Wenezuelski gambit Trumpa na razie się opłacił [OPINIA]
Oś zła na razie nie zareagowała na działania USA. Wydaje się, że projekcja siły została odebrana zgodnie z intencją Donalda Trumpa, choć chińskie kontrakty na ropę z Wenezueli mogą być zagrożone - ocenia w opinii dla money.pl ekonomista Piotr Arak.
Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
Na globalnych rynkach w poniedziałek panuje zaskakujący spokój. Owszem, w tle widać lekki wzrost awersji do ryzyka: dolar i złoto zyskują, ale ropa reaguje co najwyżej kosmetycznie - i to tanieje. Dotychczasowa nadpodaż na rynku ropy i chirurgiczne cięcie Trumpa u szczytów władzy w Wenezueli, w wyniku którego ujęty został prezydent Nicolas Maduro, jest oceniane przez rynek pozytywnie. Nie doszło do dalszej eskalacji, która mogłaby spowodować ciąg ryzyk inflacyjnych.
Sytuacja w Caracas na teraz, 5 stycznia 2026 r., przypomina "kontrolowany paraliż". Kluczową postacią tej fazy kryzysu jest Delcy Rodríguez, formalnie pełniąca obowiązki prezydenta, która na zewnątrz gra rolę nieugiętej strażniczki chavistowskiej ortodoksji (Hugo Chávez był poprzednikiem Nicolasa Maduro, który zwrócił kraj w stronę socjalizmu - przyp. red.), potępiając "barbarzyńskie porwanie" Maduro, a jednocześnie, jak sygnalizuje sam Trump, prowadzi zakulisowy dialog z administracją USA.
Jej pragmatyzm odróżnia ją od poprzednika: nie ciąży na niej amerykański akt oskarżenia i chyba nie planuje działań odwetowych. Co sprawia, że rynki są spokojne, a USA będzie mieć lidera, z którym może współpracować.
Ekspert alarmuje. "Tworzy się nowa oś zła"
W tle tej gry pojawia się jeszcze jeden wątek: historyczne doświadczenie Wenezueli z czasów Hugo Cháveza. W latach 90. i na początku XXI wieku wenezuelska ropa była wydobywana relatywnie sprawnie, a wenezuelskie państwowe przedsiębiorstwo petrochemiczne PDVSA należało do liczących się graczy na rynku globalnym. To właśnie wtedy kraj potrafił łączyć autorytaryzm z obecnością zagranicznych technologii i kapitału, zanim polityczna radykalizacja, czystki kadrowe i sankcje doprowadziły sektor do degradacji. Ten okres jest dziś realnym punktem odniesienia: powrót do "modelu sprzed Maduro", a nawet do późnego Cháveza, jawi się jako powrót do "złotego wieku".
Jeśli Wenezuela zostanie ustabilizowana politycznie, a do kraju wrócą amerykańskie koncerny energetyczne, potencjał wzrostu wydobycia w perspektywie kilku lat jest ogromny. To właśnie ta długoterminowa wizja, a nie krótkoterminowe dane dotyczące liczby wydobywanych baryłek, ciąży dziś cenom ropy. Rynek zakłada, że globalna nadpodaż w 2026 roku i tak będzie znacząca, a Wenezuela może ją tylko pogłębić.
Dla Ameryki stawka jest jednak znacznie wyższa niż same ceny surowca. Wenezuelska ropa jest ciężka, wymagająca technologii i rozcieńczalników, ale jednocześnie idealnie dopasowana do rafinerii na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej. Jej powrót do amerykańskiego systemu energetycznego oznaczałby realne osłabienie OPEC+ i zmniejszenie zależności od politycznych decyzji Rijadu i Moskwy. W tym sensie operacja w Caracas nie jest epizodem, lecz elementem szerszej strategii energetycznej i geopolitycznej, którą wcześniej opisał Biały Dom w swojej strategii bezpieczeństwa.
Powrót logiki stref wpływów
Jednocześnie wydarzenia w Wenezueli symbolizują coś znacznie większego: powrót logiki stref wpływów i brutalnego realizmu w polityce międzynarodowej. Administracja Donalda Trumpa nie pozostawiła wątpliwości, że półkula zachodnia jest obszarem, w którym USA nie będą tolerować konkurencji ze strony Chin, Rosji czy Iranu. To reaktywacja doktryny Monroe’a w wersji XXI wieku – bez dyplomatycznych niuansów i z jasnym sygnałem odstraszania.
Interwencja USA w Panamie w 1989 roku jest klasycznym precedensem dla dzisiejszych wydarzeń w Wenezueli. Prezydent George H.W. Bush zdecydował się wówczas na operację "Just Cause", której faktycznym celem było obalenie i pojmanie Manuela Noriegi – wojskowego dyktatora, byłego współpracownika CIA, a zarazem oskarżonego w USA o handel narkotykami.
Amerykańskie wojska wkroczyły do Panamy w sposób jednostronny, z pominięciem ONZ, w ciągu kilku dni rozbiły siły reżimu i zmusiły Noriegę do ucieczki, po czym – po obławie zakończonej w watykańskiej nuncjaturze – porwały go i przetransportowały do Stanów Zjednoczonych, gdzie stanął przed sądem federalnym. Operacja ta jasno pokazała, że gdy Waszyngton uzna swoje interesy strategiczne za zagrożone, prawo międzynarodowe schodzi na dalszy plan, a zmiana władzy w państwie peryferyjnym może zostać przeprowadzona szybko, siłowo i bez długotrwałej okupacji.
Obecna operacja - mająca miejsce ponad 25 lat od tamtych wydarzeń - ma też wymiar militarny i symboliczny. Pokazuje zdolność USA do szybkich, precyzyjnych działań przeciwko państwom dysponującym rosyjskimi systemami obrony powietrznej. To komunikat nie tylko do Caracas, ale również do Teheranu, Moskwy i Pekinu. Co istotne, demonstracja siły w Panamie nie przerodziła się w długotrwały konflikt, co wzmacnia jej wiarygodność jako narzędzia odstraszania.
Oś zła na razie nie zareagowała na działania USA. Wydaje się, że projekcja siły została odebrana zgodnie z intencją Donalda Trumpa. Choć kontrakty chińskie na ropę z Wenezueli mogą być zagrożone.
Cena tej strategii jest jednak wysoka. Prawo międzynarodowe po raz kolejny okazało się bezradne wobec faktów dokonanych. Formalne argumenty o nielegalności użycia siły nie mają dziś realnej mocy sprawczej, choć świat zachodu nie uznawał Maduro za prezydenta Wenezueli. Dla Europy, która zbudowała swoje bezpieczeństwo na normach, traktatach i multilateralizmie, to wyjątkowo niepokojący sygnał.
Co to oznacza dla Polski
Co z tego wynika dla Polski? Po pierwsze, tania ropa, jeśli rzeczywiście nadejdzie, byłaby pozytywnym impulsem dla gospodarki importującej energię. To potencjalnie szybszy wzrost gospodarczy globalnej gospodarki.
Po drugie jednak, wydarzenia w Wenezueli pokazują, że w świecie rosnącej rywalizacji mocarstw liczy się przede wszystkim realna siła: militarna, energetyczna i technologiczna. Sojusz z USA, własne zdolności obronne oraz dywersyfikacja źródeł energii nie są już elementem strategii rozwoju, lecz jego warunkiem wstępnym. Polska musi przyciągać USA do Europy za wszelką cenę.
Rynki dziś śpią spokojnie. Geopolityka już nie.
Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku, senior fellow Atlantic Council