Rekordowe uwolnienie rezerw ropy to zły omen. Rynki szykują się na długą wojnę
Jak donosi serwis CNBC, Międzynarodowa Agencja Energetyczna planuje uwolnić rekordowe zapasy ropy. To wyraźny sygnał dla rynków: konflikt na Bliskim Wschodzie może potrwać znacznie dłużej, niż zakładano. Mimo interwencji, ceny surowca gwałtownie rosną.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) ogłosiła decyzję o uwolnieniu potężnej puli surowca ze strategicznych rezerw swoich państw członkowskich. Jak podaje amerykański portal CNBC, na rynek ma trafić łącznie 400 milionów baryłek ropy. To największa tego typu skoordynowana akcja od momentu powstania agencji w 1974 roku. Same Stany Zjednoczone zadeklarowały udostępnienie blisko połowy tej puli. Ruch ten jest bezpośrednią reakcją na zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw, wywołane amerykańsko-izraelskim atakiem na Iran.
To dramatyczne pogorszenie sytuacji w porównaniu z końcem stycznia, gdy prezydent Trump zapowiadał wysłanie kolejnych jednostek wojskowych na Bliski Wschód, co już wtedy spowodowało wzrost cen surowca. Obecna skala interwencji IEA pokazuje jednak, że sytuacja wymknęła się spod kontroli znacznie bardziej, niż przewidywano.
Mimo tak drastycznych kroków ze strony decydentów, rynki zareagowały sceptycznie. Zamiast oczekiwanego spadku, ceny surowca poszybowały w górę. Globalny wskaźnik Brent osiągnął psychologiczną barierę 100 dolarów za baryłkę, notując gwałtowny wzrost. Podobnie zachowała się amerykańska ropa WTI. Według relacji CNBC, inwestorzy najwyraźniej nie wierzą, że jednorazowy zastrzyk surowca będzie w stanie zrekompensować potężny szok podażowy i paraliż żeglugi w rejonie Cieśniny Ormuz.
Amerykanie dali Chinom "najlepszy prezent w historii"
Widmo długotrwałego konfliktu
Skala interwencji IEA jest przez ekspertów odczytywana jednoznacznie. Analitycy cytowani przez amerykański serwis są zgodni, że decydenci przygotowują się na najgorszy scenariusz, a szybkie zakończenie działań zbrojnych jest mało prawdopodobne.
– Skala, w jakiej zadziałała IEA, jest interpretowana przez część rynku naftowego jako sygnał, że konflikt może potrwać wiele tygodni – ocenia Andy Lipow, prezes Lipow Oil Associates.
Ekspert zwraca uwagę, że obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie skutecznie wstrzymała znaczną część globalnych przepływów energii. Przez Cieśninę Ormuz przepływa każdego dnia ilość ropy i produktów ropopochodnych odpowiadająca za około jedną piątą światowego zużycia. Całkowite zablokowanie tego szlaku to cios, którego nie da się łatwo zamortyzować z dnia na dzień.
Rezerwy to za mało
Komentatorzy rynkowi podkreślają, że uwolnienie rezerw państwowych ma charakter wyłącznie doraźny. W dłuższej perspektywie braki na rynku staną się bardzo dotkliwe, a uruchomione zapasy trzeba będzie kiedyś uzupełnić.
– Handlowcy przeliczają teraz wszystko i zdają sobie sprawę, że uwolnienie rezerw przez IEA może w najlepszym razie zrównoważyć jedynie ułamek utraty podaży ropy i produktów rafinowanych, spowodowanej trwającym wstrzymaniem większości tranzytów tankowców przez Cieśninę Ormuz – tłumaczy Bob McNally, prezes Rapidan Energy Group.
Jego zdaniem ceny będą rosły do momentu zawieszenia broni lub militarnego osłabienia zdolności uderzeniowych Iranu, co pozwoliłoby na bezpieczne wznowienie ruchu statków. Z kolei Saul Kavonic z MST Marquee zauważa na łamach CNBC, że konieczność późniejszego uzupełnienia strategicznych magazynów może oznaczać utrzymanie się wysokich cen surowca nawet po ustaniu głównych walk.
Sytuacja może mieć poważne konsekwencje dla globalnej gospodarki, w tym dla portfeli zwykłych konsumentów. Jeśli fizyczne niedobory surowca staną się faktem, rynki będą musiały wymusić spadek popytu poprzez drastyczne podwyżki na stacjach.
– Nasze oczekiwania, że ten kryzys może potrwać miesiące zamiast tygodni, prawdopodobnie oznaczają, że rynki nie doceniają skali zakłóceń na globalnych rynkach energii – ostrzega Vivek Dhar, dyrektor ds. badań nad surowcami w Commonwealth Bank of Australia.
Ekspert dodaje w rozmowie z portalem, że w skrajnym scenariuszu ceny ropy Brent mogą poszybować nawet do poziomu 120-150 dolarów za baryłkę. Taki skok miałby na celu zmuszenie gospodarek, szczególnie tych rozwijających się, do drastycznego ograniczenia zużycia paliw.
Kryzys na Bliskim Wschodzie narasta od tygodni, a jego konsekwencje odczuwają już nie tylko traderzy surowcami. Analitycy od początku marca ostrzegali, że Iran dysponuje dużymi zapasami min i rakiet krótkiego zasięgu, które mogą skutecznie sparaliżować żeglugę w regionie. Te obawy okazały się uzasadnione. Równocześnie Europa musi szukać alternatywnych źródeł dostaw – Niemcy już teraz polegają głównie na dostawach spoza regionu, co pokazuje, jak ważna jest dywersyfikacja źródeł energii. Sytuacja zmusza także inne kraje do przeorientowania polityki zakupowej, podobnie jak zrobiły to w styczniu Indie, zwiększając import z USA kosztem rosyjskiej ropy.