Trwa ładowanie...
Notowania
Przejdź na
Monika Rosmanowska
Monika Rosmanowska
|

Kilkanaście wypadków śmiertelnych rocznie. TOPR przedstawia niepokojące statystyki

3
Podziel się:

Po blisko 900 poszkodowanych wyruszali w ubiegłym roku w Tatry ratownicy TOPR, w co trzecim przypadku specjalnie wyposażonym śmigłowcem. Tylko ostatni weekend majowy zamknęli bilansem: 30 sprowadzonych z gór i dwóch zabitych. Bo choć o bezpieczeństwie na szlakach mówi się dużo, to wciąż wielu brakuje wyobraźni.

To miała być męska wyprawa w Tatry. Ojciec i syn postawili sobie ambitny cel – wejście na Rysy. W schronisku nad Morskim Okiem czekały na nich żony. Nie doczekały się. Wystarczył jeden nieostrożny krok, by 25-letek poślizgnął się i spadł. Upadku z 70 metrów nie przeżył.

Takich zgłoszeń Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe odbiera mnóstwo. – Nie ma tygodnia, by kogoś nie ściągać. To jest magia gór. Wydaje nam się, że jesteśmy równi siłom natury, a to nieprawda – mówi Janusz Wójcik, pilot śmigłowca W-3A Sokół, który od 25 lat znajduje się na wyposażeniu TOPR.

W ubiegłym roku TOPR uratował 893 osoby, w tym 72 obcokrajowców. Śmigłowiec wylatywał z bazy w Zakopanem 291 razy. 274 osoby odniosły ciężkie obrażenia, 15 zginęło.

– Ta średnia kilkunastu zabitych rocznie utrzymuje się od lat. W większości giną mężczyźni. Najczęściej na skutek upadku z wysokości – zdradza Andrzej Górka, ratownik TOPR.

Zimą 2017/2018 roku ratownicy pomogli 336 osobom, bezpiecznie sprowadzając je z gór. Zginęło 6 turystów. Weekend majowy TOPR zamknął wynikiem – 30 uratowanych i dwóch zabitych.

Ratownicy działają również na stokach narciarskich, pomagając rocznie ponad 2 tys. poszkodowanych.

10 minut do celu

Do wypadku w górach dochodzi najczęściej w wyniku nierealnej oceny własnych umiejętności, niedostosowania się do pogody (z prognoz po prostu nie korzystamy) lub zejścia lawiny. Nie doceniamy różnić w wysokościach nad poziomem morza. To, że w Warszawie, Krakowie czy nawet Zakopanem śniegu nie ma od miesięcy, nie znaczy, że nie ma go pod Rysami.

– Wypadki są najróżniejsze, od błahych poturbowań, a nawet braku jakichkolwiek urazów, wówczas pomagamy takie osoby ewakuować, po zdarzenia najcięższe, gdzie w grę wchodzi również transport ciał tych, którzy w górach zginęli – przyznaje Andrzej Górka.

– W wielu przypadkach wystarczy po prostu zrezygnować ze zbyt ambitnych wejść. Bo choć coraz więcej turystów ma sprzęt, to nie potrafi z niego korzystać. Czeka nas edukacja co najmniej kilku pokoleń – nie ma wątpliwości Jan Krzysztof, naczelnik TOPR.

Ratownicy wzywani są najczęściej telefonicznie. Praktycznym rozwiązaniem jest też prosta aplikacja na smartfon – Ratunek, która pozwala dokładnie wskazać pozycję poszkodowanego.

Akcje ratownicze mocno usprawnia, ale czasem też w ogóle umożliwia - użycie śmigłowca. Praktycznie do każdego miejsca w górach ratownicy są w stanie dotrzeć w ciągu 10-20 minut. Śmigłowiec nie musi nawet lądować. Ratownicy spuszczani są na linach, a następnie wraz z poszkodowanym wciągani na pokład. Ranni transportowani są do szpitali w Zakopanem, Nowym Targu i Krakowie.

– Śmigłowiec znacznie podniósł nasze możliwości. Z tymi zapasami mocy, z tym gabarytem, możliwością przewożenia osób i sprzętu czujemy się pewnie. W złych warunkach pogodowych, przy dużych wiatrach jesteśmy w stanie dolecieć do miejsca zdarzenia. To najistotniejszy element łańcucha ratowniczego – zapewnia Jacek Broński, ratownik TOPR, kierownik bazy śmigłowca TOPR.

Koszty akcji ratowniczych trudno oszacować. Samo utrzymanie śmigłowca kosztuje 2,5 mln zł rocznie.

Sokoły po liftingu

Służący w TOPR Sokół wszedł do produkcji w drugiej połowie lat 80. Dotychczas PZL-Świdnik wyprodukował i sprzedał ponad 150 maszyn.

– Śmigłowiec ten jest często używany przez różnego rodzaju służby, pełniąc funkcje transportowe i specjalistyczne. Wykorzystywany jest do niesienia pomocy w górach i na morzu – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, grupy, w skład której wchodzi PZL-Świdnik.

Sokoły służą też w polskiej policji i straży granicznej. Najnowsza wersja śmigłowca – wyposażony w działko Głuszec – wspiera polską armię. Sokoły przewożą też najważniejsze osoby w państwie.

Dziś w fabryce w Świdniku trwają zaawansowane prace nad nowymi łopatami, które mają poprawić parametry lotu, szczególnie na dużych wysokościach i przy wysokich temperaturach, a także zwiększyć ładunek o 300 kg. Inżynierzy pracują także nad wprowadzeniem szklanego kokpitu, w którym wskaźniki mechaniczno-analogowe zastąpią wskaźniki cyfrowe i wyświetlacze.

– Armia także chce modernizować śmigłowce, które znajdują się na jej stanie, w tym Sokoły. Jesteśmy do tej modernizacji przygotowani. Nasze maszyny mogą z powodzeniem zostać wyposażone także w rakiety przeciwpancerne – zapewnia Krzysztof Krystowski.

Leonardo Helicopters pracuje również nad śmigłowcem bezzałogowym SW-4. Podczas ostatnich testów we Włoszech odbył się pierwszy lot.

Więcej na wynagrodzenia

Największym wyzwaniem, przed jakim stoi dziś TOPR jest brak pieniędzy na godziwe wynagrodzenie dla ratowników. Rozmowy z kolejnymi ministrami nie przynoszą skutku.

– Korzystamy z coraz bardziej zaawansowanego sprzętu, ale w ślad za tym nie idą pieniądze dla załogi. To są wysokiej klasy fachowcy i chcielibyśmy mieć argumenty, by ich zatrzymać – mówi Jan Krzysztof.

TOPR zmaga się również z problemem dostępności załóg. Za kilka lat znalezienie pilotów z odpowiednim doświadczeniem może być wyzwaniem.

W mającym ponad stuletnią tradycję stowarzyszeniu pracuje obecnie 43 ratowników zawodowych i 143 ochotników. Są to lekarze, ratownicy medyczni, specjaliści lawinoznawstwa, przewodnicy górscy, przewodnicy psów, instruktorzy różnych dyscyplin, sportowcy. TOPR działa na terenie Tatr Polskich i Słowackich, Pogórza Spisko-Gubałowskiego i południowej Małopolski. Wszędzie tam, gdzie może dotrzeć śmigłowiec. Również w jaskiniach i pod wodą.

Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
KOMENTARZE
(3)
Dawid
3 lata temu
Każdy z tych uratowanych powinien zapłacić TOPR za pomoc. Jak by każdy zapłacił 30 tyś , za paliwo, helikopter, ratowników to by się 100 razy zastanowił i nie lazł nie wiadomo po co.
Polonista
3 lata temu
Rosmanowska - pisz po polsku!!! Nie uzywaj anglizmow !!! Nie popisuj sie znajomoscia tego jedynego " weekendu "- bo przeciez innych slow z j.angielskiego nie znasz! Anglosaska sie znalazla !
Tatromaniak
4 lata temu
Ojciec i syn . Ambitne plany . Zero doświadczenia . Praktycznie bez sprzętu . Tylko raczki . Fatalne warunki . Rysy . Młodość , pewność siebie - zły doradca . Dotarli na szczyt ! Tak dotarli na szczyt ! Spędzili na szczycie ok. 10 min. Zdjęcia , krótka rozmowa , selfi ojca z synem i na dół . Niestety tragedia ! Za nimi na Rysy wszedł 30-latek , Damian . Ojciec i syn go wyprzedzili wchodząc na szczyt a potem minęli go u szczytu schodząc na dół . Sprzęt kompletny . Zero doświadczenia . Posiada czekan ale nie potrafi się nim posługiwać . Pytam co robi w takich warunkach na Rysach ? Szuka śmierci ? Prezent sobie zrobił na 30-te urodziny . Mogły być ostatnie . Krótkie szkolenie na szczycie uratowało prawdopodobnie mu życie . Schodzimy . Oboje w rakach . Śnieg zmrożony i lód. Sto , stopięćdziesiąt metrów od szczytu 30-latek traci równowagę i leci w dół (w rakach !!!!). Po krótkim ślizgu wbija czekan i po kolejnych kilku metrach zatrzymuje się . Leży chwilę twarzą do śniegu i cały drży . Po chwili podnosi się , nadal drży ale oczy pełne radości . Wydukał , dobrze że Cię na górze spotkałem . To prawdopodobnie była by kolejna ofiara śmiertelna ! Kochani , sprzęt niczego nie gwarantuje . Sprzęt , doświadczenie i rozsądek też nie są gwarantem , zawsze może się coś przydarzyć , coś na co nie będziemy mieli wpływu . Takie są góry , szczególnie w trudnych warunkach , nie wybaczają ! Doszliśmy do buli i tam dowiedzieliśmy się że syn poleciał na dół . Podczas akcji na Rysy szło dwóch Węgrów koło ratowników i też w raczkach . Ostrzeżeni przez ratowników , jednak poszli do góry. Za chwilę obok ratowników jeden poleciał około 200-250 metrów na dół . Skończyło się na potłuczeniach i obdarciach i locie do szpitala . Żeby było śmieszniej , dzień wcześniej idąc na Moko poznałem Przemka . Młody mężczyzna przyjechał z żoną i dziećmi do Zakopca . Zarezerwował sobie nocleg w schronie i rano miał iść na Rysy. Spaliśmy w jednym pokoju . Jeszcze wieczorem okazało się że nie ma żadnego sprzętu , ale idzie na Rysy . Około godziny wybijałem mu z głowy pójście na Rysy . Byłem w szoku jak poszedł gdzieś na chwilę i przyszedł z rakami ! On idzie ze mną stwierdził ! Spytałem czy wyjechał by na drogę samochodem bez hamulców . Stwierdził że nie . Nie masz czekana (hamulca ) i kasku i masz zero doświadczenia , nie idziesz ! Dał się w końcu przekonać . Argumentem dodatkowym był powrót do żony i dzieci . Namówiłem Go na Szpiglasa . Wychodziłem ze schronu , był jeszcze w łóżku , życzyliśmy sobie powodzenia ! Mam nadzieję że zrozumiał mój upór w tym żeby nie szedł na Rysy jak zobaczył krążący helikopter i potem usłyszał co się stało . A tak na Marginesie , pozdrawiam Przemek !!!! Udało się z Damianem i Przemkiem , szkoda że nie spotkałem na dole ojca z synem . Szkoda że młodemu nie udało się zejść bezpiecznie . Żeby człowiek wiedział to nawet raki by mu oddał i czekan . Niestety tego nie da się cofnąć . Wyrazy głębokiego współczucia dla rodziny i bliskich. Ps. Opisałem te sytuacje żeby było to przestrogą dla innych !!!!