Szok gazowy uderzy w portfele. Ekspert obnaża sytuację po ataku Iranu
Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie i bezpośrednie uderzenia w kluczową infrastrukturę energetyczną wywołały falę niepewności na globalnych rynkach. W rozmowie z money.pl ekspert rynku Dawid Czopek analizuje, co to oznacza dla cen ropy oraz gazu i polskich kierowców.
Napięcia na Bliskim Wschodzie weszły w nową, niezwykle niebezpieczną fazę, która bezpośrednio uderza w globalne bezpieczeństwo energetyczne. Ataki na kluczową infrastrukturę wydobywczą i przesyłową wywołały natychmiastową reakcję na światowych giełdach, windując ceny surowców i budząc obawy o stabilność dostaw na rynki europejskie oraz azjatyckie.
Gaz podrożał, ale po napaści na Ukrainę skok cen był znacznie większy
O tym, jak dokładnie wygląda mechanizm tych zmian i co oznaczają one dla naszego regionu, zapytaliśmy eksperta rynku paliwowego. Dawid Czopek, zarządzający Polaris FIZ, nie ma wątpliwości, że wydarzenia sprzed kilkunastu godzin nie pozostaną bez wpływu na rynek.
Po wczorajszym ataku ceny gazu na rynku TTF - będącym odnośnikiem dla cen europejskiego i polskiego gazu - wzrosły z poziomów ok. 52 EUR/MWh do poziomu ok. 70 EUR/MWh. A zatem wydarzenia na Bliskim Wschodzie mają dla nas znaczenie. Tym bardziej, że przed wojną cena wynosiła w granicach 30 EUR/MWh – mówi Dawid Czopek, ekspert rynku paliw, w rozmowie z money.pl.
Analityk zwraca również uwagę na proporcje obecnych zawirowań cenowych w stosunku do historycznych maksimów. Choć skok z 50 do 70 euro za megawatogodzinę jest bolesny i z pewnością przełoży się na koszty funkcjonowania przemysłu oraz rachunki odbiorców końcowych, to wciąż daleko nam do apogeum kryzysu energetycznego.
Warunkowość nie tylko przez SAFE. USA też mają wymagania
Efekt domina uderza w rynki
Aby zrozumieć obecny skok cen, należy cofnąć się do sekwencji wydarzeń, która doprowadziła do uszkodzenia najważniejszych instalacji naftowo-gazowych na świecie. Katalizatorem obecnego kryzysu było uderzenie przypisywane siłom izraelskim na irańskie pole gazowe South Pars. Jest to część największego na świecie złoża gazu ziemnego, które Iran dzieli z Katarem. Choć oficjalnie strona izraelska nie potwierdziła swojego udziału w operacji, doniesienia medialne oraz wypowiedzi amerykańskich polityków nie pozostawiają w tej kwestii większych wątpliwości.
Odpowiedź Teheranu nadeszła błyskawicznie i uderzyła w najczulszy punkt globalnego łańcucha dostaw. Irańskie pociski spadły na katarskie miasto przemysłowe Ras Laffan. To właśnie tam znajduje się największy na świecie kompleks przetwarzania i skraplania gazu ziemnego (LNG). Państwowy gigant QatarEnergy poinformował o rozległych uszkodzeniach i znacznych pożarach w swoich zakładach, choć na szczęście obyło się bez ofiar w ludziach. Władze w Dosze potępiły atak, uznając go za rażące naruszenie suwerenności i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, co poskutkowało wydaleniem irańskich dyplomatów z terytorium Kataru.
Katar jest ważnym dostawcą gazu skroplonego dla świata. Razem z USA i Australią. Był dostawcą zdecydowanej większości LNG na świecie – przy czym udziały tych krajów były podobne – przypomina Czopek, tłumacząc wagę zaatakowanych instalacji dla globalnej gospodarki.
Rynek pokładał ogromne nadzieje w stabilności tego regionu, co miało kluczowe znaczenie dla walki z globalną inflacją i wysokimi kosztami energii. Zniszczenia w Ras Laffan to cios w plany stabilizacji rynków po zawirowaniach wywołanych wojną w Ukrainie i odcięciem Europy od rosyjskich surowców.
Warto jednak zauważyć, że zawirowania na rynku silniej uderzają w przeciwległy kraniec świata. - Katar jest bardzo ważnym dostawcą gazu dla Azji - ale ponieważ mówimy o rynku morskim, to należy mieć świadomość, że statki, które płynęły do innych części świata, w przypadku, gdy Azjaci zaoferują dobrą cenę, mogą być przekierowane właśnie w tym kierunku. Co istotnie wpłynie na ceny gazu na rynku dostaw morskich - analizuje Dawid Czopek.
Zauważa też, że atak pokrzyżował plany, na które liczyli również europejscy odbiorcy. – Duże nadzieje wiązano także z rozbudową infrastruktury tego kraju, która miała dostarczyć dodatkowe wolumeny gazu na rynek, jeszcze w tym roku i trwale wpłynąć na niższe ceny na świecie – dodaje ekspert w rozmowie z money.pl.
Podobnego zdania są inni analitycy. Jak wskazują eksperci cytowani przez stację Al Jazeera, ograniczenie produkcji w Ras Laffan sprawia, że kraje o słabszych gospodarkach mogą zostać całkowicie wypchnięte z rynku przez bogatsze państwa azjatyckie, zdesperowane, by zabezpieczyć dostawy energii dla swojego przemysłu. Dodatkowo, w sytuacji, gdy podaż surowca zostaje nagle ograniczona przez zniszczenie instalacji produkcyjnych, rozpoczyna się globalna licytacja o dostępne ładunki.
Polska importuje gaz z Kataru. Ale znacznie mniej, niż kiedyś z Rosji
W jakim stopniu atak na katarskie instalacje zaszkodzi Polsce? Kwestia bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju w kontekście bliskowschodniego konfliktu jest złożona. Nasz kraj przez lata inwestował w dywersyfikację dostaw, budując terminal LNG w Świnoujściu oraz gazociąg Baltic Pipe. Umowy długoterminowe z dostawcami, w tym z katarskim gigantem, miały stanowić fundament naszej niezależności po odcięciu dostaw z kierunku wschodniego.
– Polska otrzymywała dostawy z Kataru na poziomie 15 proc. naszego zużycia, co jest wartością sporą, ale nieporównywalną z sytuacją gazu z Rosji w 2022 roku, gdy nawet połowa gazu płynęła do nas z tego kierunku – uspokaja Dawid Czopek, odnosząc się do potencjalnego ryzyka braków surowca na polskim rynku.
– Trzeba także pamiętać, że formuła cenowa na gaz z Kataru (oparta o cenę ropy naftowej) nie była dla nas szczególnie korzystna, po prostu kupowaliśmy ten gaz bardzo drogo – dodaje nasz rozmówca.
Atak uderza nie tylko w rynek gazu, ale i ropy
Kluczowym pytaniem, jakie zadają sobie dziś analitycy rynkowi, jest to, jak długo potrwają zawirowania i ile czasu zajmie przywrócenie pełnych mocy produkcyjnych w uszkodzonych zakładach. Zniszczenia zaawansowanej technologicznie infrastruktury do skraplania gazu to problem znacznie poważniejszy niż awaria pojedynczego rurociągu.
Teoretycznie sytuacja na rynku gazu jest trochę lepsza niż na rynku ropy naftowej czy też gotowych paliw, głównie ze względu na wiosnę na półkuli północnej, ale to, co niepokoi, to skala uszkodzeń, do jakich doszło w zakresie infrastruktury. Może się okazać, że jej odbudowa potrwa lata, bo na pewno nie mówimy już o miesiącach – ostrzega Czopek.
Nieco inaczej, według eksperta, prezentują się perspektywy dla rynku czarnego złota. Choć ceny ropy poszybowały w górę w związku z faktycznym paraliżem żeglugi przez Cieśninę Ormuz, przez którą każdego dnia przepływały miliony baryłek surowca, to natura tego problemu jest inna niż w przypadku zniszczonych terminali LNG.
– W przypadku ropy jest trochę lepiej, bo tam otwarcie cieśniny powinno poprawić sytuację w ciągu tygodni – podsumowuje Czopek w rozmowie z money.pl, wskazując, że o ile logistykę morską można stosunkowo szybko udrożnić po ustaniu działań zbrojnych, o tyle odbudowa spalonych rafinerii i skraplarni będzie wymagała potężnych nakładów finansowych i ogromnej ilości czasu.
Kontrakty terminowe na ropę naftową typu Brent, będące globalnym wyznacznikiem cen tego surowca, zanotowały gwałtowny wzrost, przekraczając poziom 110 dol. za baryłkę. To najwyższe notowania od dłuższego czasu.
Rynki w coraz większym napięciu
Skutki uderzenia w katarską infrastrukturę najszybciej i najmocniej odczuły rynki azjatyckie. Giełdy w Japonii oraz Korei Południowej zanotowały ostre spadki, a główne indeksy, takie jak Nikkei i KOSPI, traciły blisko trzy procent. Wynika to z faktu, że gospodarki tych krajów są w ogromnym stopniu uzależnione od importu paliw kopalnych. Japonia i Korea Południowa to odpowiednio drugi i trzeci największy importer skroplonego gazu ziemnego na świecie, dla których Katar jest absolutnie fundamentalnym partnerem handlowym.
Zawirowania te widać również na warszawskim parkiecie. Indeks największych spółek WIG20 zareagował nerwowo na doniesienia ze świata. Akcje gigantów takich jak KGHM traciły na wartości w pierwszych godzinach handlu, podczas gdy notowania koncernów paliwowych, takich jak Orlen, pozostawały w rejonach nieznacznych wzrostów, co jest naturalną reakcją na drożejącą ropę.
Obecny kryzys to kolejny rozdział w serii napięć na Bliskim Wschodzie, które od tygodni trzymają w napięciu globalny rynek energii. Już na początku marca giełdy reagowały czerwienią na rosnące ceny ropy, a obawy o możliwą blokadę Cieśniny Ormuz napędzały spekulacyjne wzrosty. Teraz, gdy groźby materializują się w postaci realnych ataków na infrastrukturę, eksperci ostrzegają, że ceny ropy mogą dalej rosnąć, zwłaszcza jeśli konflikt będzie się przedłużał. Kluczowe pozostaje pytanie o stabilność dostaw przez strategiczne wąskie gardło, przez które przepływa około jednej piątej światowej ropy i LNG. Najczarniejsze scenariusze zakładają przedłużający się kryzys, który mógłby sparaliżować nie tylko sektor energetyczny, ale całe gospodarki uzależnione od importu surowców z regionu Zatoki Perskiej.
Robert Kędzierski, dziennikarz money.pl