Polski atom zagrożony? Spór o kontrakt z Amerykanami
Trwają negocjacje kluczowej umowy na budowę elektrowni jądrowej na Pomorzu. Polscy przedsiębiorcy ostrzegają, że narzucenie amerykańskich standardów kontraktowych może wykluczyć rodzime firmy z projektu. Stawką są nie tylko miliardy złotych, ale i technologiczna przyszłość gospodarki - donosi WNP.
Budowa pierwszej polskiej elektrowni jądrowej weszła w newralgiczną fazę negocjacji biznesowych. Choć na placu budowy w gminie Choczewo trwają już pierwsze prace przygotowawcze, to w zaciszu gabinetów toczy się twarda gra o to, na jakich zasadach finansowych i prawnych oparty zostanie generalny kontrakt. Przedstawiciele krajowej branży budowlanej zrzeszeni w stowarzyszeniu PZPB-Atom alarmują, że różnice w kulturze prowadzenia wielkich inwestycji między Stanami Zjednoczonymi a Europą mogą stanowić poważną barierę dla polskiego biznesu.
Rozmowy toczą się pomiędzy polskim inwestorem, czyli spółką Polskie Elektrownie Jądrowe, a amerykańskim konsorcjum firm Bechtel i Westinghouse. Jak wynika z opinii ekspertów, narzucenie anglosaskich standardów prawnych i wykonawczych może skutecznie odstraszyć rodzimych podwykonawców, dla których takie warunki oznaczają niemożliwe do oszacowania ryzyko finansowe. Osią sporu stają się zatem docelowy model realizacji inwestycji i dystrybucja ryzyka.
Można sobie wyobrazić sytuację, w której warunki kontraktowe będą na tyle niekorzystne, że polskie firmy nie będą skłonne w nie wchodzić i podpisywać takich umów. Wiele z nich może się nie zgodzić na pewne zapisy, bo po prostu nie wejdzie w coś, czego nie jest w stanie nawet wycenić – ostrzega Tomasz Stępień, prezes stowarzyszenia PZPB-Atom, w wywiadzie udzielonym portalowi WNP.
"Słabo wygląda". Oto jak polska dyplomacja radzi sobie w USA
Historia strategicznego partnerstwa
Przypomnijmy, że decyzja o wyborze amerykańskiej technologii AP1000 dla pierwszej polskiej elektrowni jądrowej zapadła jesienią 2022 r. Wybór partnerów zza oceanu był podyktowany nie tylko względami technologicznymi, ale w dużej mierze strategicznym sojuszem geopolitycznym. Od tamtego czasu projekt posuwa się naprzód – trwają zaawansowane prace projektowe, a państwowa spółka uzyskała już kluczowe decyzje środowiskowe i lokalizacyjne dla obiektu na Pomorzu.
Obecnie jednak projekt dotarł do etapu, w którym polityczne deklaracje muszą przełożyć się na twarde umowy biznesowe. W Europie standardem jest opieranie kontraktów budowlanych na lokalnym prawie oraz rozstrzyganie ewentualnych sporów przed miejscowymi sądami. Amerykanie z kolei preferują system anglosaski, który inaczej rozkłada ciężar odpowiedzialności, system zaliczkowania oraz gwarancje wykonania. Dla polskich przedsiębiorstw, które od lat funkcjonują w określonym reżimie prawnym, zmiana tych reguł to wejście na nieznany i niezwykle ryzykowny grunt.
Inżynierowie do wynajęcia zamiast transferu technologii
Kluczowym problemem z perspektywy rynkowej, na który zwraca uwagę branża, jest sposób, w jaki amerykański generalny wykonawca zamierza organizować pracę. Praktyka ze Stanów Zjednoczonych zakłada daleko idącą atomizację zamówień – inwestor sam kupuje wszelkie komponenty, a od lokalnego rynku oczekuje jedynie dostarczenia wykwalifikowanej siły roboczej wynajmowanej na godziny. W Polsce i Europie dominuje model zlecania całych pakietów robót wyspecjalizowanym podmiotom.
Zastosowanie amerykańskiego podejścia rodzi poważne konsekwencje makroekonomiczne. Wymusiłoby to drenaż kadr inżynierskich z innych sektorów gospodarki, co przy obecnym niedoborze specjalistów na rynku niechybnie doprowadziłoby do drastycznej presji płacowej. Co więcej, wynajmowanie pojedynczych pracowników sprawia, że po zakończeniu budowy cenne referencje i unikalne kompetencje (tak zwane know-how) wyparują wraz z końcem ich kontraktów. Nie powstaną silne, polskie przedsiębiorstwa zdolne do serwisowania elektrowni przez kolejne dziesięciolecia jej życia ani do startowania w przetargach na budowę kolejnych reaktorów w Europie.
Postulaty branży budowlanej czekają na odpowiedź
Przedstawiciele PZPB-Atom przekazali już swoje postulaty zarówno do inwestora, administracji rządowej, jak i samej firmy Bechtel. Z relacji prezesa stowarzyszenia wynika, że choć strona amerykańska usiadła do rozmów, wciąż brakuje konkretnych rozstrzygnięć dotyczących najważniejszych elementów wokół samego reaktora i wyspy turbinowej. Związkowcy oczekują przejrzystych deklaracji, które zabezpieczą interesy polskiego biznesu.
W debacie publicznej często pojawiają się głosy ponaglające do jak najszybszego podpisania ostatecznej umowy na budowę. Eksperci rynkowi studzą jednak ten entuzjazm, wskazując, że presja czasu działa wyłącznie na niekorzyść polskiego podatnika, osłabiając pozycję negocjacyjną państwa. Niedopracowany kontrakt, w którym ryzyka zostaną źle wycenione, w przyszłości zaowocuje potężnymi roszczeniami finansowymi i opóźnieniami mierzonymi w latach.
– Bardzo łatwo w Polsce możemy wejść w narrację, że skoro nie ma generalnego kontraktu wykonawczego, to na pewno projekt elektrowni się opóźnia. Tyle tylko że taka narracja sprzyja pozycji negocjacyjnej konsorcjum, a nie polskiej strony – zwraca uwagę prezes PZPB-Atom na łamach portalu WNP.