USA wycofa żołnierzy z Polski? Europa tworzy tajny plan B
Decyzja o anulowaniu wysłania amerykańskiej brygady pancernej do Polski to kolejny sygnał alarmowy dla Starego Kontynentu. Jak ustalił brytyjski tygodnik "The Economist", europejscy sojusznicy w tajemnicy przed Waszyngtonem przygotowują alternatywne struktury dowodzenia.
Na początku maja w teksańskiej bazie Fort Hood cztery tysiące żołnierzy amerykańskiej brygady "Black Jack" pakowało swoje sztandary, przygotowując się do wyjazdu do Polski. Celem misji miało być wzmocnienie wschodniej flanki i obrona przed rosyjskim zagrożeniem. Generał Thomas Feltey, dowódca dywizji, podkreślał podczas uroczystości, że wysłanie pancernej brygady bojowej to jasny i jednoznaczny sygnał. Jednak, jak donosi brytyjski magazyn "The Economist", niespełna dwa tygodnie później Waszyngton wysłał sygnał całkowicie odwrotny, a cała misja została niespodziewanie anulowana.
To kolejne w krótkim czasie ograniczenie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. W związku z niespodziewaną decyzją Waszyngtonu o wstrzymaniu rotacji żołnierzy stacjonujących nad Wisłą, strona polska zapowiedziała przeprowadzenie szczerych rozmów i zażądała od sojusznika oficjalnych wyjaśnień. Cięcia te są bowiem bezpośrednim echem polityki administracji Donalda Trumpa i wynikają z niezadowolenia Białego Domu z powodu braku wsparcia państw europejskich dla amerykańskich działań zbrojnych w Iranie. Według doniesień agencji Reuters, pod koniec maja należy spodziewać się kolejnych oficjalnych komunikatów o redukcji sił, które USA deklarowały do użycia w przypadku ewentualnego ataku na sojuszników.
Cała Polska z Łatwogangiem. "Ma wielkie serce i super gest"
Sygnały alarmowe dla NATO. Europa weryfikuje obronne plany
Gwałtowna zmiana kursu Waszyngtonu wywraca do góry nogami dotychczasowe plany strategiczne Starego Kontynentu. Wcześniej europejscy decydenci zakładali, że w przypadku konfliktu będą mieli czas na rozbudowę własnych sił, polegając w fazie początkowej na kluczowych amerykańskich zasobach, takich jak wywiad czy systemy nadzoru. Tymczasem Stany Zjednoczone zrezygnowały już z rozmieszczenia w Niemczech jednostki wyposażonej w pociski manewrujące, która miała wypełnić istotną lukę w europejskiej architekturze obronnej. Co więcej, intensywne zużycie amerykańskich rakiet na bliskowschodnim teatrze działań wymusza uzupełnianie własnych zapasów, co z kolei opóźnia dostawy sprzętu dla Europy i walczącej Ukrainy.
Prawdziwym wstrząsem dla zachodnich stolic była jednak styczniowa groźba amerykańskiego prezydenta dotycząca przejęcia Grenlandii od Danii. Sytuacja ta uświadomiła urzędnikom, że Stany Zjednoczone mogą nie tylko odmówić udziału w ewentualnej wojnie z Rosją, ale wręcz aktywnie utrudniać reakcję innym państwom członkowskim.
– Kryzys grenlandzki był sygnałem alarmowym. Zrozumieliśmy, że potrzebujemy planu B – przyznaje anonimowo szwedzki urzędnik do spraw obronności w rozmowie z dziennikarzami "The Economist".
Temat ten pozostaje jednak politycznym tabu. Według informatorów tygodnika sekretarz generalny NATO Mark Rutte wydał nieformalny zakaz dyskusji o alternatywnych scenariuszach, obawiając się, że takie rozmowy mogą jedynie dolać oliwy do ognia i przyspieszyć amerykański odwrót. Mimo to, jak zauważa Matti Pesu z Fińskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, rosnące zagrożenie zmusza rządy do weryfikacji, pod czyim dowództwem Europa mogłaby walczyć, gdyby struktury natowskie uległy paraliżowi.
Armia USA wycofuje się? Europa szuka nowej struktury dowodzenia
Głównym problemem ewentualnej samodzielności Europy nie jest wyłącznie brak sprzętu, ale przede wszystkim brak zintegrowanej struktury dowodzenia. Jak obrazowo tłumaczą analitycy, większość koalicji wojskowych przypomina szkolną próbę muzyczną, gdzie każdy uderza w bęben we własnym tempie. NATO natomiast funkcjonuje jak orkiestra symfoniczna kierowana przez jednego dyrygenta – Naczelnego Dowódcę Sił Sojuszniczych w Europie (SACEUR), którym z definicji jest amerykański generał dysponujący rozległą, stałą siecią podległych dowództw.
– Amerykańskie przywództwo to spoiwo, które trzyma sojusz razem. Bez nich prawdopodobnie zobaczylibyśmy fragmentację ekosystemu odstraszania – ocenia Luis Simón, dyrektor Centrum Bezpieczeństwa, Dyplomacji i Strategii na Wolnym Uniwersytecie w Brukseli.
Połączone Siły Ekspedycyjne (JEF) alternatywą w razie konfliktu?
W poszukiwaniu rozwiązań zastępczych, europejscy eksperci najczęściej wskazują na Połączone Siły Ekspedycyjne (JEF) – uformowaną w 2014 r. koalicję państw, w skład której wchodzą głównie kraje nordyckie i bałtyckie, działającą pod przewodnictwem Wielkiej Brytanii. Struktura ta zyskała na znaczeniu po dołączeniu do niej Szwecji i Finlandii w 2017 r. Jej największą zaletą jest ominięcie natowskiego wymogu jednomyślności, który pozwala każdemu państwu członkowskiemu zablokować uruchomienie artykułu 5 o wspólnej obronie.
– JEF może reagować na sytuacje na zasadzie braku konsensusu – tłumaczył już w 2023 r. ówczesny dowódca tej struktury, brytyjski generał dywizji Jim Morris.
Jak wskazuje Edward Arnold z londyńskiego think-tanku RUSI, JEF dysponuje już własnym dowództwem pod Londynem, zdolnościami logistycznymi oraz niezależną od NATO, choć ograniczoną, siecią bezpiecznej łączności. Z kolei obecność Wielkiej Brytanii zapewnia koalicji niezbędny parasol nuklearny. Według szacunków analityków z RUSI, w przypadku konfliktu około jednej trzeciej członków NATO przystąpiłoby do walki już pierwszego dnia, niezależnie od formalnego uruchomienia procedur sojuszniczych.
Brytyjskie przywództwo ma jednak swoje wyraźne ograniczenia finansowe. Wieloletnie niedofinansowanie sił zbrojnych sprawiło, że Londyn dysponuje relatywnie niewielką liczbą okrętów i jednostek lądowych gotowych do natychmiastowego przerzutu. Jeden z urzędników cytowanych przez brytyjski tygodnik określa tę sytuację mianem "syndromu Downton Abbey", sugerując, że kraj utrzymuje dawne pozory mocarstwowości, ale nie posiada już budżetu na ich realne finansowanie.
Napięcia na linii Waszyngton-Europa narastały systematycznie przez ostatnie miesiące, stając się głównym katalizatorem dyskusji o strategicznej autonomii Starego Kontynentu. Oliwy do ognia dolały niedawne żądania Białego Domu, by sojusznicy włączyli się w działania zbrojne na Bliskim Wschodzie. Gdy usłyszano amerykańskie postulaty wsparcia w rejonie cieśniny Ormuz, polski szef dyplomacji Radosław Sikorski nie krył niepokoju faktem, że prezydent USA traktuje Pakt Północnoatlantycki w sposób czysto instrumentalny.
Odpowiedź Starego Kontynentu na te naciski była w wielu przypadkach jednoznaczna. Część unijnych rządów kategorycznie zadeklarowała, że nie wyśle swoich wojsk, a jedno z państw członkowskich wprost odmówiło udziału w jakichkolwiek operacjach wojskowych na życzenie amerykańskiej głowy państwa. W obliczu tych pogłębiających się podziałów w debacie publicznej pojawiają się coraz odważniejsze głosy. Ciekawą koncepcję przedstawił niedawno były sekretarz generalny sojuszu, proponując utworzenie nowej koalicji najważniejszych państw demokratycznych (tzw. D7), która mogłaby przejąć od Stanów Zjednoczonych rolę globalnego gwaranta stabilności.
Rola Niemiec w europejskim systemie odstraszania
Odpowiedzią na te braki kapitałowe mogłoby być włączenie do struktury Niemiec, które w ostatnim czasie drastycznie zwiększają nakłady na zbrojenia.
Niezależnie od tego, jaki ostatecznie kształt przybierze europejski "plan B", decydenci na kontynencie zdają się dochodzić do jednego, brutalnego wniosku ekonomiczno-militarnego: system odstraszania oparty na gwarancjach sojusznika, który może w ogóle nie pojawić się na polu walki, całkowicie traci swoją rację bytu.
Źródło: The Economist