Wicepremier: idzie najgroźniejsza zima od 2022 r. Także dla Polski

– Nie ma dziś różnicy pomiędzy tym, czy samolot zrzuci bombę na elektrownię nad Polską, czy ktoś tę elektrownię wyłączy atakiem hakerskim – przekonuje wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski w rozmowie z money.pl.

Wicepremier, minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski mówi o cybeWicepremier, minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski mówi o cyberzagrożeniach
Źródło zdjęć: © EastNews.pl | Krzysztof Kaniewski, Jan Graczyński, Grzegorz Osiecki AI
Grzegorz OsieckiTomasz Żółciak
  • – Państwo ma prawo wyłączyć model językowy na swoim terenie – uważa minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Jego zdaniem, jeśli model AI Grok na X będzie "rozbierał" ludzi ze zdjęć, Polska powinna wyłączyć całą platformę X.
  • Gigantów technologicznych z zagranicy nazywa "złem", które trzeba "wziąć w karby".
  • Gawkowski porównuje to do walki z koncernami tytoniowymi i chce podobnej zmiany świadomości.
  • Wicepremier zarzuca prezydentowi Nawrockiemu, że ostatnie weta – do ustawy implementującej unijne DSA, blokujące państwowy e-dzienniczek czy ustawę o rynku kryptoaktywów – wynikają z "silnego lobbingu korporacji" w Pałacu.

Premier pokazał scenariusz rosyjskiego zagrożenia dla Polski. Wynika z niego, że należy spodziewać się "przypadkowych" ataków. Co z tym tematem może zrobić pan jako minister cyfryzacji?

Przede wszystkim szykuje się najgroźniejsza zima w zakresie bezpieczeństwa Polski od wybuchu wojny w 2022 r.

Fizycznego czy cyfrowego?

Zła zima pod względem liczby sabotaży – zarówno kinetycznych, jak i cybernetycznych – w obszarze odpowiedzialności za polskie niebo, jak i wydarzeń w infosferze. Tych obszarów, w których wojna hybrydowa będzie się napędzać i rozpędzać, będzie coraz więcej, bo zmieniła się doktryna rosyjska. Dziś to nie tylko pole działań związane z przesuwaniem sił na froncie, ale także z pokazaniem Europie, że wojna na Ukrainie może dotyczyć każdego i może paraliżować państwa wspierające Ukrainę. A ponieważ graniczymy z Ukrainą, każdy alarm, każdy zestrzelony pocisk, każdy przelot drona, poderwanie samolotów, wysłane sygnały alarmowe – to emocje, które się utrwalają, i strach, który się pojawia.

Jak daleko nam do progu wojny, wciąż jesteśmy pod nim?

Nowoczesna wojna zmieniła swój próg. Nie ma dziś różnicy pomiędzy tym, czy samolot zrzuci bombę na elektrownię nad Polską, czy ktoś tę elektrownię wyłączy atakiem hakerskim. Skutek jest taki sam: nie działają systemy, ludzie nie mają dostępu do energii, są wściekli, państwo w jakiejś części nie funkcjonuje.


DLA CIEBIE
25 lat pracy w McDonald’s. Od pracownika do prezesa - Tomasz Rogacz II Pierwsza Praca #5 

Idąc tą logiką, w razie cyberataku na infrastrukturę krytyczną powinniśmy odpowiadać jak po zrzuceniu bomby?

Powinniśmy poinformować wszystkie państwa, że mieliśmy do czynienia z atakiem cyberterrorystycznym ze strony państwa – gdyby to była Rosja – i jednocześnie wdrożyć swoje siły na tym samym poziomie eskalacyjnym, pokazując adwersarzowi, że możemy zrobić mu tę samą krzywdę. Mocno informujemy każdą stronę próbującą w Polsce sabotażu, że jeśli w obszarze cyber dojdzie do sabotażu, Polska potrafi oddać. To nie nowość – mówiłem to wielokrotnie: mamy siły i środki, potrafimy realizować także zadania ofensywne.

Z początku tego roku mieliśmy przypadek penetracji systemu energetycznego. Nie było wtedy odpowiedzi albo nic o niej nie wiemy.

Polskie państwo reaguje w taki sposób, że nie zdarzają się kolejne tak duże ataki, a to oznacza, że niektórzy musieli zrozumieć, że atak na Polskę im się nie opłaca. Mówiąc w skrócie, państwo robi to, co musi, a ja nie mogę mówić o szczegółach.

Mamy coraz więcej alarmów, ale weszliśmy w taki tryb w debacie publicznej, że jak wyją syreny, jest niedobrze, bo panuje zamieszanie, budzą ludzi; jak nie wyją – też niedobrze, bo nie ostrzegły. Ludzie chyba przestali traktować alerty RCB poważnie.

Mieliśmy z ministrem Kierwińskim długą rozmowę na ten temat. Mam głębokie przekonanie, że lepiej informować i wysyłać sygnały alarmowe w czasie rzeczywistym, niż czekać na analitykę. Przecież nawet wojsko nie ma pewności w czasie rzeczywistym, co na nas leci i czy doleci. Nieinformowanie społeczeństwa w sytuacji zagrożenia jest złe. Musimy jako Polacy zmienić mentalność – już nie żyjemy w czasach stabilności. Bałtowie są przestraszeni, a i inne państwa w Europie też widzą zaogniającą się sytuację ze strony rosyjskiej, bo w Rosji kończą się zasoby i możliwości, więc to będzie jeszcze bardziej eskalować.

Może przyszła pora na audyt i stworzenie zsynchronizowanego systemu informowania obywateli?

Dokładnie nad tym pracujemy – żeby komunikacja była wielosektorowa. Do końca tego roku powstanie aplikacja rządowa pokazująca w czasie rzeczywistym zagrożenia, którą każdy obywatel będzie mógł ściągnąć. Zmienia się system syren – z rozproszonego na rozproszono-scentralizowany: będą mogły nimi zarządzać instytucje powiatowe i gminne w ramach zespołów zarządzania kryzysowego, ale też województwo i poziom krajowy. Kolejna zmiana dotyczy powiadamiania przez wibrację telefonu (broadcast) – to nie wyklucza alertów RCB ani syren, ale uzupełnia system o piąty element. Bo ktoś nie odbierze SMS-a, ktoś nie usłyszy syreny, inny akurat będzie bez telefonu.

Kiedy taki system zacznie działać?

Pierwsze elementy centralizacji syren już działają, mają w pełni zadziałać do końca roku, podobnie aplikacja. Powiadomienia przez operatorów komórkowych wymagają więcej czasu; to przyszły rok. Całość procesu to przełom tego i przyszłego roku. Aplikację realizuje MSWiA i to ono decyduje o jej ostatecznym kształcie.

Jakiś czas temu zrobiło się głośno o ostrzeżeniach z branży AI – szef Anthropic, potem Sam Altman i Elon Musk ostrzegali przed niekontrolowanym rozwojem AI. Jedni mówili, że to potrzebny sygnał, inni – że to fałszywa troska wielkich graczy dążących do oligopolu i zdławienia konkurencji.

Nie wierzę w dobre intencje dużych firm z branży AI i wielkich graczy cyfrowego rynku. Na szczycie G20 słyszałem tego samego Muska namawiającego do inwestowania w AI, bo za pięć lat będzie dziesięć razy mądrzejsza od człowieka. Słyszałem szefa Nvidii mówiącego "nie bójcie się sztucznej inteligencji, tylko się z nią zaprzyjaźnijcie". Rozsądek przychodzi wtedy, gdy państwa i instytucje międzynarodowe okiełznają AI, a nie zaufają korporacjom, że same nie będą się rozwijać z niekontrolowanymi modelami.

Ale państwa nie nadążają z regulacjami?

Nie nadążają, ale się rozpędzają. W Polsce są już pierwsze elementy tego systemu i udało się wprowadzić konieczność oznaczania treści generowanych przez AI.

To niewielki krok wobec skali wyzwania – AI już dziś bywa wykorzystywana tak, że może niszczyć życiorysy i zagrażać infrastrukturze.

Na AI trzeba patrzeć z rozsądkiem – ona przyspieszy podejmowanie decyzji, np. szybsze wprowadzanie leków na rynek, diagnostykę onkologiczną, pomoże w przeciwdziałaniu powodziom. To uratuje ludzkie życie, czasem w tysiącach. Jednocześnie pojawią się zagrożenia, np. dla rynku pracy przez zwalnianie ludzi po to, by zatrudniać boty czy wykorzystanie jej przez cyberprzestępców do łamania zabezpieczeń i kradzieży pieniędzy, w systemach dezinformacji czy do zarządzania polem walki, zarówno przez sojuszników, jak i przez Rosjan. Państwa i instytucje takie jak Unia Europejska muszą wyznaczyć granice.

Ale gdzie mają być te granice?

Modele AI nie mogą same się nadpisywać bez człowieka – nawet agenci nie mogą realizować zadań, nad którymi człowiek nie ma kontroli. Człowiek zawsze musi mieć przycisk do wyłączenia modelu i oceniać, czy nie idzie on w innym kierunku niż zakładała architektura. Polska to projektuje. W strategii AI powinny obowiązywać granice: człowiek decyduje, maszyna realizuje, a nie odwrotnie. Weźmy wolność słowa – prawo do niej ma tylko człowiek, a nie agent, bot czy czat. Nie wszystkie państwa do tego dojrzały.

Rozmawiałem podczas G20 z przedstawicielami rządu amerykańskiego, którzy uważają, że zbyt duża kontrola nad AI może zahamować jej rozwój. Nie zgadzam się z tym.

Czy te obostrzenia to nie pobożne życzenia? Wiodący twórcy AI to firmy ponadpaństwowe.

Tak samo jak z social mediami czy platformami cyfrowymi – żeby móc nad tym sprawować kontrolę, musimy stawiać mocne hamulce, które możemy zaciągnąć. Państwo ma prawo wyłączyć model językowy na swoim terenie. Nie można myśleć, że przychodzi big tech (wielkie firmy technologiczne głównie z USA – red.) i mówi: "Tu zawsze będę" – to państwo decyduje. Naruszasz zasady? Nie działasz w tym państwie czy regionie. Prosta sprawa: jeśli korporacja X, mająca model językowy Grok, na swoich czatach na platformie X zacznie rozbierać ludzi ze zdjęć, które tam wrzucają – wyłączamy jej całą platformę, nie tylko Groka, jeśli nie usuwa takiej możliwości.

Ale przyjdzie ambasador USA i powie "przepraszam bardzo, ale to jest…"

To jest kwestia dojrzałości państwa. Albo zgadzamy się, że nie zgadzamy się, by AI kierowała życiem człowieka, albo przymykamy oczy. Ja nie chcę przymykać oczu. Ludzie przez lata przyzwyczaili się do otwartości wobec platform, ale coraz mocniej czują, że przeszkadzają one w normalnym życiu, że nie są uczciwe, że kręcą się wokół pieniędzy z lewych reklam, że pojawiają się nielegalne treści jak zdjęcia pedofilskie czy nawoływanie do nienawiści rasowej, a platformy nie reagują.

Społeczeństwo dojrzewa do sztucznej inteligencji tak, jak dojrzewało do social mediów. Ta rewolucja jest często niewidzialna i niesłyszalna – mało kto zdaje sobie sprawę, że za prostym czatem stoją dziesiątki serwerów, procesory, ludzie, którzy tym zarządzają i zarabiają na tym miliardy. Dopiero gdy człowiek zaczyna to obserwować, przychodzi czas, by powiedzieć "stop, nie chcę tego".

Jak daleko jesteśmy od momentu, gdy pan jako minister, premier czy inny urzędnik będzie miał realny "guzik"?

Mamy guzik. W prawie komunikacji elektronicznej zaszyliśmy już możliwość wpływania na platformy i mówienia im, że gdzieś w Polsce to się nie będzie działo – to zrealizowaliśmy w 2024 r. Wnioski w sprawach krytycznych dla bezpieczeństwa państwa może wysyłać policja, CBZC; może to robić prokuratura. Dziś wdrożyliśmy pierwszy w Europie akt dotyczący sztucznej inteligencji, który powołuje Komisję Rozwoju i Bezpieczeństwa AI, byśmy panowali nad rozwojem tych modeli i algorytmów. Jesteśmy dopiero na początku społecznej dyskusji.

Są poglądy, że AI niesie nawet zagładę, ale ja nie jestem pesymistą AI, jestem realistą – szukam złotego środka. Uważam, że AI doprowadzi do skrócenia czasu pracy, tak jak maszyna parowa i elektryczna doprowadziły do tego, że pracujemy 8, a nie 12 godzin. Zmienia się model społeczny.

A jeśli za rok, przy napiętej sytuacji na granicy i przy wyborach, jakaś platforma zaleje się fake'ami AI o wpływie politycznym?

Po pierwsze, już od grudnia wchodzi obowiązek oznaczania wszystkiego, co wygenerowała AI – każdego filmu i zdjęcia. Nieoznaczenie tego to kara dla platformy – dziesiątki, setki milionów. Platformy mają też obowiązek usuwania takich treści. Wprowadzamy kolejny krok – akt o usługach cyfrowych, który pozwoli państwu i służbom reagować. Jeśli ktoś w ogóle nie będzie stosował się do polskich przepisów, polskie państwo może wyłączyć platformę.

Platformy, jak Meta, zarabiają ogromne pieniądze na fałszywych reklamach – czy ewentualnych kar finansowych po prostu nie wrzucają sobie w koszty?

Uważam, że wielkie korporacje i big techy to zło – nie trzeba mnie do tego przekonywać. Trzeba je okiełznać i wziąć w karby. Trzeba uświadamiać Polakom, że platforma cyfrowa nie jest ich przyjacielem, mimo że niby daje wszystko za darmo. Facebook ma w Polsce 18 milionów kont i "mówi" – jestem twoim przyjacielem, bo dostajesz coś za darmo. Ale platformy handlują twoją aktywnością – kliknięciem "lubię to", twoimi zdjęciami, danymi.

Jakie widzi pan perspektywy dla swojej inicjatywy, by ukarać Metę kwotą 250 milionów euro? Nałożenie kary 4 mld euro przez Komisję Europejską na Google ciągnęło się 8 lat.

W każdym przypadku ktoś musi zacząć w Europie. Wniosek o konkretną karę finansową dla Mety rozpoczęła Polska – nie są to proste decyzje, bo jak jesteś pierwszy, inni obserwują twój proces. Zebraliśmy dowody, m.in. dzięki NASK, które mogą posłużyć w śledztwie Komisji. Zaprosiliśmy do tego innych liderów cyfrowych w Europie – już mamy dwie deklaracje: od Danii i Finlandii. Kolejne państwa, w tym Niemcy, rozpoczęły własne badania. To będzie zmiana systemowa.

Ludzie zaczną dostrzegać, że media społecznościowe to nie tylko kwestia pojedynczego zdjęcia, ale systemowego zarabiania nieuczciwych pieniędzy kosztem obywatela. Podobnie było z koncernami tytoniowymi – najpierw nałożono na nie akcyzę, potem, po latach, ostrzeżenia i zdjęcia chorób na paczkach.

Dziś nikt nie dyskutuje, czy papierosy zabijają. Chciałbym podobnej świadomości wobec platform – żeby ludzie wiedzieli, że to, co "z tyłu", wcale nie jest piękne, że może doprowadzić do śmierci, bo patostreamerzy, których platformy nie kontrolowały, namawiali ludzi do samobójstw.

A ograniczenie social mediów dla dzieci? Szefowa KE Ursula von der Leyen zapowiedziała unijne rozporządzenie Kids Act, m.in. zakazujące kont do 13. roku życia, a między 13. a 15. – "minikonta". Czy w tej sytuacji przestajemy pracować nad krajowymi rozwiązaniami, czekając na te unijne?

Walkę ze złem platform cyfrowych traktuję jako swoją misję na ostatni rok tej kadencji. Skupię się na tym w Polsce i Europie na czterech filarach: podatku cyfrowym, banie na social media, karach dla platform i większej świadomości społecznej połączonej z prostymi mechanizmami ich opodatkowania.

Czy ta dynamika nie jest efektem zbliżających się wyborów?

Plan dotyczący social mediów ogłosiłem w listopadzie ubiegłego roku. W listopadzie 2025 r. wystąpiłem do Mety o ściąganie reklam-scamów. W kwietniu tego roku z inicjatywy Polski i Francji zorganizowano spotkanie z przewodniczącą von der Leyen dotyczące ograniczenia dzieciom dostępu do platform społecznościowych. Byłem tam i wspólnie z prezydentem Macronem namawialiśmy ją do ogłoszenia unijnej inicjatywy ograniczającej social media. I to się wydarzyło. Mamy cały ciąg zdarzeń: podatek cyfrowy w 2024 r., DSA, które trafiło na biurko prezydenta na początku 2026 r. i zostało zawetowane, mamy ograniczenie patostreamów i pornografii przez Ministerstwo Cyfryzacji. To nie jest wyborcze, nagłe działanie.

Jeśli chodzi o social media: jestem, byłem i będę zwolennikiem ograniczenia wiekowego, choć wiem, że to bardzo trudne. Rozmawiałem z australijską minister wdrażającą taki projekt, byłem w Australii, rozmawiałem z tamtejszymi NGO-sami. Sukces polegał na tym, że zniknęły 4 miliony kont, ale porażką było to, że w ciągu kwartału zaczęły się szybko odtwarzać. Dzieciaki po prostu obeszły metody weryfikacji wieku. Najważniejsze jest wprowadzenie weryfikacji wieku, której nie da się obejść, czyli weryfikacji połączonej z anonimizacją danych.

Czyli czeka pan na tzw. europejski portfel cyfrowy?

Portfel cyfrowy jest niemal gotowy, a Polska jest pierwszym krajem w UE, który realizuje jego certyfikację. To koniec tego roku i początek przyszłego. Ale nie wszyscy w Polsce mają mObywatela, nie każdy będzie miał europejski portfel, dlatego dochodzą inne metody – np. zdjęcia fizycznego dowodu osobistego, by weryfikacja była dostępna dla wszystkich. Przy 18 milionach kont na Facebooku w Polsce użytkowników mObywatela jest 13 milionów.

Czyli mimo deklaracji von der Leyen idziemy dwutorowo – krajowo i unijnie?

Bez wątpienia. Lubię Unię Europejską, ale wiem, że jej młyny mielą powoli, a to może trwać pół roku czy dłużej w Komisji i Parlamencie Europejskim. Nie chcę czekać dwóch, trzech lat, skoro w Polsce jest przekonanie, że platformy służą uzależnianiu dzieci i pojawianiu się nielegalnych treści – tak jak było z ustawą o przeciwdziałaniu pornografii, którą teraz wdrażamy. Te "małe wojenki cyfrowe" toczą się teraz, a jeśli coś się nie uda przed wyborami, uda się po nich.

Czy te rozwiązania wejdą przed wyborami?

Chciałbym, ale nie jestem w stanie zagwarantować, że prezydent podpisze wszystkie ustawy. Przypominam sobie, że pani prezydentowa Marta Nawrocka mówiła zaraz po wyborze prezydenta, że dzieci muszą być bezpieczne w internecie, zorganizowała nawet okrągły stół na ten temat i mówiła o konieczności ograniczenia patostreamów. Po czym prezydent zawetował ustawę, która dokładnie to robiła.

Nie wiem, jaka będzie jego narracja – decyzja prezydenta co do kolejnej ustawy o DSA ma być do piątku, druga część za około trzy miesiące. Czy znów usłyszymy, że to jakaś cenzura? Nie rozumiem logiki prawicy mówiącej o internecie "czystym od regulacji". Uważam, że brak regulacji daje nam patointernet, a nie prawdziwy, czysty internet.

Na świecie trwa wyścig o lokalizację centrów danych i ośrodków AI, a to także kwestia dostępu do energii. Czy jesteśmy do tego wyścigu gotowi?

Jesteśmy gotowi, uczestniczymy w nim i mamy osiągnięcia. Polski rynek centrów danych rośnie najszybciej w Europie. Budujemy dwie fabryki sztucznej inteligencji – będą je miały tylko trzy kraje w Europie: Hiszpania, Niemcy i Polska. Rozpoczęliśmy starania o gigafabrykę AI jako uzupełnienie tego ekosystemu. W miksie energetycznym, oprócz fotowoltaiki, farm wiatrowych i elektrowni atomowej, kolejną nogą powinny być małe reaktory atomowe, SMR-y, które rozwijamy tak jak Kanada, w perspektywie 10 lat.

Może lepiej na razie trzymać się węgla, skoro inwestycje się opóźniają?

Węgiel jest drogi i generuje straty. Dwa lata temu słyszałem, że nie będzie farm wiatrowych na Bałtyku, a postawiliśmy je. Wszystko może się opóźnić, ale trzeba kiedyś zacząć. W sprawie fabryk AI eksperci namawiali mnie, byśmy złożyli jeden wniosek, żeby na pewno go dostać – zdecydowałem, że złożymy dwa. Dostaliśmy dwa.

Podam jeszcze przykład z e-doręczeń – cyfrowych listów poleconych. W 2023 r. przekonywano mnie, by przesunąć ich wejście po wyborach 2028 r., bo "będą problemy, zobaczcie, co się dzieje z KSeF-em". Uparliśmy się, że wejdą od 1 stycznia 2025 r. – i weszły. Były kłopoty, gazety pisały o nich na pierwszych stronach w styczniu 2025 r. Dziś, we wrześniu 2026 r., wysłano w Polsce cyfrowo 100 milionów listów poleconych – największy wskaźnik w Europie – co pozwoliło zaoszczędzić 6,5 tysiąca drzew.

Podobnie z elektronicznym zarządzaniem dokumentacją: było 140 urzędów z takim systemem, dziś są ich 4 tysiące – w 2,5 roku zrobiliśmy 3800, poprzednicy w 8 lat zrobili 140. Dlatego w Polsce przyjęto pierwszą w historii strategię cyfryzacji państwa, a w niej strategię dotyczącą AI, zarządzania centrami danych i tego, skąd brać pod to energię. Nie możemy myśleć, że się nie uda. Trzeba ryzykować, podejmować odważne decyzje i wtedy się uda.

Ale czy te plany na kilka fabryk nie zderzą się z twardą rzeczywistością – lokalne społeczności obawiają się blackoutów z powodu poboru energii.

Jeśli system jest dobrze ułożony i skorelowany w całym ekosystemie energetycznym, to nie. Dlatego centra danych mają być rozproszone po Polsce, nie skoncentrowane w jednym miejscu. Wszyscy mówili, byśmy wybrali jedną lokalizację fabryki AI – mamy dwie, w Poznaniu i w Krakowie.

Mamy też w Polsce dwa modele językowe: stworzony przez społeczność Bielik i instytucjonalny, rządowy PLLuM. Mówiono, że dwa nam się nie opłacą – a polski model, na początku z błędami, dziś ma coraz więcej zastosowań, pracuje w mObywatelu, pozwala pisać dokumenty w urzędach i skraca procesy z tygodnia do godzin dla urzędnika. Lepiej, żeby dane, które i tak wysyłamy, były przetwarzane i zarządzane tutaj, w polskich centrach danych, niż za granicą, gdzie nikt ich nie kontroluje.

Podobnie jest z dzienniczkiem elektronicznym, który prezydent zawetował – a powinien się tego wstydzić i przepraszać. Rodzice i nauczyciele wiedzą, o co chodzi: dzienniczek to proste narzędzie z ocenami, kalendarzem, zgłaszaniem nieobecności. Polskie państwo chciało zrobić to własnymi środkami, kilka razy taniej niż dwaj obecni monopoliści zarabiający po ponad 100 mln zł rocznie każdy – za 20 mln zł rocznie, dać to obywatelom za darmo, bez dodatkowych opłat. A dane każdego polskiego ucznia i rodzica są dziś poza granicami Polski, bez żadnej naszej kontroli.

Prezydent się na to nie zgodził. To pokazuje, że w Pałacu Prezydenckim jest silny lobbing korporacji.

Wrócicie do sprawy e-dzienniczka?

W przyszłości na pewno. Nie ma takiej możliwości, żeby ten lobbing dalej uchodził na sucho. Kryptowaluty, dzienniczek elektroniczny, ochrona Big Techów w sprawie DSA – to wszystko lobbing mówiący, że nie powinniśmy robić krzywdy wielkim korporacjom i to w ich interesie działa Prezydent, nie w interesie Polaków. A ja uważam, że powinniśmy je okiełznać, doprowadzić do tego, że będą trzymane za gardło przez państwa i będą się bały, że może je wyłączyć.

Może to nie kwestia lobbingu, tylko zwykłego strachu przed reakcją Trumpa. A, jak wiadomo, Pałac Prezydenta mocno pielęgnuje tę relację.

Mam prostą prośbę do Karola Nawrockiego: niech w Stanach Zjednoczonych poczyta sobie albo z kimś się spotka i zastanowi, dlaczego amerykańskie sądy bez wątpliwości biorą od Mety 17 mld dol. za oszustwa, a w Polsce mamy udawać, że tego nie widzimy. Amerykanie mogą karać swoje platformy, Chińczycy mogą je ograniczać, a Polacy mają udawać ślepych i głuchych? Ja się na to nie zgadzam.

Będzie rekonstrukcja rządu?

Nie słyszałem o takiej.

A zmiana w klubie Polska 2050? Szefem klubu właśnie został Szymon Hołownia. Czy on może zasilić rząd?

Nie wiem, to pytania do premiera, ja nie jestem od tego, żeby meblować rząd. Nie słyszałem o żadnych rekonstrukcjach w najbliższych tygodniach czy miesiącach. Zresztą premier oficjalnie mówił, że żadnych nie szykuje, więc raczej ich nie będzie.

Wybrane dla Ciebie