"Radykalnie". Badacz ludzkiej inteligencji mówi, jak internet zmienia nasze mózgi
W większości sytuacji wydaje nam się, że działamy logicznie, ale w rzeczywistości kierujemy się emocjami. Dopiero później "dopisujemy" do decyzji dobrą, logicznie brzmiącą historię - mówi w rozmowie z money.pl dr Andrei Stupu, rumuński naukowiec i badacz ludzkiej inteligencji. Stupu był jednym z prelegentów tegorocznej konferencji Impact Bucharest.
Michał Wąsowski, money.pl: Wyobraźmy sobie przez chwilę mężczyznę z żoną Ukrainką, który jednocześnie głosuje na antyukraińskiego polityka domagającego się deportacji imigrantów z Polski. Jak działa w mózgu mechanizm, który pozwala człowiekowi żyć z takimi sprzecznościami?
Dr Andrei Stupu: Zacząłbym od przywołania chyba najlepszego naukowego opracowania na ten temat - "Moral Disengagement", autorstwa jednego z najwybitniejszych psychologów Alberta Bandury. Badał on m.in. mechanizmy społecznego uczenia się i opisał, w jaki sposób ludzie uczą się od innych w swoim otoczeniu. Wspomnianą przeze mnie książkę opublikował mając ponad 90 lat. Zadawał w niej pytanie jak to możliwe, że człowiek może zrobić coś bardzo złego, a mimo to nadal żyć ze sobą w zgodzie, a nawet sprawić, by jego czyn wydawał się moralnie dobry, pożądany albo wyjątkowy. Dzieje się to za sprawą pewnego rodzaju stopniowego "moralnego odłączenia".
Jak dokładnie działa ten mechanizm?
Aby zachowywać się "paradoksalnie" – czyli robić coś sprzecznego ze swoimi wcześniejszymi działaniami – człowiek musi stopniowo "odłączać się" od tego, co dobre i angażować w zło. Na drodze od jednego bieguna do drugiego tworzy sobie historię. Nasze myślenie jest narracyjne, nie paradygmatyczne. A w sposobie, w jaki tworzymy narracje, niekoniecznie kierujemy się logiką.
Mocno o szefach, którzy musztrują pracowników. "Są konkretne badania"
Człowiek, który "odłącza się" np. od relacji małżeńskiej, zwykle postrzega siebie jako wyjątek. Może być z Ukrainką i jednocześnie popierać prawicową, prorosyjską propagandę, bo uważa, że robi coś wyjątkowego, z głębszym sensem. Czasem wierzy, że ma donioślejszą misję, na zasadzie "nawet jeśli zaprzeczam tożsamości własnej żony, to promuję większe dobro, a nadrzędną wartością staje się dla mnie lojalność ideologiczna". Postępujemy tak w różnych sferach życia, dotyczy to nie tylko poglądów politycznych. Ludzie w ten sposób tłumaczą najbardziej haniebne rzeczy, które robią i widzą w życiu.
Na przykład bronią księdza, o którym wiedzą, że okazał się pedofilem?
O Boże, to bardzo ciężki temat, ale tak - to właśnie stanowi sedno tego, o czym rozmawiamy. W takim przypadku jednak naprawdę istotne jest, że ludzie mają tendencję do mylenia moralności – czyli cechy, która pomaga budować charakter i czyni nas dobrymi – z moralistycznym autorytetem.
Czym więc różni się moralność od moralistycznego autorytetu?
Kościół to instytucja, której przypisuje się dążenie do czynienia dobra - religia, świętość, zapewnianie ludzi o posiadaniu autorytetu moralnego. Księża są przedstawicielami Boga na ziemi. To daje im coś, co nazywa się "wyjątkowością moralną" (z ang. moral exceptionalism - przyp. red.). Ufamy, że mają najlepsze cechy charakteru.
Człowiek korzysta z tego autorytetu, w oparciu o niego tworzy "personę kapłańską", czyli wizerunek duchownego, w który sam zaczyna wierzyć i jest przekonany, że inni go także w ten sposób postrzegają. Awansuje w strukturze Kościoła, ale po drodze dopuszcza się moralnie katastrofalnych czynów. Wygląda to tak, jakby w jego mózgu mieszkały dwie osoby - jedna, która dąży do czynienia dobra i druga, która je wypacza. Chrześcijaństwo w pewnym sensie dopuszcza taki paradoks – mówi, że dopóki cierpisz po popełnieniu grzechu, dopóty możesz odkupić swoje winy, a Bóg wciąż cię może zbawić. Cokolwiek zrobiłeś, droga do odkupienia pozostaje otwarta. I w jakimś stopniu się z tym zgadzam – wierzę w drugą szansę dla ludzi, którzy zrobili coś złego, a potem próbują to naprawić.
Ale w przypadku pedofilii najgorsze jest jeszcze coś innego: wokół sprawcy tworzy się wspólnota świadków, którzy na karygodne, patologiczne zachowanie moralnie nie reagują. Ktoś dopuścił się zła, a cała instytucja kryje winnych, by zachować wizerunek. Ale zostawiając kościół - to może się to zdarzyć w każdej instytucji - szkole, pracy. W przypadku przemocy wśród dzieci zwykle widzimy sprawcę i ofiarę, ale ogromną odpowiedzialność ponoszą też ci, którzy stoją z boku, patrzą i nic nie robią.
W świecie biznesu prezes na zewnątrz może mówić "jestem liderem, dbam o pracowników", a w biurze mobbuje ludzi w obecności świadków, którzy odwracają wzrok.
W którym miejscu zatem łączy się to z autorytetem moralnym?
Sedno tkwi w tym, że autorytet moralny nie gwarantuje moralnego postępowania. Autorytet lidera nie gwarantuje etycznego przywództwa. Mimo to mamy tendencję, by zakładać inaczej i potwierdzać te cechy - "jesteś prezesem? Skoro zaszedłeś tak wysoko, to musisz być mądry". Te założenia pomagają nam funkcjonować, bo mózg ma obsesję, by oszczędzać energię i działać efektywnie. W psychologii społecznej stereotyp definiujemy jako skrót myślowy. Zamiast prowadzić badania, analizować wzorce i niuanse, wolimy spojrzeć na większą kategorię, nadać jej etykietę i powiedzieć: to jest to. Bo życie bywa trudne i bardzo złożone, a rzetelne przyjrzenie się rzeczom wymaga ogromnej ilości energii. Wszystkie te etykiety, założenia i stereotypy są rodzajem narracji – krótkiej, ale nadal narracji.
Niektórzy ludzie są bardziej podatni na narracje, inni mniej. Są tacy, którzy je kwestionują i próbują sami ocenić, co jest dobre, a co złe. Ale czy ktokolwiek z nas naprawdę zachowuje się logicznie, czy jesteśmy logiczni?
Nie jesteśmy logiczni. Jesteśmy głęboko irracjonalni. W większości sytuacji wydaje nam się, że działamy logicznie, ale w rzeczywistości kierujemy się emocjami. Dopiero później "dopisujemy" do decyzji dobrą, logicznie brzmiącą historię. Wmawiamy sobie, że jesteśmy logiczni i w pewnym sensie potrafimy usprawiedliwić wszystko. Wszyscy jesteśmy opowiadaczami historii i myślicielami narracyjnymi.
Czyli kiedy ktoś mówi, że jest konserwatystą, to po prostu oznacza, że wierzy w inną historię niż ktoś o poglądach lewicowych?
W gruncie rzeczy tak. Gdy mówimy o wartościach, są one jak nagłówki z historii życia. Jeśli wybieram pewną misję i decyduję się wpisać w nią lojalność, szacunek, uczciwość, współczucie i prawdę, to mam szansę dostrzec te same cechy u innych i łączyć się ze wspólnotami, które to podzielają. Jedną z najbardziej podstawowych ludzkich potrzeb - która czyni nas istotami społecznymi - jest potrzeba walidacji i przynależności. Kiedy ludzie mówią, że nie obchodzi ich, co myślą inni, kłamią. Każdy troszczy się w pewnym stopniu o reputację społeczną, na którą pracuje. Potrafimy jednak zmieniać narracje, gdy nasza przynależność jest od tego uzależniona.
To prowadzi do dwóch pytań dotyczących współczesnego świata. Dlaczego widzimy dziś tak dużo polaryzacji w społeczeństwie? I czy to internet sprawia, iż ludzie znacznie łatwiej "wpadają" w historie niż np. 50 lat temu i czy internet zmienia sposób, w jaki wchodzimy w interakcję z narracjami?
Radykalnie. Funkcjonujemy w czymś, co nazwałbym "segregowaną różnorodnością". Wydaje się, że mamy więcej zainteresowań, tematów, ludzie rozmawiają o tysiącu spraw. To daje wrażenie, że krąży więcej opinii, a więc kontakt z różnymi poglądami powinien prowadzić do bardziej zniuansowanego myślenia i chronić nas przed propagandą czy myślowymi skrótami.
Tyle, że w praktyce jest odwrotnie. Algorytmy w mediach społecznościowych i internecie czynią nas więźniami naszych preferencji. W całej tej pozornej różnorodności tworzy się "wąskie gardło" i w efekcie jesteśmy zamykani w świecie rzeczy, które już lubimy i oglądamy osoby o podobnym sposobie myślenia. Jest coś jeszcze - kiedyś, niezależnie od różnic, byliśmy w pewnym stopniu zależni np. od naszych sąsiadów. Dziś możemy siedzieć w mieszkaniu z telefonem i laptopem nie mając kontaktu z nikim.
To prawda. Nawet po zakupy nie musimy wychodzić.
Dokładnie. Dawniej musiałeś wyjść z domu, rozmawiać na ulicy czy w pracy z kimś, kto ma np. inne poglądy polityczne. Mogłeś zapytać dlaczego. Jeśli byłeś nastolatkiem i miałeś szalone pomysły – co jest typowe dla młodych ludzi, niezależnie od pokolenia – ojciec miał jeszcze autorytet, by to zakwestionować, a matka mogła zapytać, co się z tobą dzieje.
Dziś mamy wielu milczących nastolatków, dzielących się swoimi pomysłami w grupach, do których rodzice nie mają dostępu. Nie mogą więc kwestionować prawdziwości ani sensu tych idei. To napędza dalszą polaryzację. Za każdym razem, gdy nasza bańka pęka, czujemy niestabilność i moralne oburzenie, którym się karmimy. A twórcy mediów społecznościowych są mistrzami w wykorzystywaniu oburzenia moralnego, czyli tego, co czujemy, gdy jesteśmy głęboko przekonani, że coś jest skrajnie szkodliwe.
Czy możesz wyjaśnić to na jakimś przykładzie?
Spójrzmy na prawo do posiadania broni w USA. Jesteś mu przeciwny? Zapewne masz za sobą historię, która cię do tego przekonała, może np. znasz kogoś, kto stracił dziecko w strzelaninie w szkole. Utożsamiasz się z emocjami tej osoby. A ktoś inny powie, że broń to tradycyjne prawo Amerykanów i że należy je zachować. On też ma za sobą jakąś historię: może jego babcia mieszkała samotnie na odludziu, pewnego dnia ktoś włamał się do jej domu, okradł ją i zabił. Ten człowiek wierzy, że gdyby babcia miała broń, mogłaby przeżyć.
Obie te historie są narracjami, których nie da się odmienić za pomocą dwóch zdań. Każda z nich jest emocjonalnie równoważna. Obie osoby są przeciwne czemuś, co uważają za szkodliwe. To zjawisko niezwykle złożone. Przykład ten zaczerpnąłem z książki "OutRaged", najnowszej publikacji z dziedziny psychologii moralnej autorstwa Kurta Graya. Zasadniczo jednak chodzi o to, że nie jesteśmy źli jako ludzie. Jesteśmy po prostu wrażliwi na cierpienie i dążymy do tego, by go uniknąć oraz chronić ludzi, których kochamy. Niezwykłe w naszym gatunku jest to, że potrafimy krzywdzić innych w imię rzekomej ochrony przed krzywdą.
Co możemy zrobić, by stać się bardziej odporni na narracje, mniej podatni i bardziej samoświadomi?
Tu warto sięgnąć do klasycznego greckiego cytatu - "Poznaj samego siebie". Trzeba stawiać sobie pytania, np.: jakie są moje wartości i w co wierzę. Ludzie tego nie robią. Zwykle po prostu głoszą jakiś pogląd, a gdy zapytasz ich dlaczego tak myślą, odpowiadają "nauczył mnie tego ojciec", albo "słyszałem to w szkole", a czasem po prostu "nie wiem".
Drugim elementem jest myślenie krytyczne, które jest trudniejsze. Ludzie sądzą, że można je aktywnie budować, ale w rzeczywistości chodzi głównie o eliminowanie nieświadomych uprzedzeń. Aby je rozpoznać trzeba zaakceptować, że wszyscy mamy wzorce myślenia, które zniekształcają naszą percepcję rzeczywistości. Jednym z takich wzorców jest efekt potwierdzenia, czyli przetwarzania i interpretowania informacji tak, by były zgodne z naszym światopoglądem. Zamyka on każdą możliwość zmiany perspektywy. Najprostszym sposobem, by go ograniczyć jest próba powstrzymania się w kontaktach z ludźmi od automatycznego oceniania ich i przypisywania im rożnych cech.
Skoro mówimy o ludzkiej inteligencji, muszę też zapytać o tę sztuczną, którą się również zajmujesz. Nazwijmy ją "inteligencją" na potrzeby tej rozmowy. Czy uważasz, że korzystanie z obecnych modeli językowych (LLM) i uzależnianie się od nich sprawia, że stajemy się mniej mądrzy i mniej inteligentni?
To, do czego ja nawołuję, to podejście krytyczne. Żeby je mieć, potrzebujemy właściwego nazewnictwa. Większość ekspertów zajmujących się badaniami nad ludzką inteligencją określa to, co nazywamy AI, jako automatyczną kognicję – czyli zautomatyzowane procesy poznawcze.
Co to dokładnie znaczy?
W badaniach nad ludzką inteligencją oraz ilorazem IQ, uwzględniamy m.in. inteligencję figuratywną (rozumienie symboli, przenośni, metafor etc. - przyp. red.), logiczno-matematyczną i językową – to trzy główne jej składniki. I właśnie te komponenty można najłatwiej zautomatyzować.
Badacz Angus Fletcher opublikował na ten temat książkę "Primal Intelligence". Pisze w niej, abyśmy nie przestawali rozwijać AI, bo to narzędzie jak każde inne, które stworzyliśmy. Ale to nie jest walka "ludzie kontra maszyny", tylko raczej "ludzie, którzy rozwijają AI" kontra "ludzie, którzy są wobec niej sceptyczni". Musimy być świadomi, że możemy ją wykorzystywać w procesach zwiększających efektywność. To jednak tworzy pewne problemy społeczne – np. zwalnianie ludzi z pracy. Dlatego powinniśmy patrzeć na to tak, by zachować stabilność społeczną – np. rozważać wprowadzenie dochodu podstawowego dla osób, które tracą zatrudnienie przez AI. To pierwszy aspekt tej dyskusji.
Po drugie, powinniśmy spojrzeć na własny potencjał, czyli na to, co Fletcher nazywa naszą "pierwotną inteligencją".
Co jest naszą pierwotną inteligencją?
Chodzi o cztery podstawowe zdolności. Pierwsza to intuicja. AI – dopóki nie stanie się samoświadoma, co jest niezwykle trudnym progiem i nie sądzę, by stało się to szybko – nie może mieć intuicji. To ludzka cecha, którą powinniśmy rozwijać. Druga to wyobraźnia. AI potrafi łączyć istniejące informacje w sposób, który wygląda na nowy, ale w istocie taki nie jest – to tylko rekombinacja tego, co już stworzyliśmy. Trzecia to zdrowy rozsądek – coś, co mają ludzie, a co pomaga nam regulować relacje z otoczeniem. AI tego nie posiada. I wreszcie czwarta – zarządzanie emocjami. AI nie ma zdolności afektywnych.
A jeśli kiedyś je zdobędzie, to i tak zostaną zaprogramowane przez nas.
Oczywiście. Dlatego mówię: używajmy AI do rozwoju biznesów, do zwiększania możliwości badań w edukacji, medycynie, w technologiach. Ale jeśli jej zastosowanie bezpośrednio wpływa na ludzi, prowadząc do niestabilności społecznej – reagujmy. Kształcąc przyszłe pokolenia, nie powinniśmy szkolić ich w kompetencjach, które AI już posiada, czyli w zapamiętywaniu i analizowaniu wzorców. Rozwijajmy myślenie krytyczne, intuicję, wyobraźnię i umiejętność regulowania emocji. Jeśli wprowadzimy to do naszych systemów edukacji, możemy być pewni, że AI pozostanie narzędziem, ale nie zastąpi człowieka.
***
Andrei Stupu - naukowiec zajmujący się badaniem ludzkiej inteligencji. Stypendysta Fulbrighta oraz doktor filozofii na University of Bucharest (cotutelle), w Doctoral School of Philosophy. Założyciel Andrew Beehive Consulting, gdzie wspiera organizacje w budowaniu współpracy międzypokoleniowej i rozwijaniu edukacji moralnej.
Rozmawiał Michał Wąsowski, zastępca redaktora naczelnego money.pl