Ministra chce pomóc kobietom. Inaczej czekają je głodowe emerytury [OPINIA]
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wezwała do publicznej debaty na temat zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. To postulat, pod którym podpisuje się zdecydowana większość ekonomistów. Mimo to, skończyć z dyskryminacją kobiet w systemie emerytalnym będzie niezwykle trudno. Tak, kobiet, choć ministra powiedziała o mężczyznach.
"Rozumiem mężczyzn, którzy mówią: jesteśmy traktowani tutaj nierówno" – powiedziała na antenie radiowej "Trójki" Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra funduszy i polityki regionalnej, odnosząc się do zróżnicowanego ze względu na płeć minimalnego wieku emerytalnego. Według niej ten próg trzeba zrównać, podwyższając go dla kobiet z 60 do 65 lat.
Liderka Polski 2050 do drażliwego tematu podwyżki minimalnego wieku emerytalnego podchodzi nie po raz pierwszy. Tym razem wykazała się jednak podziwu godną rozwagą. W powszechnym systemie emerytalnym Polaków najbardziej oburza bowiem to, że powszechny jest tylko z nazwy. W praktyce niektóre grupy zawodowe (rolnicy, mundurowi) są z niego wyłączone, inne zaś cieszą się rozmaitymi przywilejami (górnicy, przedsiębiorcy o wysokich dochodach, którzy płacą minimalne składki). Większa część opinii publicznej te wyłomy uważa za niesprawiedliwe. Dlatego alergicznie reaguje na wszelkie sugestie, że nawet osoby objęte powszechnym systemem emerytalnym i nie korzystające z żadnych przywilejów nabywają uprawnienia emerytalne zbyt wcześnie.
Śmieszna kwota. Legenda ujawniła wysokość emerytury
Czytelnicy money.pl mogli się o tym przekonać choćby przeglądając komentarze, które pojawiły się pod naszymi niedawnymi wywiadami z Anną Pettersson Westerberg, szefową Szwedzkiej Agencji Emerytalnej, oraz z prof. Vincenzo Galasso, włoskim ekonomistą specjalizującym się w tematyce emerytalnej.
Zarówno Szwecja, jak i Włochy powiązały minimalny wiek emerytalny z oczekiwaną długością życia i stopniowo go podnoszą. W obu krajach docelowo sięgnie on 70 lat. Choć rozmowy nie dotyczyły bezpośrednio Polski, nasz system emerytalny działa na podobnych zasadach co szwedzki i włoski. Większość argumentów, które przemawiają za podwyższaniem w tych krajach wieku emerytalnego, obowiązuje też nad Wisłą. Wielu komentatorów uznało jednak, że takie reformy nie wchodzą u nas w grę dopóty, dopóki będą dotyczyły tylko części pracowników.
To kobiety są pokrzywdzone, nie mężczyźni
Rozpoczynając ponownie dyskusję o podwyżce minimalnego wieku emerytalnego od kwestii sprawiedliwości tego systemu, ministra Pełczyńska-Nałęcz dobrze te nastroje społeczne wyczuła. Błędnie jednak rozpoznała grupę dyskryminowanych. Zróżnicowany ze względu na płeć wiek emerytalny jest bowiem krzywdzący nie tylko dla mężczyzn, ale przede wszystkim dla kobiet. To one będą ponosiły koszt zbyt krótkiego stażu pracy w stosunku do długości życia na emeryturze. I to je trzeba przekonać do tego, że powinny pracować dłużej, a warunkiem rzeczywistego wydłużenia ich stażu pracy jest podwyżka minimalnego wieku emerytalnego.
- W latach 70. XX w. przeciętna kobieta w Szwecji była emerytką przez 10 lat, dzisiaj pobiera świadczenie przez 20 lat. Żaden system emerytalny na świecie nie poradziłby sobie z tak dużymi zmianami bez podwyżek wieku emerytalnego lub składek emerytalnych – mówiła we wspomnianej rozmowie Anna Pettersson-Westerberg. Tymczasem w Polsce oczekiwany czas życia na emeryturze kobiet, które zaczęły pobierać świadczenie w 2022 r., wynosił 24 lata, rok więcej niż średnio w UE, a dziś jest jeszcze dłuższy. Ta różnica to właśnie konsekwencja wyjątkowo niskiego w Polsce minimalnego wieku emerytalnego kobiet, bo oczekiwane dalsze trwanie życia 60-latki jest u nas o niemal dwa lata krótsze niż średnio w UE.
Jak rozumieć ostrzeżenia szefowej Szwedzkiej Agencji Emerytalnej, że żaden system emerytalny nie poradzi sobie z takim wydłużaniem się czasu życia na emeryturze? Wbrew pozorom nie chodzi o "bankructwo ZUS-u". Przeciwnie: nasz system emerytalny jest tak skonstruowany, że – co do zasady – będzie się bilansował niezależnie od trendów demograficznych. Mechanizmem, który zapewnia mu równowagę, jest sposób ustalania wysokości świadczeń. Ubezpieczeni otrzymają (odpowiednio zwaloryzowaną) sumę odprowadzonych w czasie pracy składek emerytalnych podzieloną przez oczekiwany czas ich życia na emeryturze. Im krócej będą pracować, a dłużej czerpać z oszczędności emerytalnych, tym niższe będzie ich świadczenie. A ponieważ w Polsce wiek emerytalny kobiet jest niższy niż gdziekolwiek indziej w UE, ich świadczenia senioralne będą głodowe.
Młode Polki czeka wstrząs, na który nie są przygotowane
To nie jest tylko hiperbola. Według prognoz Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Polka, która będzie pracowała od 22. roku życia do osiągnięcia minimalnego wieku emerytalnego, otrzymując przez cały ten czas przeciętne wynagrodzenie, po zakończeniu kariery będzie mogła liczyć na świadczenie z powszechnego systemu emerytalnego na poziomie zaledwie 22 proc. swojej pensji brutto lub 32 proc. pensji netto.
Obywatelki innych państw należących do OECD, organizacji zrzeszającej głównie wysoko rozwinięte gospodarki, mogą liczyć na tzw. stopę zastąpienia na poziomie – odpowiednio – 51 i 62 proc. swojego wynagrodzenia.
Równie nieciekawe perspektywy na jesień życia mają tylko Litwinki. Ale one, w przeciwieństwie do Polek, mają tego pełną świadomość. Nad Niemnem już dzisiaj relacja przeciętnej emerytury do przeciętnej płacy jest bardzo niska. Według Eurostatu, medianowy (środkowy) dochód z tytułu emerytury litewskich seniorów w wieku 65-74 lat (bez względu na płeć) tylko nieznacznie przekracza 30-proc. medianowego dochodu z pracy osób zbliżających się do wieku emerytalnego. W Polsce ta miara adekwatności świadczeń emerytalnych jest w okolicy 67 proc. dla mężczyzn i 57 proc. dla kobiet, nieco wyżej niż średnio w całej UE.
To nie są tylko teoretyczne liczby. Młode Litwinki widzą, jaki poziom życia mają na emeryturze ich dziadkowie i rodzice. To wpływa na ich decyzje dotyczące edukacji, kariery zawodowej, rodziny, zdrowia oraz oszczędzania, czyli wszystkiego tego, co może zapewnić im bezpieczeństwo finansowe w okresie, gdy nie będą już mogły pracować. Tymczasem młode Polki czeka szok, na który nie mają się jak przygotować. Żyją bowiem w otoczeniu, w którym poziom świadczeń starszych kobiet zdaje się nie zależeć mocno od stażu ich pracy.
Obecnie, pomimo wyjątkowo dużej różnicy w wieku emerytalnym kobiet i mężczyzn, Polska należy do państw OECD, w których zróżnicowanie emerytur ze względu na płeć jest najmniejsze. Ten paradoks wynika częściowo z hojnych mechanizmów dziedziczenia emerytur po zmarłym małżonku, częściowo zaś z tego, że wysokość świadczeń kobiet i mężczyzn jest obliczana na podstawie średniego oczekiwanego dalszego trwania życia dla obu płci. To obniża świadczenia mężczyzn, a podwyższa świadczenia kobiet - co można faktycznie uznać za pewną niesprawiedliwość wobec tych pierwszych.
Wobec takich sygnałów płynących z otoczenia trudno oczekiwać, że kobiety będą dobrowolnie opóźniały moment przejścia na emeryturę, niezależnie od tego, w jakim wieku nabędą do tego uprawnienia. A nawet gdyby te zaszyte w systemie emerytalnym bodźce do dłuższej pracy (im więcej lat składkowania i mniej lat korzystania z tych oszczędności, tym wyższe świadczenie) były naprawdę skuteczne, nie usuwałyby niektórych innych negatywnych konsekwencji niższego formalnego wieku emerytalnego kobiet.
Niższy wiek emerytalny kobiet to źródło ich dyskryminacji
Jedną z nich jest dyskryminacja kobiet na rynku pracy. Jak tłumaczył niegdyś w artykule na łamach money.pl prof. Marek Góra, współautor reformy emerytalnej z 1999 r., niższy minimalny wiek emerytalny kobiet jest jedną z przyczyn luki płacowej ze względu na płeć.
– W wieku, powiedzmy, powyżej 50 roku życia kobiety są często postrzegane jako osoby, które relatywnie niedługo, wcześniej niż mężczyźni, przejdą na emeryturę (…) Nawet kobieta, która chce się dalej rozwijać zawodowo i pracować dużo dłużej niż do tego wieku, będzie na ogół potraktowana zgodnie z tym założeniem. W praktyce znaczy to, że trudniej jej będzie awansować, rzadziej będzie kierować zespołami innych pracowników – no bo "jest na wylocie". Także dlatego wyższe stanowiska obsadzone są głównie przez mężczyzn – pisał ekonomista.
Zwracał też uwagę na to, że jeśli pracodawca musi dokonać redukcji zatrudnienia, w pierwszej kolejności zwolni kobiety, które uzyskały już uprawnienia emerytalne.
Jednocześnie argumenty, które mogłyby uzasadniać zróżnicowanie wieku emerytalnego ze względu na płeć, naprawdę trudno dzisiaj znaleźć. Dawniej zwolennicy tego rozwiązania powoływali się zwykle na większe obciążenie kobiet nieodpłatną pracą domową, w tym związaną z wychowaniem dzieci. Jak twierdzili, kobietom należy się za to jakieś wynagrodzenie. Dzisiaj wskaźniki dzietności szorują po dnie, ale nawet gdyby było inaczej, trudno zrozumieć, w jaki sposób głodowe emerytury miałyby stanowić jakąś nagrodę za trudy macierzyństwa.
Postulat jest, poparcia nie będzie?
Wobec ewidentnych mankamentów zróżnicowania wieku emerytalnego mężczyzn i kobiet, a także braku jednoznacznych zalet, nie powinno dziwić, że instytucje międzynarodowe, takie jak OECD i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, regularnie nawołują polskie władze do likwidacji tego anachronizmu. Postulat ten cieszy się też nadzwyczaj dużym poparciem ekonomistów. Spośród niemal 60 przedstawicieli tej profesji, którzy wzięli udział w ankiecie money.pl z 2024 r., aż 86 proc. opowiedziało się za zrównaniem wieku emerytalnego obu płci na poziomie 65 lat.
Mimo to minister Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz trudno będzie uzyskać polityczne poparcie dla jej propozycji, nawet w rządzącej koalicji, o opozycji nie wspominając. Taka reforma wymagałaby bowiem przemyślenia na nowo sposobu przyznawania i waloryzowania emerytury minimalnej. Obecnie jest ona na tyle wysoka, że duża część kobiet nie odprowadzi składek, które zapewnią im wyższe świadczenie, nawet jeśli będą rzeczywiście pracowały do 65. roku życia. Problem w tym, że z perspektywy polityków podwyżki emerytury minimalnej to bardzo atrakcyjny sposób na zdobywanie głosów coraz liczniejszych emerytów, którzy z tego świadczenia korzystają.
Paradoksalnie, to właśnie emerytura minimalna jest jednym ze źródeł deficytu w ZUS (w tym roku sięgnie on niemal 91 mld zł), na który również zwróciła uwagę szefowa Polski 2050, uzasadniając konieczność zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. To świadczenie stanowi swego rodzaju dopłatę dla osób, które – pomimo stażu pracy na poziomie co najmniej 20 (kobiety) lub 25 lat (mężczyźni) – odprowadziły za mało składek, aby uzyskać adekwatne w ocenie państwa zabezpieczenie na starość.
Siłą rzeczy to rozwiązanie musi być finansowane z budżetu centralnego, a nie ze składek. Innym źródłem deficytu w ZUS jest to, że wielu emerytów pobiera świadczenia wypracowane częściowo lub w całości w ramach starego systemu emerytalnego, sprzed reformy w 1999 r. Spośród wielu argumentów na rzecz zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, ten odwołujący się do kondycji finansów publicznych jest więc najmniej istotny. A to utrudnia budowanie wokół takiej reformy konsensusu.
Grzegorz Siemionczyk, główny analityk money.pl