WAŻNE
TERAZ

Temperatura rośnie! Dogrywka w finale Ligi Mistrzów

Puchnie deficyt w handlu UE z Chinami. "To symptom, a nie choroba" [ANALIZA]

Rosnąca nierównowaga Unii Europejskiej w wymianie towarowej z Chinami jest świadectwem malejącej konkurencyjności europejskiego przemysłu, a nie jej przyczyną. Ograniczenie importu z Chin, wzorowane na polityce USA, nie rozwiąże tego problemu – może nawet zaszkodzić. Europa nie może jednak ignorować nieuczciwych praktyk handlowych Pekinu.

Xi JinpingDeficyt w handlu z Chinami nie wynika wyłącznie z mechanizmów rynkowych – tłumaczy prof. Michał Rubaszek
Źródło zdjęć: © GETTY | Tingshu Wang, VCG
Grzegorz Siemionczyk

Poniższa analiza jest wprowadzeniem do 23. edycji "Ringu ekonomicznego" money.pl. To format dyskusji na ważne, ale kontrowersyjne tematy społeczne i ekonomiczne. Tym razem tematem przewodnim jest rosnący import UE z Chin. Zastanawiamy się, czy stanowi to zagrożenie dla europejskiej gospodarki oraz czy i jak Bruksela powinna temu przeciwdziałać. Punktem wyjścia do dyskusji była ankieta, w której udział wzięło 55 ekonomistów z uczelni, think-tanków oraz instytucji finansowych. Jej wyniki omawiamy poniżej. Równolegle publikujemy opinię prof. Piotra Dominiaka i dr. hab. Joanny Wolszczak-Derlacz, ekonomistów związanych z gdańskimi uczelniami, oraz dra Wojciecha Paczosa, pracownika naukowego Uniwersytetu w Cardiff oraz Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk.

Pogorszenie salda wymiany handlowej Niemiec na przestrzeni minionych dwóch lat obniżyło wzrost PKB największej europejskiej gospodarki o niemal 3 pkt proc. Inaczej mówiąc, gdyby nie ten hamulec, niemiecki PKB zwiększyłby się w tym okresie o około 2,7 proc., zamiast zmaleć o 0,3 proc. Wyraźnie lepsza byłaby też sytuacja na tamtejszym rynku pracy. W nieco dłuższym horyzoncie, od początku 2022 r., tylko wskutek spadku wielkości eksportu Niemiec (relatywnie do PKB) do Chin nad Renem zniknąć mogło 400 tys. miejsc pracy. Odpowiada to niemal dokładnie spadkowi zatrudnienia w niemieckim przemyśle przetwórczym w tym okresie.

Powyższe dane pochodzą z opublikowanego niedawno raportu think-tanku Centre for European Reform. Jego autorzy Sander Tordoir i Brad Setser przekonują, że światowa gospodarka od kilku lat zmaga się z "chińskim szokiem 2.0", a Niemcy są jego największą – choć nie jedyną w Europie – ofiarą. Jednocześnie ich zdaniem władze w Berlinie nie zdają sobie sprawy ze skali tego problemu. Dlatego nie wspierają inicjatyw Brukseli, które zwiększyłyby ochronę unijnego rynku.

"Zwykle popełnia się ten błąd". Kiedy wprowadzać produkt na rynek?

Czym był pierwszy "chiński szok"?

Mianem "chińskiego szoku" określa się okres po przystąpieniu Państwa Środka do Światowej Organizacji Handlu w 2001 r. W ciągu kilku lat Chiny osiągnęły nadwyżkę w handlu produktami przemysłowymi sięgającą niemal 1 proc. globalnego PKB. W krajach Zachodu skutkowało to głębokim spadkiem zatrudnienia w niektórych branżach przemysłu, takich jak produkcja odzieży, zabawek czy urządzeń elektrycznych.

Choć budziło to napięcia społeczne, branże te nie uchodziły za strategicznie ważne i nie były w awangardzie postępu technologicznego. Uwalniane zasoby pracy były wykorzystywane przez inne, bardziej produktywne branże, a jednocześnie konsumenci cieszyli się z dostępu do tańszych dóbr przemysłowych. W niektórych krajach, w tym właśnie w Niemczech, kwitły też branże, które zaopatrywały uprzemysławiające się szybko Chiny w maszyny, pojazdy i wyroby chemiczne. Ekonomiści w większości zgadzali się więc, że korzyści wynikające z chińskiej ekspansji przeważają nad kosztami.

W ostatnich trzech lub czterech latach, jak wyliczają Tordoir i Setser, nadwyżka Chin w handlu produktami przemysłowymi zwiększyła się o kolejny 1 pkt proc. globalnego PKB. Pod względem skali drugi "chiński szok" jest więc podobny do pierwszego, ale ma inny charakter.

Różnica polega przede wszystkim na tym, że wzrostowi chińskiego eksportu nie towarzyszy wzrost importu. Efekt jest taki, że europejscy producenci są wypierani nie tylko z lokalnego rynku, ale też z Chin oraz rynków trzecich.

UE od dawna kupuje z Chin więcej niż tam sprzedaje, ale
UE od dawna kupuje z Chin więcej niż tam sprzedaje, ale w ostatnich latach ta nierównowaga wzrosła © money.pl | Wojciech Kozioł

W liczbach wygląda to tak. W 2025 r. deficyt Unii Europejskiej w handlu towarowym wyniósł ponad 360 mld euro w porównaniu do około 312 mld euro rok wcześniej. To zwyżka z 1,7 do 1,9 proc. unijnego PKB.

Deficyt ten większy był tylko raz, w 2022 r., ale to był efekt ożywienia gospodarczego po pandemii Covid-19 i skokowego wzrostu zapotrzebowania na panele fotowoltaiczne w związku z kryzysem energetycznym.

Pompują 800 mld dol. rocznie

Średnio w dwóch poprzednich dekadach deficyt UE w wymianie towarowej z Chinami wynosił 1 proc. PKB. Przez cały ten czas udział Chin w unijnym imporcie stopniowo rósł, ale zwiększał się też ich udział w unijnym eksporcie. Ten drugi wskaźnik od 2021 r. jest jednak w trendzie spadkowym. W 2025 r. Państwo Środka odpowiadało już tylko za 7,5 proc. zagranicznej sprzedaży towarów z UE, najmniej od 2010 r.

Co więcej, autorzy raportu CER twierdzą, że sukcesy eksportowe Chin z ostatnich lat nie wynikały z ich przewagi technologicznej. W dużej mierze były konsekwencją polityki gospodarczej Pekinu. Tamtejsze władze z jednej strony mocno wspierają wybrane sektory gospodarki (według MFW pomoc sięga niemal 800 mld dol. rocznie, co stanowi ponad 4 proc. chińskiego PKB). Z drugiej zaś blokują umocnienie waluty, do którego prowadzić powinna permanentna nadwyżka handlowa. Ta strategia miała podtrzymać wzrost gospodarczy w Chinach po załamaniu na tamtejszym rynku nieruchomości, które stłumiło popyt inwestycyjny i konsumpcyjny.

Tę diagnozę zdaje się podzielać Komisja Europejska. "Dzisiejsza debata powinna potwierdzić coraz silniejszy w Europie konsensus, że musimy bronić się przed 'chińskim szokiem 2.0'" – powiedział "Politico" wiceprzewodniczący KE Stéphane Séjourné przed piątkowym posiedzeniem tego gremium, poświęconym właśnie stosunkom handlowym UE z Chinami.

"Sądzę, że wciąż istnieje możliwość konstruktywnego dialogu z Chinami, ale nie możemy pozwolić na to, aby Europa padła ofiarą drapieżnej strategii, która niszczy nasz przemysł. Potrzebujemy nowych narzędzi, nowych środków i nowej woli politycznej" – dodał.

Czy Europa rzeczywiście traci w związku z coraz większą nierównowagą w wymianie handlowej z Chinami? Czy Bruksela powinna podjąć działania zapobiegawcze, a jeśli tak, to jakie? Zapytaliśmy o to ekonomistów w 23. edycji "Ringu ekonomicznego" money.pl.

55 ekonomistów stawia diagnozę

Na pierwszy rzut oka, ekonomiści są w tej kwestii dość zgodni. Z tezą, że "pogłębiający się deficyt UE w handlu z Chinami stanowi zagrożenie dla unijnej gospodarki" zgodziło się aż 38 (69 proc.) spośród 55 uczestników naszej ankiety. Przeciwnego zdania było 11 (20 proc.) ankietowanych. W praktyce jednak i jedni, i drudzy zgadzają się często, że problemem dla europejskiej gospodarki są tylko niektóre aspekty ekspansji Chin.

Ankietowani przez money.pl ekonomiści w większości uważają, że
Ankietowani przez money.pl ekonomiści w większości uważają, że narastająca nierównowaga UE w handlu z Chinami stanowi zagrożenie dla unijnej gospodarki. Nie chodzi jednak o sam deficyt © money.pl | Wojciech Kozioł

– Deficyt UE generalnie nie wynika z naturalnej przewagi komparatywnej Chin, lecz z powszechnie tam stosowanych, nietransparentnych subsydiów państwowych dla przemysłu. Dla unijnej gospodarki jest to zagrożenie długofalowe, gdyż doprowadza do deindustrializacji Europy, niszczy bazę produkcyjną, która w warunkach uczciwej konkurencji rynkowej by przetrwała lub wręcz mogła się dynamicznie rozwijać – tłumaczy Tomasz Rachwał, profesor na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie.

– Ponadto sytuacja ta tworzy niebezpieczne uzależnienie geopolityczne i technologiczne od jednego dostawcy, w dodatku niedemokratycznego, rządzonego autorytarnie i nieprzestrzegającego podstawowych wolności i swobód obywatelskich, co ma w tej sytuacji znaczenie – dodaje.

– Deficyt w handlu z Chinami nie wynika wyłącznie z mechanizmów rynkowych, ale także z polityki przemysłowej Chin, w tym rozbudowanego systemu subsydiów. Nadwyżka Chin stanowi odzwierciedlenie polityki ukierunkowanej na produkcję, a nie konsumpcję. Nadmierna produkcja jest przekierowana na rynki zagraniczne, co jednocześnie stanowi eksport niezbilansowania gospodarki chińskiej – potwierdza prof. Michał Rubaszek ze Szkoły Głównej Handlowej. Pisaliśmy o tym w poniższym artykule:

"Deficyt to symptom, a nie choroba"

– Unia Europejska, mimo rosnącego deficytu handlowego z Chinami, wciąż utrzymuje globalną nadwyżkę w okolicach 2 proc. PKB. Deficyt z konkretnym partnerem oznacza po prostu, że dany kraj jest dla nas efektywnym dostawcą określonego koszyka dóbr – europejscy konsumenci i firmy używające chińskich komponentów realnie zyskują na niższych cenach. Nadmierne skupianie się na liczbach netto prowadzi do błędu merkantylistycznego, który zresztą leży u podstaw protekcjonizmu Trumpa. Deficyt to symptom, a nie choroba – zastrzega jednak dr Łukasz Rachel, wykładowca University College London.

Co jest więc chorobą? Z jednej strony są to nieuczciwe praktyki handlowe Chin, z drugiej zaś problemy z konkurencyjnością europejskich firm. – Istnieją dwa dobrze uzasadnione powody do obaw, które nie sprowadzają się do merkantylistycznego narzekania na deficyt. "Chiński szok" łączy w sobie autentyczny wzrost produktywności chińskiego przemysłu ze sztuczną przewagą cenową wynikającą z subsydiów państwowych – tłumaczy prof. Łukasz Goczek z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW.

– Po drugie, chińska kontrola eksportu pierwiastków ziem rzadkich pokazała skuteczność strategicznego zarządzania surowcami: europejskie firmy poniosły poważne straty operacyjne i finansowe w wyniku sporów, których same nie wywołały – dodaje.

W ocenie ankietowanych przez money.pl ekonomistów, UE nie może
W ocenie ankietowanych przez money.pl ekonomistów, UE nie może naśladować USA w polityce handlowej wobec Chin © money.pl

Europa nie dotrzymuje tempa Chinom

– To nie deficyt w handlu z Chinami stanowi dla UE zagrożenie, tym bardziej że w całościowym ujęciu Europa wciąż jeszcze odnotowuje nadwyżkę wobec reszty świata. Kluczowy problem kryje się gdzie indziej. Jest nim niezdolność do otwierania nowych obszarów produktowych w tempie, w jakim robią to dziś Chiny – mówi Andrzej Halesiak z Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

– W ciągu ostatnich 30 lat Chiny bardzo skutecznie weszły w samochody elektryczne, baterie, fotowoltaikę, drony, biotech, AI. Europa w tym czasie nie zajęła pozycji lidera w żadnej nowej globalnej kategorii. W przypadku Europy problemem jest deficyt eksploracji: zdolności do skoku na nowy obszar, szybkiego prototypowania i skalowania, kreatywnego reagowania na zmieniające się sygnały rynku. Tu nie chodzi o ochronę rynku, tylko o zdolność do generowania twórczej odpowiedzi w świecie szybkiego postępu technologicznego – tłumaczy.

To, że duża część importu z Chin jest dla UE korzystna, m.in. dlatego, że stanowi źródło niezbędnych lub atrakcyjnych cenowo komponentów do unijnej produkcji, wyznacza granice tego, jak Bruksela może potencjalnie reagować na "chiński szok 2.0".

– Unia Europejska ma ograniczony dostęp do części strategicznych surowców, w tym metali ziem rzadkich, które są niezbędne dla transformacji energetycznej, elektroniki czy przemysłu obronnego. W praktyce oznacza to, że całkowita likwidacja deficytu handlowego z Chinami jest nierealistyczna, ponieważ Europa pozostaje silnie uzależniona od importu tych zasobów – zauważa w tym kontekście dr Jakub Rybacki z Akademii Leona Koźmińskiego.

Z tego powodu większość (56 proc.) ankietowanych przez nas ekonomistów uważa, że Unia Europejska nie może sobie pozwolić na wojnę handlową z Chinami na wzór tej, którą prowadzą USA. Jednocześnie tylko 44 proc. z nich wierzy w to, że skuteczną ochronę przed zagrożeniami związanymi z ekspansją Chin mogą dawać instrumenty zgodne z zasadami WTO, np. cła antydumpingowe.

O tym, jak UE może się bronić przed nieuczciwymi praktykami Pekinu, nie popadając w protekcjonizm, napiszemy w kolejnej odsłonie "Ringu ekonomicznego".

Wybrane dla Ciebie