Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
"Nie zgadzam się na to, by w Polsce pozostali Ukraińcy, których jest 1,7 mln. Przyjechali tu tylko w gości i muszą natychmiast wrócić na Ukrainę. Dlaczego? Dlatego, że już dzisiaj widać, że Polacy odsyłani są na śmieciówki, Polacy tracą pracę, Polacy mają coraz gorzej i są dyskryminowani przez wiele firm" – stwierdził prawicowy polityk.
Twarde liczby nie pasują do narracji
Mamy tu do czynienia z trzema stwierdzeniami, które są albo nieprawdziwe, albo niedowodliwe. Zacznijmy od śmieciówek. Z niedawnego opracowania CBOS wynika, że w 2026 r. na umowach cywilnoprawnych pracowało 6 proc. respondentów (zaznaczmy, że nie wszystkie te formy zatrudnienia są śmieciówkami). W 2023 r. z kolei 7 proc. badanych wykonywało pracę w ten sposób. W 2021 – 4 proc., ale w 2014 było to znów 6 proc. Zgodnie z danymi instytucji od ponad dekady odsetek osób pracujących na umowach cywilnoprawnych fluktuuje od 4 do 7 proc.
Precyzyjniejszymi informacjami dysponuje Polski Instytut Ekonomiczny, który, powołując się na opracowania Głównego Urzędu Statystycznego, wskazuje, że rzeczywiście – liczba osób pracujących na umowach zlecenia rośnie przynajmniej do roku 2023 (do śmieciówek możemy zaliczyć umowy o dzieło, umowy zlecenia, o ile są stosowane, aby obejść przepisy kodeksu pracy oraz umowy o pracę na czas określony). W grudniu 2025 r. osób wykonujących pracę jedynie w oparciu o "zlecenia" było 1,5 mln. Dwa lata wcześniej było ich 100 tys. mniej.
Czy więc Kowalski tu ma rację? Hola, hola. Po pierwsze nie mamy danych wcześniejszych. A te pozwoliłyby nam przynajmniej na korelacyjne zestawienie liczby osób na umowach zlecenia i migrantów. W Polsce z bardzo wyraźnym przyrostem liczby migrantów mamy do czynienia mniej więcej od roku 2014.
WIDEOZełenski "w najlepszej pozycji politycznej od lat". Ma wzrost o 8 pkt. proc.
Po drugie, nawet jeżeli byśmy mieli do czynienia z wieloletnim trendem przyrostu osób pracujących na śmieciówkach (przyjmijmy, że większość osób na zleceniach to rzeczywiście pracownicy "uśmieciowieni"), to nie możemy być pewni, że to właśnie migranci spowodowali tę zmianę. Przecież przed masową migracją również mieliśmy w Polsce problem ze śmieciowym zatrudnieniem. Sam byłem zatrudniony na umowach o dzieło zamiast należnego etatu przez kilka lat od 2011 r. Bynajmniej nie mieliśmy wtedy wielu Ukraińców w Polsce. W dziennikarstwie zwłaszcza.
Możliwe jest na przykład, że rozrosły się branże (np. horeca), które "zwyczajowo" zatrudniają pozakodeksowo. Lub że wzrost liczby osób na zleceniach wynika z faktu częstszej pracy emerytów. Tego po prostu nie wiemy. Mówienie, że jest to wynik głównie lub tylko oddziaływania zmiennej pod nazwą "cudzoziemcy", jest manipulacją. Oczywiście zakładamy tu, że Janusz Kowalski w ogóle zapoznał się z jakimikolwiek danymi. A jest to interpretacja niezwykle przychylna prawicowemu politykowi.
Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz. Otóż jeśli w grudniu 2025 r. mieliśmy do czynienia z 1,5 mln osób zatrudnionych jedynie na podstawie umowy zlecenie, w grudniu 2023 było to około 1,4 mln osób, a zgodnie z szacunkami PIE około 30 proc. spośród nich to migranci, to liczba Polaków zatrudnionych na śmieciówkach wzrosła o 52 tys. Dla kontekstu – w sumie w naszym kraju pracuje ok. 17 mln osób.
Na koniec tego wątku – nawet jeżeli 50 tys. wzrostu liczby Polaków pracujących na umowach-zleceniach przypisalibyśmy tylko czynnikowi migracyjnemu, to w zasadzie nie wynika z tego, że musimy pozbywać się migrantów. Jest jeszcze możliwość karania pracodawców, którzy nielegalnie wymuszają uśmieciowienie.
Idźmy dalej. Janusz Kowalski stwierdza, że "Polacy tracą pracę". Ten refren wraca kilkukrotnie w wypowiedzi polityka. To po prostu nieprawda. W Polsce według wiarygodnych danych Eurostatu bezrobocie sięga 3,1 proc. Jest to trzeci najlepszy wynik w Unii Europejskiej i jeden z najlepszych na świecie. Bezrobocie trzyma się w okolicach tego poziomu (z wahaniami rzędu dziesiątych części punktu procentowego) od 2021 r. Wcześniej natomiast było wyższe. Wraz więc ze wzrostem liczby migrantów spada bezrobocie. Oczywiście to tylko korelacja, przyczynowość jest gdzieś indziej, o czym za chwilę.
"Polacy są dyskryminowani przez wiele firm" – tak mówi Janusz Kowalski. Tymczasem już z tego, co zostało napisane na temat śmieciówek wynika, że to nie Polacy, a obcokrajowcy są dyskryminowani.
Zróbmy prostą matematykę. Jeżeli spośród 1,5 mln osób pracujących na zleceniach 30 proc. stanowią migranci, to znaczy, że w tej formie pracuje 450 tys. z nich (tu zakładamy dla uproszczenia, że wszyscy na umowach zlecenia są uśmieciowieni; do tego dochodzą również osoby zatrudnione na czarno). Jeżeli – zgodnie z danymi ZUS – w Polsce pracuje w sumie 1,3 mln migrantów, to oznacza, że w uśmieciowionych warunkach wykonuje pracę 34 proc. cudzoziemców. A jak jest z Polakami? Jeśli w sumie pracuje nas około 16 mln osób, to uśmieciowienie dotyczy 6 proc. Te obliczenia pokrywają się zresztą z danymi CBOS. Ryzyko "pracy na śmieciówce" jest niemal sześciokrotnie wyższe dla obcokrajowców niż dla Polaków.
Uśmieciowienie pracy
To nie wszystko. W 2023 r. Polski Instytut Ekonomiczny przeprowadził badanie, które jest klasyczną analizą dyskryminacji na rynku pracy. Jest to metoda "na fałszywe CV". O co w niej chodzi? Badacze rozsyłają do dużej grupy przedsiębiorstw stworzone specjalnie na tę okazję CV nieistniejących osób o bardzo zbliżonych charakterystykach (wiek, doświadczenie zawodowe, wykształcenie) różniących się tylko jedną cechą – płcią, rasą, narodowością czy inną - zależy, czego dotyczy badanie. Z dyskryminacją mamy do czynienia wtedy, kiedy stosunek liczby odpowiedzi na złożoną ofertę pracy zauważalnie różni się między nieistniejącymi osobami. Okazuje się, że w przypadku prac prostych o 29 proc. niższy był odsetek odpowiedzi na aplikację "kandydatki" z Ukrainy. Znów więc z dyskryminacją mamy do czynienia po stronie cudzoziemców. Migranci też znacznie częściej niż miejscowi pracują poniżej swoich kwalifikacji.
Żadna z tych rzeczy nie powinna być zaskoczeniem dla nikogo, kto ma choć odrobinę trzeźwego spojrzenia. Jeśli jednak jest się poważnie ideologicznie zaczadzonym, to można dojść do innych wniosków.
Wróćmy jeszcze na chwilę do kwestii bezrobocia. A konkretniej rzecz ujmując, do tego, czy migranci wypychają Polaków z rynku. I tu nie ma dowodów na poparcie takiej tezy. Bardzo zmyślną analizę w tym kontekście przeprowadził w 2023 r. Klub Jagielloński.
"Badanie wpływu imigracji na zatrudnienie wśród rodzimych pracowników jest trudnym zadaniem z co najmniej dwóch powodów. Imigranci przebywają przede wszystkim w miejscach charakteryzujących się dynamicznym rozwojem gospodarczym, niskim bezrobociem i dobrymi perspektywami zarobkowymi. Jednocześnie ich obecność wpływa na poziom bezrobocia i rozwój gospodarczy. Stąd też obserwacja korelacji między imigracją a zmianą poziomu bezrobocia w czasie niewiele nam mówi" – zwraca uwagę Jakub Terlikowski, autor analizy. Dokonał on jednak pomysłowego fortelu porównując ze sobą bezrobocie w powiatach z dużym i małym odsetkiem migrantów w Polsce. Powiaty z małym odsetkiem cudzoziemców były więc grupą kontrolną. Co się okazało?
"Nic nie wskazuje na to, aby napływ uchodźców z Ukrainy po lutym 2022 r. negatywnie wpłynął na bezrobocie w Polsce. Gdyby uchodźcy zabierali pracę Polakom, spodziewalibyśmy się gwałtownego skoku na wykresie [bezrobocia], ponieważ bezrobocie w grupie badawczej (tj. z wysokim odsetkiem uchodźców) wzrosłoby bardziej niż w grupie kontrolnej. Jeżeli napływ uchodźców nie przyczynił się do wzrostu bezrobocia wśród rodzimych pracowników, a jednocześnie są oni aktywni zawodowo, to najpewniej wypełnili luki na polskim rynku pracy" – pisze autor Klubu Jagiellońskiego.
Analiza ta potwierdza dane z raportów Polskiego Instytutu Ekonomicznego, które podkreślają, że migranci uzupełniają polskie braki kadrowe spowodowane zmianami demograficznymi.
I tu wracamy do kwestii niskiego bezrobocia. Jego niski poziom nie jest zasługą mądrej polityki gospodarczej tego czy innego rządu; w ogromnej większości jest pochodną demografii. Od lat o wiele więcej osób odchodzi z pracy niż na rynek wchodzi. To powoduje ssanie na nowych pracowników w celu uzupełnienia wakatów.
"Milion siedemset tysięcy Ukraińców trzeba po prostu jak najszybciej odesłać na Ukrainę. Tym bardziej że przestępczość rośnie. Narkotyki, wymuszenia, haracze to stają się powszechnością" – stwierdza Kowalski.
I tutaj znów polityk albo nie zapoznał się z danymi i mówi co mu ślina na język przyniesie, albo się z nimi zapoznał i kłamie. Dane na ten temat są nieco rozproszone, ponieważ policyjne zbiorcze statystyki kończą się na roku 2023, a reszta jest w rozproszonych komunikatach prasowych. Ale to nie znaczy, że nie możemy z nich ulepić całego widoku. Przyjrzyjmy się pełnemu dziesięcioleciu 2015-2025, czyli "dekadzie migracji".
Dane policji
W przypadku zabójstw mamy sytuację stabilną (i jeśli chodzi o ten parametr, to jesteśmy jednym z bezpieczniejszych krajów świata). W 2015 r. doszło do 502 zabójstw, w 2025 – do 505. Z wzrostem tych zbrodni mieliśmy od czynienia w covidowym roku 2020 – wtedy liczba zgonów przekroczyła 650, żeby jednak szybko spaść do "normy" w okolicach pół tysiąca zabójstw rocznie. "Od lat najczęstszym motywem tych przestępstw są nieporozumienia rodzinne, a sprawcy często działają pod wpływem alkoholu. Istotnym motywem pozostaje również tło rabunkowe. Analiza tych zdarzeń pokazuje, że znaczną grupę sprawców stanowią osoby z najbliższego otoczenia ofiary, które działają w afekcie" – czytamy na oficjalnej stronie policji. Pomimo więc napływu migrantów liczba najbardziej brutalnych przejawów przestępczości pozostaje na tym samym poziomie.
Idźmy dalej. Zgłoszonych "bójek i pobić" w 2015 r. mieliśmy 4,7 tys. W 2023 r. 2,5 tys. Rozbojów i wymuszeń w analogicznych okresach – 7,8 tys. oraz 3,9 tys. Kradzieże z włamaniem – 91 tys. oraz 62 tys. Kradzieże (bez włamania) – 145 tys. oraz 117 tys.
Tutaj "licznik" zatrzymuje się na 2023, ale mamy też dane z 2025 r. "Najbardziej powszechne i dotkliwe społecznie przestępstwa to 5 głównych kategorii, czyli: kradzież cudzej rzeczy; kradzież samochodu i samochodu poprzez włamanie; kradzież z włamaniem; rozbój, kradzież rozbójnicza i wymuszenie rozbójnicze; bójka i pobicie. W minionym roku odnotowaliśmy spadek postępowań wszczętych w tych kategoriach o 9 980, tj. z 126 765 w 2024 r. do 116 785 w 2025 r." – czytamy na stronie służb.
To jeszcze dane CBOS z maja bieżącego roku. Okazuje się, że 97 proc. z nas uważa, że nasze sąsiedztwo jest bezpieczne, co jest wynikiem bliskim historycznemu rekordowi. Jeśli natomiast chodzi o brak poczucia bezpieczeństwa, to zgłasza go 2 proc. ankietowanych.
Zaznaczmy więc raz jeszcze – pomimo tego, że w ostatniej dekadzie w naszym kraju pojawiło się prawdopodobnie dodatkowe 2 miliony cudzoziemców, przestępczość spadła!
Moglibyśmy tak jeszcze długo: Janusz Kowalski w swojej krótkiej wypowiedzi myli się niemal we wszystkim (lub po prostu kłamie). "Tak, jestem przeciwnikiem migracji, tej legalnej i tej nielegalnej. Dlatego, że uważam, że Polska jest państwem dla Polek i Polaków" - stwierdza polityk. Gdybym był złośliwy, zapytałbym, czego można oczekiwać po osobie, która posługuje się prymitywną frazeologią stadionowych troglodytów. Ale złośliwy nie jestem. No może troszeczkę.