Ze wszystkich sposobów ogrzewania domu to właśnie pellet - biomasa wytwarzana z drzewnych odpadów - sprawia dziś użytkownikom najwięcej kłopotu. Jak przypomina Wyborcza.biz, kocioł na to paliwo kusił niższym kosztem zakupu niż pompa ciepła czy urządzenie gazowe, a dodatkowo można było na niego dostać dopłatę z programu "Czyste Powietrze". W ten sposób liczba gospodarstw domowych korzystających z pelletu dobiła do 450 tys.
Atutem była też pełna dostępność. Ten stan skończył się w lutym ubiegłego roku, gdy ograniczone dostawy z Ukrainy i Białorusi zderzyły się z rosnącą liczbą kotłów i wyjątkowo mroźną zimą. Efekt był podwójny - ceny poszły w górę, a paliwa zwyczajnie zabrakło.
Jesienią 2025 r. za tonę płaciło się 1,2 tys. zł, na przełomie roku już 1,5 tys. zł, a w lutym oferta poniżej 2 tys. zł graniczyła z cudem. Sprzedawcy zaczęli racjonować towar, limitując zakup np. do tony na klienta.
WIDEOPrezydent uderza w Sejm. Czarzasty: nie będzie tak, panie prezydencie
Lato miało przynieść ulgę. Nie przyniosło
Eksperci zalecali, by zapasy na kolejny sezon gromadzić latem, kiedy stawki tradycyjnie schodzą w dół. Lipiec i sierpień tej reguły jednak nie potwierdziły - ceny wciąż trzymają się w przedziale 2-2,5 tys. zł za tonę.
Resort energii zapowiada interwencję. - Jeżeli chodzi o ceny pelletu, współpracujemy z Ministerstwem Klimatu i Ministerstwem Rozwoju. Mamy podjętych kilka działań, które będziemy realizować w najbliższym czasie. Na pewno chcemy zwiększyć ilość surowca w Polsce, to jest poprawić koordynację importu, ze względu na zwiększone zapotrzebowanie na ten surowiec - mówił na początku sierpnia minister energii Miłosz Motyka.
Najgorsze - jak podaje Wyborcza.biz - może być jeszcze przed nami. - Trzeci kwartał 2026 może być wyzwaniem dla kotłów na biomasę drzewną, a szczególnie dla kotłów pelletowych ze względu na utrzymującą się wysoką cenę pelletu w składach opału. Coraz większym problemem jest podaż pelletu. Rozdrobniona struktura rynku powoduje, że reaguje on bardzo szybko na wszelkie zawirowania w relacji podaż - popyt - tłumaczy Janusz Starościk, prezes Stowarzyszenia Producentów i Importerów Urządzeń Grzewczych (SPIUG).
Spór o polskie drewno w tle
Pod koniec lipca poseł Konfederacji Krzysztof Mulawa zarzucił z sejmowej mównicy resortowi klimatu, że ukrywa zamówioną przez siebie ekspertyzę, według której moratorium "Shadow list" i wyłączenie starych drzewostanów mogą zmniejszyć podaż drewna o ok. 3,8 mln m sześc. rocznie. Jego zdaniem ograniczanie dostaw dla tartaków uderza w krajowy przemysł drzewny, producentów pelletu i urządzeń grzewczych.
Wiceminister klimatu i środowiska Mikołaj Dorożała odrzucił te zarzuty jako "oczywistą nieprawdę". Wskazywał, że kłopoty branży biorą się przede wszystkim z wojny w Ukrainie i odcięcia taniego surowca z Białorusi i Rosji, a wyręby wcale nie zmalały.
- Cała ta historia, że spadło pozyskanie (drewna - red.) z Lasów Państwowych, jest oczywistym fejkiem, kłamstwem. Mamy pozyskanie za zeszły rok praktycznie na tym samym poziomie, co w 2023 r. Ochrona lasów nie ma wpływu na to, że nagle brakuje nam surowca drzewnego na rynku w Polsce - mówił.
Na poparcie swoich słów sięgnął po dane GUS za 2025 r., z których wynika, że produkcja samego pelletu wzrosła o 24 proc., tarcicy o 6,4 proc., płyt pilśniowych o 7,5 proc., a papieru i tektury o 4,5 proc. Przekonywał przy tym, że o zakaz spalania pełnowartościowego drewna zabiegała sama branża, a rozwiązaniem problemu nie mogą być większe wycinki.
Nie może być zgody na to, żebyśmy spalali polskie lasy. (...). W leśnictwie nie planuje się z kadencji na kadencję. Planuje się z perspektywy półwiecza albo nawet całego wieku i my w ten sposób podchodzimy do sprawy. (...) Nie ma żadnych ekonomicznych podstaw do tego, żeby spalać polskie lasy. Pellet nie powinien powstawać z drewna, z którego można wyprodukować jakiś mebel. Pellet powinien powstawać z odpadów z tego drewna. A to, że udało nam się ograniczyć o połowę eksport drewna nieprzetworzonego do Chin, świadczy o tym, że ten system zaczyna wreszcie działać - podsumował Mikołaj Dorożała.