Niemiecki rynek pracy u progu zapaści. Ponura prognoza

Niemiecka gospodarka staje w obliczu demograficznego tąpnięcia - wynika z najnowszego raportu Instytutu Gospodarki Niemieckiej. Masowe odejścia na emeryturę pokolenia baby boomers drastycznie skurczą rynek pracy i nadwyrężą system opieki społecznej. W ciągu dekady zabraknie milionów rąk do pracy. Polska będzie mieć podobny problem.

Niemiecki rynek pracy u progu zapaści. Ponura prognoza. Na zdjęciu ulica MoguncjiNiemiecki rynek pracy u progu zapaści. Ponura prognoza. Na zdjęciu spacerowicze w Moguncji
Źródło zdjęć: © Getty Images | Michael Nguyen/NurPhoto
Robert Kędzierski

Z ponad 19 milionów Niemców urodzonych w okresie powojennego wyżu demograficznego już 5 milionów osiągnęło ustawowy wiek uprawniający ich do pobierania świadczeń, takich jak emerytura. Philipp Deschermeier oraz Holger Schäfer, autorzy analizy przygotowanej dla Instytutu Gospodarki Niemieckiej (IW), nie pozostawiają złudzeń: presja demograficzna na tamtejszy rynek pracy w najbliższych latach ulegnie drastycznemu nasileniu. Sytuacja ta wymusi głębokie zmiany nie tylko w strukturze zatrudnienia, ale i w całym modelu finansowania państwa dobrobytu.

Niemcy, podobnie jak Polska i reszta Europy, zmagają się z konsekwencjami demograficznych przemian sprzed 60-70 lat. To właśnie wtedy, pomiędzy rokiem 1954 a 1969, w Niemczech Zachodnich rodziło się rocznie ponad milion dzieci. Jak przypominają badacze, ten boom zakończył się gwałtownie pod koniec lat sześćdziesiątych. Posiadanie dużej liczby dzieci przestało być centralnym celem życiowym, a na znaczeniu zyskała samorealizacja, zwłaszcza na polu zawodowym. Od tamtego czasu wskaźniki urodzeń nigdy nie wróciły do dawnych poziomów, co w połączeniu z rosnącą średnią długością życia trwale zmieniło strukturę wiekową niemieckiego społeczeństwa.

Rynek pracy ma problem. Polska potrzebuje imigrantów bardziej niż myśli

Skutki tych wieloletnich procesów są dziś boleśnie odczuwalne w całym kraju. Z danych przytaczanych w raporcie Deschermeiera i Schäfera wynika, że w minionym roku populacja Niemiec skurczyła się, ponieważ historycznie niska liczba urodzeń nie mogła już zostać zrekompensowana przez napływ imigrantów. Co gorsza, globalna demografia i jej prognozy uległy w Europie zauważalnemu pogorszeniu.

Jeszcze niedawno zakładano umiarkowany wzrost liczby ludności, jednak chłodniejsze perspektywy gospodarcze oraz zmiany w polityce migracyjnej rządu sprawiły, że eksperci IW przewidują obecnie stały spadek populacji w perspektywie najbliższych dwóch dekad.

Widmo kurczących się kadr. Miliony wakatów bez pokrycia

Największym zmartwieniem dla największej gospodarki Europy jest jednak tempo, w jakim kurczyć się będzie baza osób aktywnych zawodowo. Według wyliczeń ekspertów IW w ciągu najbliższej dekady na rynek pracy wejdzie znacznie mniej młodych ludzi, niż z niego odejdzie, co wygeneruje lukę szacowaną na ponad cztery miliony pracowników. Do połowy lat 30. obecnego wieku cała generacja baby boomers ostatecznie opuści zakłady pracy i osiągnie wiek emerytalny.

Ekonomiczne konsekwencje tego zjawiska bezlitośnie uderzą w portfele wszystkich obywateli, obciążając systemy państwowe. Autorzy analizy ostrzegają, że coraz mniejsza grupa pracujących będzie musiała utrzymać rosnącą rzeszę emerytów, którzy nadal będą zgłaszać popyt na towary i usługi. To z kolei grozi nie tylko ograniczeniem możliwości konsumpcyjnych, z jakich do tej pory słynęła niemiecka gospodarka, ale także zaostrzeniem konfliktów o podział kurczących się środków na świadczenia socjalne.

Nadzieje na to, że braki kadrowe załata szybko rozwój technologii, są zdaniem badaczy przedwczesne. Jak zauważają w swoim opracowaniu, sztuczna inteligencja nie przełożyła się jeszcze na makroekonomiczny wzrost produktywności, a często wręcz kreuje nowe potrzeby, do których zaspokojenia znów niezbędna jest praca ludzkich rąk.

Czas na radykalne decyzje. Imigracja nie uratuje sytuacji

W obliczu tych wyzwań niemiecka debata publiczna skupia się obecnie na poszukiwaniu doraźnych i długofalowych rozwiązań ratunkowych. Raport Instytutu Gospodarki Niemieckiej wskazuje, że sama zagraniczna migracja zarobkowa nie wystarczy. Choć ramy prawne dla pracowników z zagranicy oceniane są jako odpowiednie, to barierą pozostaje potężna biurokracja wizowa oraz niewydolność urzędów ds. cudzoziemców. Ponadto eksperci zauważają, że państwa, z których przez lata napływała do Niemiec siła robocza – w tym kraje Europy Środkowo-Wschodniej – same zmagają się z kryzysem demograficznym i bogacą się, co naturalnie zmniejsza motywację do emigracji zarobkowej na zachód Europy.

W tej sytuacji kluczowe staje się lepsze wykorzystanie zasobów kadrowych, które już fizycznie znajdują się na miejscu, co w świetle niemieckich realiów wymaga zmiany myślenia o etacie. Niemcy charakteryzują się wysokim ogólnym wskaźnikiem zatrudnienia, ale jednocześnie stosunkowo niską liczbą przepracowanych godzin w przeliczeniu na pracownika ze względu na popularność pracy na część etatu.

Badacze przekonują, że to właśnie w aktywizacji obecnych kadr kryje się dziś absolutnie największy potencjał gospodarczy. Aby jednak zachęcić obywateli do dłuższej pracy, konieczna jest gruntowna zmiana warunków finansowych. Z analiz przytaczanych przez Deschermeiera i Schäfera wynika, że wielu pracowników pełnoetatowych byłoby skłonnych wydłużyć swój czas pracy, gdyby nałożone na nich podatki oraz wysokie składki na ubezpieczenia społeczne uległy odczuwalnemu obniżeniu.

Twórcy raportu apelują, by każda nowa ustawa parlamentarna przechodziła swoisty "test demograficzny", który przed uchwaleniem oceni jej bezpośredni wpływ na ogólną podaż pracy. Zbliżająca się gigantyczna fala odejść na emeryturę nie jest już bowiem odległą prognozą, lecz twardą rzeczywistością, do której niemiecka gospodarka musi dostosować się tu i teraz, by uniknąć głębokiej zapaści.

Wpływy i odpływy w poptencjale osób aktywnych zawodowo
Wpływy i odpływy w poptencjale osób aktywnych zawodowo © Wp.pl

Polska ma podobne problemy. Z rynku pracy znikną miliony osób

Polską sytuację demograficzną przeanalizował w 2024 r. Polski Instytut Ekonomiczny. Według obszernego raportu PIE do 2035 r. polski rynek pracy skurczy się o 2,1 miliona osób. Stanowi to ubytek rzędu kilkunastu procent obecnego stanu zatrudnienia w naszej gospodarce.

Głównym powodem tak drastycznego spadku - tłumaczy PIE - jest przechodzenie na emeryturę licznego pokolenia dzisiejszych 50-latków, przy jednoczesnym braku zastępowalności przez znacznie mniej liczne młodsze roczniki wchodzące w dorosłość.

Długoterminowe perspektywy rysują się w jeszcze ciemniejszych barwach. Z szacunków Komisji Europejskiej wynika, że do 2050 r. z polskiego rynku pracy może ubyć łącznie aż 5 milionów osób. Unijni analitycy prognozują, że za niespełna trzy dekady na każdą setkę pracujących będzie przypadało ponad pięćdziesięciu emerytów. Oznacza to wzrost obciążenia demograficznego, który wymusi zmianę dotychczasowych modeli biznesowych, a także głębokie reformy systemów zabezpieczeń społecznych i opieki zdrowotnej.

Cios w kluczowe branże

Nadchodzące zmiany nie rozłożą się równomiernie na całą gospodarkę. Eksperci PIE wskazują, że najboleśniej braki kadrowe odczuje sektor edukacji oraz opieki zdrowotnej, gdzie ubytek kadr może sięgnąć odpowiednio blisko jednej trzeciej oraz niemal jednej czwartej obecnego personelu. Są to dziedziny o fundamentalnym znaczeniu dla funkcjonowania państwa, w których praca ludzka jest wyjątkowo trudna do zastąpienia przez nowe technologie.

Poważne tąpnięcie czeka również rodzimy przemysł - w ciągu najbliższej dekady może się tu pojawić kilkaset tysięcy wakatów. To właśnie ten sektor generuje znaczną część wartości dodanej w polskiej gospodarce i napędza eksport. Ekonomiści PIE szacują, że same braki rąk do pracy w fabrykach i zakładach produkcyjnych mogą obniżyć polskie PKB o kilka procent w perspektywie 2035 r., zakładając brak innych czynników mitygujących ten trend.

Koniec demograficznej dywidendy

Warto przypomnieć, że przez pierwsze dwie dekady transformacji ustrojowej Polska czerpała ogromne korzyści z tak zwanej dywidendy demograficznej. W przeszłości na rynek wchodziły liczne roczniki młodych, dobrze wykształconych ludzi, co zapewniało firmom stały dostęp do kadr i przyciągało nad Wisłę zagraniczny kapitał. Ten etap przeszedł już jednak do historii, a krajowa gospodarka musi mierzyć się ze zjawiskiem odwróconej dywidendy.

Obecnie rezerwy kadrowe są na wyczerpaniu. Dane Eurostatu pokazują, że wskaźnik niewykorzystanego potencjału pracy, obejmujący osoby bezrobotne oraz bierne zawodowo, należy w naszym kraju do najniższych w całej Unii Europejskiej i oscyluje wokół zaledwie kilku procent. Oznacza to, że rodzime przedsiębiorstwa działają niemal na granicy swojej wydolności zatrudnieniowej, a łatanie braków poprzez prostą aktywizację bezrobotnych staje się niemożliwe.

Ratunek w "srebrnej gospodarce"

W obliczu tak poważnych wyzwań decydenci i biznes szukają kół ratunkowych. Wśród potencjalnych rozwiązań wymienia się przede wszystkim automatyzację procesów i wdrażanie sztucznej inteligencji. Istotnym buforem pozostaje również migracja zarobkowa, jednak analitycy wątpią, by jej skala zdołała w pełni zasypać przewidywaną wyrwę.

W tej sytuacji kluczowym zadaniem dla gospodarki staje się budowa tak zwanej "srebrnej gospodarki" – tworzenie elastycznych warunków zatrudnienia i zachęt finansowych, które skłonią najstarszych pracowników do pozostawania aktywnymi zawodowo znacznie dłużej, niż wynika to z ustawowego wieku emerytalnego - czytamy w rekomendacjach KE.

Wybrane dla Ciebie