Trzy cele Trumpa. Ekspert mówi, co USA chcą ugrać dzięki akcji w Wenezueli
Choć Stany Zjednoczone uzasadniają zatrzymanie prezydenta Wenezueli walką z narkoterroryzmem, mają też trzy inne cele - mówi w rozmowie z money.pl Rafał Michalski, ekspert ds. USA. Jak tłumaczy, chodzi o wymiar społeczno-wyborczy, biznesowy i geopolityczny.
Pierwsze godziny po amerykańskiej operacji w Caracas, zakończonej pojmaniem Nicolása Maduro i jego żony, przyniosły serię ostrzeżeń pod adresem kolejnych państw regionu. Sekretarz stanu Marco Rubio mówił publicznie o "poważnych kłopotach" Kuby, a Donald Trump sugerował, że "trzeba coś zrobić z Meksykiem", i nie wykluczał operacji wobec Kolumbii. Prezydent mówił też w sobotę, że sądzi, iż "Kuba będzie tematem, o którym będziemy rozmawiać, ponieważ jest obecnie upadającym krajem, a my chcemy pomóc jego mieszkańcom".
Rafał Michalski, ekspert ds. amerykańskich i autor bloga "Układ Sił", zwraca w rozmowie z money.pl uwagę, że aby zrozumieć działania Waszyngtonu, trzeba rozdzielić dwie warstwy: cele deklaratoryjne oraz cele polityczne. Te pierwsze budują formalną podstawę działania. W tym wypadku USA mówią o walce z wenezuelskim narkobiznesem (Maduro i jego żona usłyszeli w poniedziałek zarzuty narkoterroryzmu). Te drugie są znacznie szersze. Michalski wylicza trzy: społeczno-wyborczy, biznesowy i geopolityczny. Jego zdaniem operacja wojskowa w Wenezueli ma w tej układance znaczenie narzędzia, a groźby pod adresem kolejnych państw regionu wpisują się w ten sam mechanizm.
W co inwestować w 2026? Doradca ujawnia
Wojna z narkobiznesem jako klucz do użycia siły
Michalski wyjaśnia, że władza wykonawcza w USA ma uprawnienia do użycia siły zbrojnej, ale są one ograniczone. Dlatego walka z narkobiznesem, którą zadeklarował Trump, zatrzymując Nicolása Maduro, to nie tylko hasło polityczne, ale element konieczny, by w ogóle otworzyć możliwość działań militarnych. Rezolucja o uprawnieniach wojennych z 1973 r. wprowadza klauzulę, zgodnie z którą prezydent może samodzielnie przeprowadzić operację militarną tylko w szczególnych okolicznościach – i każdorazowo musi je przedstawić Kongresowi oraz opinii publicznej. W tym przypadku takim uzasadnieniem ma być właśnie narkobiznes i walka z nim.
Ekspert wiąże to bezpośrednio z innym kontekstem, który stale pojawia się w narracji administracji: zmilitaryzowaniem granicy USA z Meksykiem i utrzymywanym tam stanem wyjątkowym, w realiach którego do Stanów Zjednoczonych przedzierają się przemytnicy i nielegalni migranci. W deklaracjach Białego Domu operacja militarna i rozbicie reżimu w Wenezueli mają tworzyć podstawę do "samoobrony", ochrony bezpieczeństwa narodowego oraz zabezpieczenia możliwości przeprowadzenia operacji przez wojsko USA – także na skalę wykraczającą poza Wenezuelę.
– Zapowiedzi i groźby, które padły publicznie z ust prezydenta Donalda Trumpa pod adresem tych państw (Kuby, Kolumbii i Meksyku - przyp. red.), wpisują się w przygotowaną przez Departament Sprawiedliwości formalną podstawę do ewentualnego rozszerzenia oskarżeń także na obywateli innych krajów regionu. W takim przypadku operacje mogłyby być uzasadniane analogicznie jak wobec Wenezueli – nie jako działania przeciwko obcemu państwu czy głowie państwa, lecz jako egzekwowanie prawa krajowego w ramach ochrony amerykańskich obywateli, mienia i bezpieczeństwa narodowego – wyjaśnia Michalski.
Jego zdaniem w tej logice groźby wobec Kolumbii, Meksyku czy Kuby są częścią środka do celu: elementem budowania narracji i formalnoprawnej podbudowy pod działania, które administracja może przedstawiać nie jako konflikt międzypaństwowy, lecz jako egzekwowanie prawa i ochronę bezpieczeństwa narodowego. Rozbicie jednego reżimu nie wystarczy.
Jeśli chodzi o Kolumbię, Meksyk czy Kubę – ich rola wiąże się z siecią współpracy w obszarze narkobiznesu, nielegalnej migracji oraz kontaktów z państwami antagonistycznymi wobec USA, przede wszystkim Chinami. To właśnie te powiązania tworzą formalną i polityczną podstawę do rozszerzania narracji o bezpieczeństwie narodowym poza samą Wenezuelę – dodaje ekspert.
Trzy cele polityczne USA. Wyborcy, biznes i geopolityka
Oprócz walki z narkobiznesem i dbaniem o bezpieczeństwo, Michalski wskazuje na trzy zasadnicze cele polityczne, które – jak ocenia – razem tworzą ramy "porządków" USA w Ameryce Łacińskiej.
Pierwszy to cel polityczno-społeczny i wyborczy. Znaczenie latynoskiej społeczności migrantów w USA, dla której kwestie Kuby, Wenezueli czy Nikaragui, o której nie można zapominać w kontekście bieżących wydarzeń, mają wymiar historyczny i kulturowy, przekłada się – jak sugeruje ekspert – na konkretny kapitał polityczny.
To ludzie, którzy uciekali przed reżimami socjalistycznymi, a w badaniach opinii publicznej widać silne poparcie tej grupy dla obalenia reżimu Maduro. Michalski wskazuje również na kubańskie pochodzenie Marco Rubio oraz wieloletni nacisk konserwatywnych środowisk na twardsze działania wobec tych reżimów. Według eksperta to głęboko zakorzeniony, pokoleniowy antysocjalizm części elektoratu Partii Republikańskiej napędza działania administracji Trumpa.
Drugi cel to spór o ropę. Michalski wiąże go z interesami amerykańskich firm w Wenezueli, które ucierpiały na nacjonalizacjach. Chodzi przede wszystkim o sektor naftowy, choć nie tylko – nacjonalizacje dotykały także telekomunikacji, a część spraw wciąż toczy się przed sądami.
Nasz rozmówca przypomina, że do nacjonalizacji przemysłu naftowego doszło dwukrotnie - w 1976 r. oraz po 2006 r. Dużym echem odbił się spór wokół amerykańskiego Chevrona – firmy działającej w Wenezueli na licencji rządowej, która po sankcjach z 2019 r. ograniczyła działalność, a w latach 2022–2023 – w realiach globalnego kryzysu energetycznego – dostała przestrzeń do wznowienia wydobycia i eksportu ropy do USA w celu spłaty długów wenezuelskiego państwowego giganta naftowego PDVSA wobec koncernu.
Po zatrzymaniu Maduro Chevron znajduje się w uprzywilejowanej pozycji - uważa Michalski. Ciągła obecność i znajomość infrastruktury czynią go kluczowym aktorem w planowanej odbudowie sektora naftowego.
Szczególne miejsce w tej układance – zauważa nasz rozmówca – zajmuje też konflikt o założoną przez Amerykanów i posiadającą siedzibę w Teksasie spółkę CITGO Petroleum Corporation, której większościowym udziałowcem jest obecnie wenezuelska PDVSA. To batalia o kontrolę nad istotnym aktywem w USA, w której pojawia się również wątek rosyjski. Blisko połowę – 49,9 proc. akcji CITGO – jako zabezpieczenie pożyczki dla PDVSA miał przez pewien czas rosyjski Rosnieft. Budziło to obawy o rosyjską kontrolę nad posiadanymi przez CITGO rafineriami i dystrybucję paliw.
Choć Rosnieft w 2023 r. przekazał udziały PDSVA, w Waszyngtonie nie zniknęło przekonanie o otwarcie antyamerykańskiej polityce wenezuelskiego reżimu - tłumaczy Michalski. To element szerszej rywalizacji, w której Wenezuela stała się polem gry między Rosją – wspierającą Maduro – a USA. Rosja wykorzystywała inwestycje w sektor naftowy, by utrzymać wpływy, nawet kosztem ryzykownych przedsięwzięć.
Według Michalskiego operacja militarna Trumpa może pośrednio prowadzić do próby odzyskania wpływów energetycznych i zabezpieczenia dostępu do dużych złóż ropy, postrzeganych jako strategiczne – a także do osłabienia pozycji wrogich mocarstw.
Ostatni, trzeci cel, to powrót do doktryny Monroego, według Michalskiego rozumianej dziś w sposób prosty: czyli braku obecności państw wrogich USA na Zachodniej Półkuli. Jak podkreśla nasz rozmówca, Wenezuela i inne państwa regionu były krytykowane za współpracę z Chinami czy Iranem. W kontekście wojen handlowych i napięć geopolitycznych administracja USA ma zamiar odzyskać pełną kontrolę nad tym, kto i na jakich zasadach funkcjonuje w regionie.
Ta logika była dominująca w amerykańskiej polityce aż do I wojny światowej. Okres późniejszej odwilży był raczej wyjątkiem, bo również w latach 60. Stany Zjednoczone aktywnie ingerowały w Ameryce Łacińskiej. Doktryna Monroego i przywiązanie do prozachodniego kursu regionu są szczególnie silne wśród konserwatystów – mówi Michalski.
Według eksperta przejęcie kontroli nad złożami ropy mogłoby dać USA dodatkowy instrument nacisku wobec Chin. Jak dodaje, w Partii Republikańskiej panuje przekonanie, że w pierwszej fazie wojny handlowej Amerykanom zabrakło wystarczających narzędzi presji – w sporze o cła, w wyścigu o półprzewodniki i technologie. Wenezuelska ropa może być więc potencjalnym "lewarem" w przyszłych negocjacjach.
Nocny briefing w Kongresie zdecyduje o klimacie wokół operacji
Michalski mocno zaznacza, że działania Trumpa nie są gwarancją sukcesu. W ocenie eksperta scenariusz zakładający współpracę Wenezueli z Waszyngtonem i brak chaosu wewnętrznego jest optymistyczny.
Fiasko operacji w Wenezueli – zdaniem eksperta – mogłoby wyborczo umocnić negatywny wizerunek prezydenta wśród części elektoratu. Brak jasnej komunikacji uderzałby bezpośrednio w obietnice Donalda Trumpa dotyczące "jawnej" polityki, w którą wpisuje się choćby odtajnianie części akt dotyczących zabójstwa Johna F. Kennedy’ego czy Martina Luthera Kinga. W razie destabilizacji reżimu powoływanie się na argument bezpieczeństwa narodowego USA mogłoby stać się trudniejsze, a operacja militarna mogłaby nie uzyskać zgody Kongresu.
Władza wykonawcza prowadzi politykę zagraniczną, ale to Kongres autoryzuje działania wojenne i finansowanie programów z budżetu federalnego. Nawet wysłanie przedstawicieli Departamentu Energii czy finansowanie programów odbudowy demokracji wymagałoby zgody Kongresu – przypomina Michalski.
Jego zdaniem kluczowy będzie nadchodzący briefing administracji przed Kongresem, w którym udział mają wziąć wysocy rangą urzędnicy Białego Domu. Od tego spotkania zależeć ma klimat polityczny wokół operacji militarnej. Według naszego rozmówcy to będzie sprawdzian dla Trumpa, który pokaże, jak daleko prezydent USA będzie w stanie przesunąć granice swojej rozgrywki w Ameryce Łacińskiej.
Karolina Wysota, dziennikarka money.pl