Najpopularniejszy w Polsce portal o finansach i biznesie
"Wszy dobre, tłuste wszy hodowlane, sprzedaję!" W czasie wojny kupowali niemieccy żołnierze

"Wszy dobre, tłuste wszy hodowlane, sprzedaję!" W czasie wojny kupowali niemieccy żołnierze

W czasie wojny ludzie wyprzedawali majątek - bo kawałek chleba był cenniejszy niż rodzinne pamiątki Fot. Tinatin
W czasie wojny ludzie wyprzedawali majątek - bo kawałek chleba był cenniejszy niż rodzinne pamiątki

W czasach wojny handlowano wszystkim – od szmuglowanego mięsa po nikomu już niepotrzebną rodową porcelanę, od fałszowanych dokumentów po wszy. Te ostatnie kupowali niemieccy żołnierze, bo kto miał problem z tymi pasożytami, musiał poddać się obowiązkowej dwutygodniowej kwarantannie, co odwlekało powrót na front wschodni.

Nie ma wątpliwości, że przyjechały z Grecji. Podobno były ich dziesiątki tysięcy. Los żółwi był przesądzony od początku. Miały zostać przerobione na konserwy – najpewniej dla Wehrmachtu, ale tu pewności nie ma.

Przeznaczenie zostało oszukane, gdy wagony, którymi podróżowały, zostały przechwycone przez warszawiaków, rozbite i rozkradzione. Drugi wariant tej historii mówi o tym, że żadnego rozboju nie było, a wagon sprzedali polskim handlarzom skorumpowani Niemcy.

Pewne w tej opowieści jest to, że gdy Polacy zobaczyli, co znajduje się w środku, byli zaskoczeni i skonsternowali. Część zwierząt nieśpiesznie oddaliła się z miejsca zdarzenia, inne zostały zagospodarowane przez spryciarzy, którzy natychmiast zaczęli je sprzedawać na bazarach.

Przeglądając okupacyjne wspomnienia, można zauważyć, że żółwie, choć były tylko epizodem, zapisały się w pamięci bardzo wielu warszawiaków. Nic dziwnego, było to zdarzenie nieoczywiste i w jakiś sposób przerywające wojenną monotonię.

Przedziwnie układały się w tych strasznych czasach nie tylko losy zwierząt, ale przede wszystkim ludzi.


zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Szmuglerzy żywili Warszawę

Życie w okupowanej Polsce regulowane było dziesiątkami ograniczeń. Godzina policyjna, nakaz noszenia ze sobą dokumentów, zakaz korzystania z pewnych miejsc użyteczności publicznej - to tylko niektóre z nich.

Niemcy odgórnie ustalali nie tylko rytm życia mieszkańców, ale również przysługującą im liczbę kalorii. Były to racje głodowe: podczas gdy człowiek potrzebuje dziennie co najmniej 2 tys. kalorii, to w 1941 r. system kartkowy w Warszawie przewidywał ich zaledwie 611 dla Polaków i 237 dla żydowskich mieszkańców stolicy.

Czytaj też: Bieda, przeludnienie i zacofanie wsi. Dwudziestolecie międzywojenne to nie tylko rozwój Gdyni i salonowe życie w Warszawie

Na kartki można było dostać tylko najbardziej podstawowe produkty, wszystko inne do miasta przywozili szmuglerzy. Przed śmiercią głodową warszawiaków ratował czarny rynek.

Szmuglerzy przywozili towar z różnych podwarszawskich miejscowości. Gminy szybko wyspecjalizowały się wręcz w dostarczaniu określonych rodzajów towarów.

"Karczew, zwany w gwarze okupacyjnej >>Prosiakowem<<, był główną bazą zaopatrzenia Warszawy w tłuszcze, mięso i wyroby mięsne. [...] Jabłonna i jej okolice zamienione zostały w rozległą wytwórnię wódek. [...] Stąd szły też warzywa. Rembertów dla odmiany był monopolem tytoniowym. Tu także wyrabiano bibułkę, tak popularną w tamtych czasach. [...] Radzymin nie miał określonego oblicza. Były tu bimbrownie, ale nie na skalę przemysłową, wywożono trochę mięsa, jarzyn, owoców.

Piaseczno i Góra Kalwaria dostarczały stolicy mąkę, pieczywo w dużych ilościach oraz trochę mięsa. Grójec, Brzostowiec i Nowe Miasto nad Pilicą to ogromne bazy mąki, kaszy, pszenicy, kartofli i mięsa. Kolejką grójecką dowożono do Warszawy największe ładunki. Całymi wagonami, niemal transportami jechały nielegalne towary do miasta" – pisał Symeon Surgiewicz w "Warszawskich ciuchciach".

Klimat tego przedwojennego handlu idealnie oddaje ten popularny „szmuglerski walczyk”, który znamy choćby z filmu „Zakazane piosenki”.

Na dworze je mrok,
W pociągu je tłok,
Zaczyna się więc sielanka.
On objął ją w pół,
Ona gruba jak wół,
Bo pod paltem schowana rąbanka (...)

Teraz jest wojna,
kto handluje, ten żyje.
Jak sprzedam rąbankę,
słoninę, kaszankę,
to bimbru się też napiję.

Zanim zdobyte na wsi jedzenie trafiło do rąk głodnych warszawiaków, przed szmuglerami stało najtrudniejsze zadanie: dowieźć mięso czy warzywa do miasta.

Niemieccy żandarmi regularnie kontrolowali podmiejskie pociągi, a znalezione nadprogramowe jedzenie konfiskowali. Aby zminimalizować ryzyko bycia złapanym, doświadczeni przewożący wszywali jedzenie pod ubrania, przywiązywali je bandażami do ciała, chowali w schowkach, a jeśli mieli dobry układ z maszynistą, ukrywali zdobycze w lokomotywie.

ZOBACZ: Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego


Warzywa, broń i belgijski paszport

Gdy wiktuały dotarły bezpiecznie do Warszawy, szmuglerzy pojawiali się na bazarach. Zaopatrywać się można było w każdej dzielnicy, ale największy wybór mieli kupujący na Kercelaku.

Można tam było kupić wszystko – od przedmiotów codziennego użytku po broń.

W tamtym właśnie okresie utarła się taka anegdota:

– Rury, rury – krzyczy sprzedawca.
Podchodzi do niego klient.
– Poproszę kolanko.
Sprzedawca odkrywa poły płaszcza i ukazuje komplet pistoletów.
– Panie, przecież to broń? – krzyczy przerażony przyjezdny – Niemcy, aresztują, tragedia!
– A pan kochany z Krakowa?


zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Skąd tak powszechnie dostępna broń? Chętnie dostarczali ją handlarzom sami Niemcy, a następnie raportowali do swoich przełożonych, że utracili pistolety w niewyjaśnionych okolicznościach. Dostawali w ten sposób gotówkę do ręki, a broń trafiała najczęściej do członków Polskiego Państwa Podziemnego.

Kercelak, największe przedwojenne warszawskie targowisko, stało się w czasie okupacji centralnym miejscem wymiany tego, co legalne i nielegalne. Obok warszawiaków wyprzedających resztki dobytku przechadzali się pozbawieni skrupułów przestępcy, którzy za grosze sprzedawali majątek zrabowany tym, którzy już o swoje prawa nie mogli się upomnieć – Żydom.

- To odrębny mikrokosmos, który był w stanie przeżyć wszystko – od pożaru, przez bombardowania, po łapanki. Można tam było kupić każdą rzecz, łącznie z niemieckimi pieczątkami i zagranicznymi paszportami – mówi Aleksandra Zaprutko-Janicka, historyk, autorka książki "Okupacja od kuchni". – Bazary były zresztą nie tylko miejscem robienia zakupów, ale też "centrum informacji", bo zawsze kłębił się tam tłum ludzi, więc można się było wszystkiego dowiedzieć. Stanowił także doskonałe miejsce spotkań konspiratorów.

W opanowanej przez Niemców Warszawie Kercelak stał się miejscem, w którym tak naprawdę rządzili obrotni Polacy. Okupantowi mogło się to nie podobać, ale przymykał oko na tę ułańską fantazję „królów bazaru”.

Artur Nadolski w książce "Pani Chłodna: opowieść o warszawskiej ulicy" tłumaczy to tym, że "niemieckie władze administracyjne miały w Kercelaku 'dojną krowę' w postaci łapówek, 'prezentów' przekazywanych przez handlarzy w zamian za przymykanie oka na charakter niektórych operacji handlowych. Dla niemieckiej policji i Żandarmerii Kercelak był z kolei miejscem darmowego żarcia i picia wódki, przerywanego akcjami łapanek, by Polakom nie przewróciło się we łbach".

zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Fusy zalewane po kilka razy

- Szwarc, mydło i powidło – mówi Aleksandra Zaprutko-Janicka, gdy pytam ją, czym handlowano w czasie wojny.

- Handlowano wszystkim. Zdarzało się, że ludzie zostawali w jednej koszuli, bo wyprzedali wszystko, by mieć na jedzenie lub wykupienie kogoś bliskiego. W Warszawie krzyżowały się szlaki z zachodu na wschód, więc można tu było kupić i kawior ze Związku Radzieckiego, i koniak czy francuskie perfumy.

Łapanki na ulicach, ogólny głód – i perfumy? Czy takie produkty naprawdę cieszyły się zainteresowaniem? Zaprutko-Janicka przypomina, że przecież w czasie wojny jedni cierpieli głód, a inni nader szybko się wzbogacili. To przede wszystkim ludzie, którzy parali się współpracą z Niemcami, ale też szmalcownicy i ci, którzy brali wysokie łapówki za na przykład zwolnienie kogoś z gestapo.

Handlowano więc wszystkim – od szmuglowanego mięsa po nikomu już niepotrzebną rodową porcelanę, od fałszowanych dokumentów po wszy. Te ostatnie kupowali niemieccy żołnierze, bo kto miał problem z tymi pasożytami, musiał poddać się obowiązkowej dwutygodniowej kwarantannie, co odwlekało powrót na front wschodni.

- Wszy dobre, tłuste wszy hodowlane, sprzedaję! – zachwalali swój towar obrotni sprzedawcy.

Na Kercelaku czy Bazarze Różyckiego można kupić zresztą znacznie więcej tego, co dziś nazwalibyśmy osobliwościami, ale w czasach wojennych stały się po prostu artykułami pierwszej potrzeby.


zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Choćby fusy po kawie czy herbacie, które dziś od razu wyrzucamy. W czasach wojny kawa i herbata były jednak towarem deficytowym, do tego tak drogim, że kupować je mogli tylko najbardziej uprzywilejowani. Aby wypić coś, co choć trochę przypominać będzie kawę czy herbatę, fusy zalewano po kilka razy. Najlepszej jakości mieszanki dobrze się do tego nadawały.

„Używane” fusy kupowały nie tylko gospodynie domowe, lecz także właściciele kawiarni – niedobory dotykały przecież wszystkich w równym stopniu. Żeby fusy „smakowały jak nowe”, kupujący wielokrotnie je dosmaczali (tego właśnie słowa używa w rozmowie ze mną Aleksandra Zaprutko-Janicka. Gdy przyznaję, że nie wiem, w czym rzecz, wyjaśnia, że słowo to podłapała z przedwojennych książek, a oznacza ni mniej, ni więcej – „przyprawiać”).

Swoistym znakiem czasów stały się stoiska z książkami. Ludzie za grosze wyprzedawali piękne, stare wydania klasyki, bo mieli świadomość, że bogaty księgozbiór ich nie nakarmi.

Wojna pisze swoje scenariusze

Aby utrzymać się przy życiu, warszawiacy nie tylko wyprzedawali rodzinne zbiory. Warunkiem przeżycia (choć też żadną gwarancją) było wykonywanie jakiejś użytecznej pracy, więc nawet ludzie, których ręce wcześniej nie doświadczyły trudu pracy fizycznej, imali się nowych zajęć.

Przyjaciele i rodzina kręcili głową – tak marnować talent, rozmieniać się na drobne? Prowadzić kiosk z papierosami – czy to przystoi wielkiej pisarce?


zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

Zofia Nałkowska zdawała się lubić nowe zajęcie. Oczywiście, że wolałaby żyć w spokojnych czasach i pisać kolejne książki i opowiadania, ale w wojennej rzeczywistości swoboda wyboru była przecież przywilejem dostępnym dla niewielu.

Nałkowska podobno bardzo dobrze czuła się za ladą. Nie tylko lubiła robić interesy (tanio kupić, dobrze sprzedać), ale ceniła sobie też bezpośredni kontakt z ludźmi, których nie poznałaby w innych okolicznościach. Niestety, pomimo prawdziwego zacięcia, biznes szedł tak sobie i w pewnym momencie splajtował.

Handel nie był typową działką, w której przymusowo realizowali się artyści. Aleksandra Zaprutko-Janicka zwraca uwagę, że więcej ich było w szeroko rozumianej gastronomii.

- Nie przypadkiem działający przy dzisiejszej ulicy Pięknej (dawniej: Piusa XI) lokal nazywał się Kawiarnia u Aktorek. To właśnie w takich miejscach artyści mogli występować przed publicznością, bo przecież "tylko świnie siedzą w kinie, co bogatsze, to w teatrze" – dodaje.

Zupełnie nowa mapa miasta

63 dni powstania warszawskiego odmieniły oblicze stołecznego handlu. O ile wcześniej za wszystko trzeba było zapłacić, a ceny podstawowych artykułów potrafiły być kilkakrotnie wyższe niż przed wojną, to w czasie Powstania ludzie bardzo chętnie się dzielili. Właściciele sklepów otwierali magazyny, szmuglerzy znosili przywiezione spod Warszawy mięso i warzywa do garkuchni, by trafiły do wspólnego gara i nakarmiły powstańców.

Po powstaniu z warszawskiej mapy zniknęły bazary, handel uliczny. Zniknęli szmuglerzy i kupujący, a niesprzedane księgozbiory spłonęły. Kercelak nie doczekał wyzwolenia. Niemcy zlikwidowali go w połowie 1944 r. Po wojnie handlarze na krótko na niego wrócili, ale bezpowrotnie zniknął z mapy warszawy, gdy w 1947 r. zaczęto budowę Trasy W-Z, która przebiegała przez jego środek.

Kawiarnia U Aktorek działała jeszcze przez 15 pierwszych dni Powstania.

A później wszystko miało symboliczny nowy początek.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

warszawa, ii wojna, okupacja, powstanie warszawskie, handel w czasie wojny, kercelak, szmuglerzy
Czytaj także
Polecane galerie
piada
2018-08-12 09:28
80% strat niemieckich było na froncie wschodnim ,tam była prawdziwa rzeźnia a nie wywczasy na froncie zachodnim , alianci wylądowali w Normandii gdy Rosjanie wyzwalali Lublin
chłopskie pochodzenie
2018-08-12 08:08
Handluje się i dzisiaj wszystkim ,niepotrzebnym i zbytecznym takie ludziska mają skrzywienia -według mnie pozytywne ,bo nikomu nie szkodzą na zdrowiu i życiu.
Kary nie i nie robi się po kryjomu-vide bazar Koło-Warszawka !!!
Ada
2018-08-12 07:51
POseł Niesiołowski POlecał Polakom szczaw imirabelki. I co ciekawe, ten typ nadal POłuje! Ile to już lat POsle u koryta tkwisz?
Pokaż wszystkie komentarze (15)