Tak wojna na Bliskim Wschodzie uderza w Niemcy. "Utrwala istniejącą słabość"
Zbrojna eskalacja z udziałem Iranu wywołała na Starym Kontynencie szok energetyczny, który uderza w fundamenty największych unijnych gospodarek dokładnie w momencie, gdy te zaczynały łapać zadyszkę. Niemcy, które liczyły na gospodarcze odbicie, zaczynają tracić cierpliwość.
Konflikt na Bliskim Wschodzie to nie tylko problem dyplomatyczny, ale przede wszystkim potężny cios w portfele konsumentów i państwowe kasy - głównie za sprawą wzrostu cen paliw, który przekłada się na presję inflacyjną. Złudzeń co do tego nie ma m.in. kanclerz Niemiec Friedrich Merz. Podczas niedawnego spotkania z uczniami w Marsberg (w kraju związkowym Nadrenia Północna-Westfalia) surowo ocenił skutki eskalacji napięcia pomiędzy USA a Iranem.
Ten konflikt jest bardzo kosztowny dla budżetu Niemiec, pochłania mnóstwo pieniędzy podatników i jest bardzo szkodliwy dla gospodarki - stwierdził.
Powody są oczywiste - niemiecki rząd był zmuszony m.in. do wprowadzenia bezpośrednich dopłat do paliw. Ich ceny osiągnęły bowiem najwyższy poziom w historii - przekraczając ok. 2,5 euro za litr.
Merz dokonał także oceny politycznej. Stwierdził, że cały amerykański naród "jest upokarzany przez irańskie przywództwo" - zwłaszcza przez Strażników Rewolucji.
Ile gwiazdy płacą za wywiad? Prezes UOKiK ujawnia i zapowiada kontrole
Wojna w Iranie utrwala słabość niemieckiej gospodarki
Aleksandra Kozaczyńska, analityczka ds. polityki gospodarczej RFN w Zespole Niemiec i Europy Północnej Ośrodka Studiów Wschodnich, nie jest zdziwiona rozgoryczeniem kanclerza.
- Niemiecka gospodarka już przed rozpoczęciem konfliktu zbrojnego znajdowała się w stanie wyraźnego osłabienia, które wojna w Iranie dodatkowo pogłębia. Zgodnie z najnowszą prognozą rządową tempo wzrostu gospodarczego w 2026 r. wyniesie 0,5 proc., co oznacza obniżenie o 0,5 pp. względem prognozy ze stycznia - wskazała.
Jak wskazuje ekspertka, zmiana prognozy wynika przede wszystkim ze wzrostu cen energii, który przekłada się na wyższą inflację oraz spadek siły nabywczej gospodarstw domowych. - Jednocześnie od początku konfliktu wzrosły rentowności niemieckich obligacji, co pogarsza warunki finansowania i negatywnie wpływa na inwestycje - podkreśla.
Należy jednak podkreślić, że wysokie ceny energii w Niemczech nie są zjawiskiem nowym, lecz mają charakter wieloletniego problemu strukturalnego. Branże energochłonne, takie jak chemia czy metalurgia, od lat funkcjonują w warunkach istotnie wyższych kosztów niż ich konkurenci w innych częściach świata. Dlatego obecny wzrost cen energii nie tyle zmienia pozycję konkurencyjną niemieckiego przemysłu, ile raczej pogłębia i utrwala już istniejącą słabość - podkreśla Aleksandra Kozaczyńska.
Niemiecka gospodarka z mniejszymi wpływami
O wpływie konfliktu na gospodarkę Niemiec piszą też lokalne media. "Frankfurter Allgemeine Zeitung", powołując się na dane resortu finansów, stwierdza, że wyższe ceny paliw skutecznie odstraszają od tankowania. A to prowadzi do zauważalnego spadku wolumenu sprzedawanych paliw. I choć wyższa cena jednostkowa sprawia, że wpływy z podatku VAT nominalnie rosną, to zysk ten jest całkowicie niwelowany przez załamanie wpływów z podatku energetycznego. Wynika to z faktu, że ta druga danina jest podatkiem ilościowym – płaci się ją od każdego zatankowanego litra, a nie od jego ceny. W ostatecznym rozrachunku, po uwzględnieniu wszystkich zmiennych, w tym faktu, że firmy mogą odliczać VAT, niemiecki budżet federalny notuje wielomilionowe straty z tytułu samej sprzedaży paliw.
Droższe tankowanie oznacza, że konsumenci mają mniej pieniędzy na inne wydatki, co uderza we wpływy z VAT-u w całym sektorze handlowym. Właśnie po to, by zachęcić Niemców do konsumpcji, rząd zmuszony był do wprowadzania kosztownych programów osłonowych. Niemcy mogą liczyć jednak na relatywnie małe wsparcie - na dopłacie zyskać można bowiem ok. 8,50 euro na 50-litrowym baku, a wypłata premii w wysokości 1000 euro jest dobrowolna i zależy wyłącznie od decyzji pracodawcy.
Nastroje coraz bardziej ponure
Konflikt na Bliskim Wschodzie psuje nastroje wśród firm. Clemens Fuest, prezes Instytutu ifo, w komentarzu do kwietniowego badania podkreśla, że indeks klimatu biznesowego ifo spadł w kwietniu do 84,4 punktu, z 86,3 w marcu.
To najniższy poziom od maja 2020 roku. Firmy są znacznie bardziej pesymistyczne wobec nadchodzących miesięcy. Oceniły też swoją obecną sytuację jako gorszą. Niemiecka gospodarka jest mocno dotknięta kryzysem w Iranie - podkreśla Fuest.
Inne dane Instytutu ifo dowodzą, że kluczowe wskaźniki dobrobytu w Niemczech stoją w miejscu lub nieprzerwanie spadają od co najmniej 2020 roku. Ten regres widać nie tylko w słabych danych makroekonomicznych. Niemcy odnotowują dziś wyraźny spadek zadowolenia z życia.
Autorzy opracowania ostrzegają, że bez głębokich i szybkich reform gospodarczych Niemcy będą tracić dotychczasowy majątek i po prostu przestaną się bogacić na tle reszty świata. Tymczasem aktualna sytuacja gospodarcza takie inwestycje uniemożliwia.
Cała Europa wciągnięta w kryzys gospodarczy
Problemy Berlina nie są jednak odizolowanym zjawiskiem. Wskazują na to najnowsze odczyty indeksu S&P Global Composite PMI. Aktywność gospodarcza w całej strefie euro uległa wyraźnemu skurczeniu. Wskaźnik ten spadł poniżej kluczowej granicy oddzielającej rozwój od recesji, brutalnie przerywając wielomiesięczną passę wzrostów. Opracowanie wskazuje bezpośrednio na konflikt bliskowschodni jako główny katalizator tego załamania.
Ciekawie w tym kontekście wyglądają wewnętrzne dysproporcje w europejskiej gospodarce. Podczas gdy sektor usług zanotował najgłębsze załamanie od ponad pięciu lat, produkcja przemysłowa paradoksalnie wykazuje pewne oznaki ożywienia. Nie jest to jednak powód do optymizmu. Analitycy tłumaczą to zjawisko panicznym działaniem przedsiębiorstw, które w obawie przed dalszymi przerwami w dostawach i niekontrolowanym wzrostem cen surowców masowo przyspieszają zamówienia i gromadzą zapasy w magazynach. To sztuczne pompowanie popytu, które nie ma odzwierciedlenia w realnej sile nabywczej rynku.
Nie tylko Niemcy mają problem
Skutki bliskowschodniego napięcia rozlewają się po całym kontynencie, uderzając w kolejne stolice. Serwis Euronews zwraca uwagę na sytuację we Włoszech, które – podobnie jak Niemcy – są niezwykle uzależnione od stabilnych cen energii. Rząd w Rzymie również został zmuszony do cięcia prognoz gospodarczych na bieżący rok, jednocześnie rewidując w górę przewidywany deficyt budżetowy. Oddala to perspektywę szybkiego wyjścia kraju z unijnej procedury nadmiernego deficytu.
– Niestety, w nadchodzących tygodniach prawdopodobnie będziemy musieli ponownie zweryfikować jego wysokość – stwierdził włoski minister gospodarki.
Powodów do optymizmu nie ma też w Polsce. W 2025 r. nasz kraj miał drugi najwyższy deficyt fiskalny w Unii Europejskiej - 7,3 proc. PKB, gorzej wypadła tylko Rumunia (7,9 proc.). Według danych Eurostatu średni deficyt wyniósł 3,1 proc. PKB w UE i 2,9 proc. w strefie euro.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl