Polak przejął zakład po amerykańskim gigancie. Wspomina, jak zaczynał w biznesie
- Przejąłem cały zakład z maszynami, z paniami. Powiedzmy, że wymieniliśmy się tylko kluczami. To było moje pierwsze przejęcie i myślałem, że to już się nie wydarzy - mówił w "Biznes Klasie" Daniel Kurowski, twórca marki Jan Spekter, wspominając przejęcie szwalni w Nowym Mieście nad Pilicą. O przedsiębiorcy stało się ostatnio głośno za sprawą kolejnego przejęcia - szwalni, którą zostawił w Płocku gigant Levi Strauss.
- Pojawił się syn i pomyślałem, że to jest bardzo dobry moment, żeby teraz coś zrobić. A że potrzebowałem zarobić w życiu dużo pieniędzy i nadal potrzebuję, to myślę, że to jest dobry kierunek. Całe życie, ponad 20 lat pracy, jest zainwestowane w tę firmę - wspominał początki swojego biznesu Kurowski.
- Jak otworzyłem działalność, to na początku zlecałem innym szwalniom, żeby produkowały pod moją marką. Byłem też pośrednikiem tych marek i szwalni, prowadziłem produkcję dla innych. Ale miałem problem z terminowością, z jakością, decyzyjnością. I rozglądałem się za pozyskaniem jakiegoś punktu. Bo otwarcie szwalni nie jest w tych czasach proste. Ludzi, którzy się na tym znają, jest coraz mniej. W moim regionie: Zgierz, Łódź jest tak, że ci dobrzy są obstawieni i nie zmieniają pracy. Otworzyć zespół u nas w regionie jest prawie niemożliwe - podkreślił.
- Zlecałem to w różnych miejscach i pojawiłem się też w Nowym Mieście nad Pilicą, w szwalni, która produkowała spodnie 32 lata. Na jednym ze spotkań nieśmiało zaproponowałem, że kupię od nich ten zakład, bo oni mówili, że idą na emeryturę. Ale słyszałem, że mówią tak od pięciu lat. Ja im trochę w tym pomogłem. Teraz też wiem, dlaczego nie mogli się zdecydować. Raz, że pewnie trudno pożegnać się z biznesem po trzydziestu kilku latach. Nowe Miasto nad Pilicą to też jest mała miejscowość. Oni nie chcieli zostawić tych ludzi, swojego zespołu, bez pracy. Jest duża szansa, że te panie miałyby ogromny problem ze znalezieniem pracy po tylu latach w swojej branży. I dlatego właściciele nie odchodzili na emeryturę. Ale jak pojawił się pewien wariat i im dwa razy powtórzył tę propozycję, to na trzecim spotkaniu sami wrócili z tematem i zapytali, czy to jest aktualne. I udało się. Przejąłem cały zakład z maszynami, z paniami - wspominał.
- Powiedzmy, że wymieniliśmy się tylko kluczami. To było moje pierwsze przejęcie i myślałem, że to już się nie wydarzy. To się nie dzieje, że ktoś w mojej niszy spodniowej sprzedaje gotowe szwalnie, gdzie jest ich kilka-kilkanaście w całej Polsce - dodał.