"Żałosne finansowanie, doktorat to survival". Gorzkie słowa na proteście naukowców

W środę przed Sejmem grupa naukowców z całego kraju wzywała polityków do zwiększenia wydatków na polską naukę. - Miarka się przebrała, dlatego wyszliśmy na ulicę - mówią money.pl uczestnicy protestu. Polska wydaje dziś na naukę niecałe 1,5 proc. Naukowcy przekonują, że to zdecydowanie za mało. Mają plan.

protestPolska wydaje na naukę niecałe 1,5 proc. Naukowcy przekonują, że to zdecydowanie za mało
Źródło zdjęć: © Tomasz Setta | money.pl
Tomasz Setta

Naukowców z reguły można spotkać w laboratoriach i salach wykładowych. W środowe popołudnie było inaczej: setki magistrów, doktorantów i profesorów z całej Polski pojawiły się przed budynkiem Sejmu. W ramach protestu wspólnie domagali się od rządu zwiększenia nakładów na naukę. Dziś to niespełna 1,5 procent PKB.

Głównym hasłem protestu jest propozycja dwukrotnego zwiększenia tych nakładów - do poziomu 3 proc. PKB. - To jest punkt, do którego chcemy dotrzeć w ciągu najbliższych pięciu, dziesięciu lat, a nie w ciągu roku. Nasz postulat nie jest nierealny. Unijna średnia wydatków na naukę to co prawda 2,2 proc., ale liderzy - tacy jak Stany Zjednoczone czy Korea Południowa - wydają grubo powyżej 3 proc. Moim marzeniem jest to, żebyśmy nie tylko dogonili, ale prześcignęli Zachód - tłumaczy jeden z organizatorów manifestacji prof. Michał Tomza z UW.

Nasi rozmówcy zgodnie przyznają, że nie powinno ich tu być, ale nie mieli wyboru. Tłumaczą, że to państwo zmusza ich do walki na ulicy o najbardziej podstawowe prawa. - To bardzo przykre. Kiedy zaczynałem karierę naukową nigdy nie podejrzewałem, że wyląduję w tym miejscu - mówi nam Piotr Purzycki z Uniwersytetu Gdańskiego.

"Generalnie przestrzegam". Mówi o błędzie, który popełniają przedsiębiorcy

"Patologia systemu"

Sam niedawno obronił doktorat. Dzisiaj głośno mówi o problemach, z jakimi mierzą się doktoranci: to brak umów o pracę i wynikających z tego uprawnień, od zwolnień lekarskich po ochronę przed mobbingiem.

- To patologia systemu. Nie możemy być na etacie, jesteśmy na stypendium. To dla nas brak stabilności, nie jesteśmy chronieni przez Kodeks pracy. Kolejnym problemem jest finansowanie, które jest na żałosnym poziomie. Jako doktorant przez sześć lat nie mogłem sobie pozwolić na wiele podstawowych rzeczy, musiałem prosić o pomoc ojca. Szczęśliwie miałem się do kogo zwrócić - wspomina Purzycki.

Dodaje, że trudna sytuacja finansowa zmusza wiele osób do łączenia bardzo angażującej pracy naukowej z dodatkowym zatrudnieniem. Zwykle dzieje się to kosztem wolnego czasu, ale też zdrowia psychicznego. - Doktorat to w wielu przypadkach survival - stwierdza nasz rozmówca.

"Przestają się liczyć talent i pomysły"

Nie każdy zdołał dotrwać do tego etapu. Pani Martyna przyszła na środowy protest przed Sejmem z hasłem "To przez was odeszłam z nauki". - Ja w pewnym momencie studiów stwierdziłam, że to nie jest przyszłość dla mnie. A miałam już na koncie osiągnięcia, jestem laureatką nagrody za najlepszą pracę licencjacką z chemii w Polsce. Można odnieść wrażenie, że w polskiej nauce przestają się liczyć talent i pomysły, tylko przede wszystkim wytrwałość - mówi uczestniczka demonstracji.

- Kolejne rządy nie są zainteresowane finansowaniem tego sektora. Nasze postulaty są niezmienne od lat. Mówię "nasze", bo wielu moich bliskich pracuje naukowo, wywodzę się z tego środowiska i czuję się z nim związana - dodaje pani Martyna.

Jak tłumaczy, protest ma zwrócić uwagę polityków, ale też opinii publicznej. - Efekty badań podstawowych, którymi się zajmowałam, trudno czasem dostrzec w codziennym życiu. Ale to właściwie wszystko, co nas otacza, od wojskowości po medycynę - podkreśla.

Protest
© Tomasz Setta | money.pl
Protest
© Tomasz Setta | money.pl
Protest
© Tomasz Setta | money.pl

Wróciła z Niemiec, chce pracować w Polsce

Prof. Monika Płużyczka z Uniwersytetu Warszawskiego w pracy naukowej zajmuje się między innymi eyetrackingiem. - To badania poświęcone śledzeniu ruchu gałek ocznych. W ramach różnych projektów sprawdzamy, jak w ten sposób mogą komunikować się ze światem np. sparaliżowani pacjenci. Dla niektórych to może być abstrakcja, ale mówimy o czymś, co może realnie pomóc w ratowaniu życia i zdrowia - wyjaśnia nasza rozmówczyni. Ostatnie dwa lata spędziła w Niemczech, ale zdecydowała się na powrót do Polski.

- Zgodnie z przepisami wynagrodzenia są tam siedem razy wyższe niż tutaj. Ale wróciłam, bo chcę mieszkać i pracować w Polsce. Chcę się podpisywać pod wynikami badań jako przedstawicielka Uniwersytetu Warszawskiego, a nie Uniwersytetu Gutenberga - tłumaczy.

Jak dodaje, bardzo często zapomina się, że za niewielkie pieniądze naukowcy w Polsce muszą zajmować się jednocześnie nie tylko nauką, ale też dydaktyką i administracją. - Ten system trzeba zmienić, dlatego musimy protestować. Za pomocą dostępnych, demokratycznych metod chcemy zwrócić uwagę na problem. Bez nauki nie będzie postępu - podkreśla prof. Płużyczka.

"Nasz postulat nie jest nierealny"

Polscy naukowcy mówią wprost - sytuacja w nauce jest już doprowadzona do "stanu wrzenia". - Nasza cierpliwość się skończyła - przyznaje prof. Michał Tomza z UW, jeden z organizatorów środowej manifestacji.

- Naukowcy zaangażowani w ten protest od wielu lat podejmowali próby dialogu i przekonywania polityków, jak powinna być finansowana nauka, tak żeby mogła się przysłużyć rozwojowi polskiej gospodarki, ale nasze starania spełzły na niczym. Miarka się przebrała, dlatego wyszliśmy na ulicę, aby uzyskać też społeczne poparcie dla naszych postulatów - mówi prof. Tomza.

Niskie zarobki początkujących naukowców

Zdaniem naszego rozmówcy największy niepokój budzi sytuacja finansowa młodych naukowców. Jak wylicza, przeciętne pensje w dużych miastach potrafią wynosić kilkanaście tysięcy złotych brutto, podczas gdy doktoranci mogą w tym samym czasie liczyć na zaledwie 3,6 tys. zł brutto.

- To wymaga natychmiastowej zmiany. Nie możemy oczekiwać od osób, które są tak źle opłacane, ambicji i chęci do dalszego rozwoju - mówi prof. Tomza. Zaznacza przy tym, że to wydatki, które zwrócą się gospodarce. Jako przykład wskazuje Danię, gdzie wynalezienie przełomowego leku na cukrzycę uchroniło kraj przed stagnacją, a nawet recesją gospodarczą.

Protestujący w rozmowie z money.pl nie kryją rozżalenia, że 20. gospodarka świata nie jest w stanie zapewnić nauce odpowiednich funduszy. - To jest bardzo smutne. Chciałem pozostać w nauce, ale doszedłem do pewnej granicy, poddałem się i jestem teraz w sektorze prywatnym. Ale chciałbym, żeby ta 20. gospodarka świata zapewniła mi możliwość powrotu do pracy naukowej. Dziś nie mogę tego zrobić - podkreśla doktor Piotr Purzycki.

Tomasz Setta, dziennikarz money.pl

Wybrane dla Ciebie