłowi chemicznemu niekoniecznie muszą przysparzać Białorusini czy Rosjanie, w których interesie leży osłabienie lokalnych producentów m.in. materiałów wybuchowych, ale np. Turcy, a zatem sojusznicy Polski w NATO, którzy mają dostęp do rosyjskiego gazu.
Lepiej z Turcji niż Inowrocławia
O trudnej konkurencji o klientów, która wynika z rosnących kosztów produkcji, na forum mówiła także m.in. Małgorzata Musińska-Kubis, która kupuje usługi transportowo-logistyczne dla całej Grupy Qemetica (dawny Ciech).
Przewodniczącym rady nadzorczej tego drugiego pod względem wielkości w Europie producenta sody kalcynowanej i oczyszczonej jest Sebastian Kulczyk. Wspomniane produkty są potrzebne m.in. hutom szkła.
- Wyobraźcie sobie państwo, że od 2022 r. moce produkcyjne przemysłu chemicznego w Europie spadły o 10 proc., w tym połowę z tego w 2025 r. - mówiła Musińska-Kubis. - Dzieje się tak dlatego, że koszty produkcji obecnie w Europie są tak wysokie. I to powoduje, że nasz produkt nie jest już konkurencyjny - wyjaśniła.
Jej zdaniem "przemysł chemiczny nie ma się dobrze". Podała przykład huty szkła z centrum Polski, która zamiast kupować sodę w Inowrocławiu (woj. kujawsko-pomorskie), zakupy robi w Turcji, bo jest tam taniej.
Grupa Qemetica produkuje sodę kalcynowaną. To jest taki biały proszek, który używany jest głównie przez huty szkła do produkcji szkła m.in. dla automotive. Na składach jeździło to z naszej fabryki w Inowrocławiu 150-200 kilometrów do jednej huty w centrum Polski. A teraz bardziej opłaca jej się przywieźć sodę z Turcji - statkiem do Gdańska, wynająć lub zbudować magazyn, rozładować i dowieźć do huty
"Przewidywanie kosztów to horror"
Co w dobie zrywanych łańcuchów dostaw, gdy jeden kryzys się nie kończy, a drugi już go pogłębia, powinna zrobić Europa?
- Zaczynamy dochodzić do takiego konsensusu, że lepiej jednak jest produkować w Europie. Produkować drożej, ale mieć tego wróbla w garści niż gołębia na dachu. Myślę, że to jest dobra informacja - stwierdził Rafał Zahorski, pełnomocnik zarządu ds. Rozwoju Zespołu Portów Szczecin-Świnoujście.
Przedstawił optymistyczną wizję, która zakłada, że liczba kontenerów na Bałtyku będzie spadała w najbliższych latach, a więcej będzie ładunków promowych, czyli nastąpi zdecydowane skrócenie łańcuchów dostaw.
- To, co się w tej chwili dzieje, jest straszne. Kiedy zaczynałem karierę w gospodarce morskiej, podpisywałem kontrakty na stawki frachtowe na cały rok. Teraz przewidywanie kosztów to jest horror. Uważam, że lepiej mieć te koszty bliżej siebie, pod kontrolą, nawet jeśli są wysokie, niż bazować na czymś takim, że jest tanie, bo nagle się okazuje, że nic nie ma. Tak się dzisiaj w logistyce dzieje, że ważne jest tylko to, co mamy dzisiaj w magazynie - stwierdził Zahorski.
Dodał na koniec, wbrew słowom obecnego rządu oraz opozycji, że "nie ma czegoś takiego jak narodowość kapitału". - Polskie firmy rozwijają się w Niemczech, a niemieckie u nas. Ta współpraca transgraniczna jest bardzo ważna - podkreślił.
- Mam nadzieję, że jak przyjdzie nowy rząd w Polsce za rok, to nie zacznie się ta fantazja na temat narodowości kapitału, bo to naprawdę nie jest budowanie mostów. My powinniśmy naprawdę uczyć się wzajemnie od siebie, bo każda z narodowości, czy w różnych gałęziach przemysłu czy biznesu, naprawdę ma swoje dobre i złe strony. Uczmy się tych najlepszych zwyczajów biznesowych i nie patrzmy na narodowość, bo to jest jedna z najgłupszych rzeczy - ocenił przedstawiciel portu Szczecin-Świnoujście.
Jacek Losik, dziennikarz money.pl