Stypendium dla Mai Chwalińskiej obnaża słabość polskiej polityki sportowej [OPINIA]

Za inspirujący sukces w turnieju Rolanda Garrosa Maja Chwalińska zasłużyła na najwyższe państwowe ordery. Ale państwowe pieniądze powinny być zarezerwowane dla talentów jeszcze niespełnionych. Przyznając tenisistce roczne stypendium, minister sportu obnażył największe mankamenty polskiego systemu wsparcia sportowców.

Maja ChwalińskaMaja Chwalińska
Źródło zdjęć: © Getty Images | 2026 DeFodi Images
Grzegorz Siemionczyk

Historia Mai Chwalińskiej, która w miniony weekend walczyła w finale wielkoszlemowego turnieju Rolanda Garrosa, choć wcześniej słyszeli o niej tylko najbardziej zagorzali fani tenisa, jest niezwykła. Pokazuje, jak zauważyło Ministerstwo Sportu i Turystyki we wpisie na X, że "determinacja, konsekwencja i ciężka praca potrafią zaprowadzić na szczyt". Nic dziwnego, że częścią tej historii chcą być zarówno firmy, które bez wątpienia zasypią tenisistkę ofertami sponsorskimi, jak i politycy.

Na próbę ogrzania się w blasku sukcesu tenisistki wygląda też inicjatywa ministra sportu Jakuba Rutnickiego, aby przyznać jej najwyższe możliwe stypendium sportowe, w wysokości 9600 zł brutto miesięcznie. Ze wsparciem jej dalszej kariery nie ma to bowiem nic wspólnego. A w roli nagrody znacznie lepiej sprawdziłby się państwowy medal lub order. Oferując jej dzisiaj pieniądze, minister mimowolnie przyznał, że jego resort zawiódł w poprzednich latach, gdy tenisistka miała problemy z opłacaniem noclegów w czasie turniejów. Ujawnił też całkowity brak zrozumienia, dlaczego tak się stało.

Trzy słabości polityki wsparcia sportowców

Największe słabości polskiej polityki wsparcia sportowców to akcyjność, doraźność i uznaniowość. Trudno o lepszy symbol niż stypendium przyznane już po sukcesie sportowca, i to jeszcze takim, z którym wiążą się dochody idące w miliony złotych (sama wygrana za grę w finale Rolanda Garrosa to ponad 3 mln zł netto). Ale takich symboli jest więcej – i znacznie bardziej kosztownych. To choćby finansowanie przez samorządy klubów piłkarskich, które z powodzeniem na siebie zarabiają, albo sponsorowanie komercyjnych przedsięwzięć sportowych przez spółki skarbu państwa.

Niesamowity gest Mai Chwalińskiej. "Pomogła z resztek, które jej zostały"

Podstawowym zadaniem państwa w dziedzinie sportu powinno być zachęcanie do aktywności fizycznej dzieci i młodzieży oraz umożliwianie tym z nich, które wykazują ponadprzeciętne zdolności i determinację, rozwoju w wybranej dyscyplinie. To wymaga inwestycji w możliwie różnorodną infrastrukturę sportową, z ewentualnym naciskiem na kilka wybranych dyscyplin. O kryteriach tego wyboru można pewnie długo dyskutować, ale jasne jest, że program budowy tzw. orlików z lat 2008-2012 był zakrojony zbyt wąsko. Za dowód niech posłużą popadające w ruinę korty tenisowe w Dąbrowie Górniczej, na których swoją przygodę z rakietą zaczęła Maja Chwalińska.

Z powyższego zadania polskie władze wywiązują się słabo. W polityce sportowej widać raczej tzw. "efekt świętego Mateusza": duża część publicznych pieniędzy przeznaczonych na sport trafia tam, gdzie i tak ich nie brakuje. A tam, gdzie pieniędzy nie ma, zwłaszcza w sporcie dziecięcym i młodzieżowym, sukcesy zawodników zależą od zasobności i zaangażowania ich rodzin.

Tak działa efekt św. Mateusza

W klubie hokejowym, w którym trenują moje dzieci, zdarza się, że powołani na wyjazdowy mecz lub turniej zawodnicy odmawiają udziału. Za transport i noclegi płacić muszą bowiem rodzice, którzy obciążeni są sporą składką członkowską i kosztami zakupu sprzętu. Wielu z nich, szczególnie wychowujących kilkoro dzieci, na ten dodatkowy wydatek nie może już sobie pozwolić.

W rezultacie zawodnicy z lepiej sytuowanych rodzin mają więcej okazji do grania i większe możliwości rozwoju. A później część z tych najlepiej rokujących dzieci, gdy rodzinne budżety na to pozwalają, wyjeżdża trenować do Czech, Szwecji lub Kanady. Ostatecznie więc najdalej dochodzą zwykle nie ci zawodnicy, którzy mieli najwięcej talentu i najciężej trenowali, tylko ci, którzy mieli lepsze zaplecze. Typowa nierówność szans, której niwelowanie należy do zadań państwa.

To przykład z bliskiej mi dyscypliny i z relatywnie zamożnej Warszawy. Nie mam jednak wątpliwości, że w innych sportach i w innych miastach młodzi sportowcy napotykają tego samego typu bariery, na ogół pewnie jeszcze wyższe. Wśród nich jest być może kolejna dziewczyna, która idzie drogą Mai Chwalińskiej. I dla niej stypendium od Ministerstwa Sportu i Turystyki, nawet sporo niższe, mogłoby stanowić przełom. Dla naszej nowej gwiazdy tenisa to już tylko miły gest polityka.

Rzecz w tym, że od przedstawicieli rządu nie powinniśmy oczekiwać gestów, tylko systemowego działania. Polityka stypendialna też z powodzeniem mogłaby mieć taki charakter. Wsparcie mogłoby trafiać na przykład do rokujących młodych sportowców, niezależnie od poziomu rywalizacji, oraz do zawodowców, którzy już odnoszą sukcesy i reprezentują kraj w mało dochodowych dyscyplinach (co wcale nie jest synonimem dyscyplin niszowych). Ale w praktyce duża część stypendiów - w tym wszystkie te, które rząd przyznaje na mocy artykułu 32c ustawy o sporcie - jest całkowicie uznaniowa. Ich beneficjenci muszą spełniać jeden warunek: nie mogą być karani za doping dyskwalifikacją więcej niż raz lub na dłużej niż 24 miesiące.

W 2025 r. Ministerstwo Sportu i Turystyki z inicjatywy swojego szefa, czyli właśnie na mocy wspomnianego artykułu 32c, przyznało 1112 stypendiów na łączną kwotę 20,1 mln zł. Na pierwszy rzut oka cieszyć może to, że wśród zawodników i zawodniczek, którzy zostali w ten sposób wyróżnieni, dominują tacy, którym sport zapewnia w najlepszym razie skromne dochody. Na liście beneficjentów są dziesiątki parasportowców, ale też osoby uprawiające gimnastykę, szermierkę, kajakarstwo lub rugby plażowe. Tyle że dla nich wszystkich doraźne stypendium, przyznane bez jasnych kryteriów i siłą rzeczy nieprzewidywalne, też jest tylko rodzajem nagrody, a nie wsparciem finansowym pozwalającym myśleć o przyszłości w sporcie.

Jednocześnie sportowców, którzy potencjalnie mogą się utrzymać z udziału w zawodach lub kontraktów sponsorskich, ale potrzebują pomostu finansowego, aby osiągnąć odpowiedni poziom – czyli takich, jakim do niedawna była Maja Chwalińska - wśród stypendystów MSiT praktycznie nie ma. W ubiegłorocznym wykazie figurowała tylko jedna tenisistka (lub tenisista), która otrzymała…6 tys. zł. Gdyby tylko udało jej się wygrać kilka milionów złotych, mogłaby liczyć na większą kwotę i uścisk dłoni ministra.

Wybrane dla Ciebie