Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.
W wypowiedziach ministra obrony chodziło oczywiście o Andrzeja Domańskiego, szefa resortu finansów. Kosiniak-Kamysz stwierdził również, że najlepiej byłoby, gdyby zmiany weszły w życie od przyszłego roku. To nie koniec. Wicepremier dodał, że reformę należałoby połączyć z podwyższeniem drugiego progu podatkowego.
Kwestia wyższej kwoty wolnej pojawiła się pod numerem 4 na liście 100 konkretów – programie wyborczym Koalicji Obywatelskiej, który miał zostać zrealizowany przez pierwsze 100 dni rządów obecnego gabinetu.
Podniesiemy kwotę wolną od podatku – z 30 tys. zł do 60 tys. zł w przypadku podatników rozliczających się według skali podatkowej, w tym także przedsiębiorców i emerytów" – możemy przeczytać na stronie 100Konkretow.pl.
Co ciekawe, witryna nadal jest aktualizowana. A postulat odnoszący się do obniżenia opodatkowania ma status "w trakcie realizacji". "Ministerstwo Finansów prowadzi audyt finansów publicznych oraz uzgadnia zmiany z samorządami, które partycypują we wpływach z podatku PIT" – czytamy pod postulatem.
WIDEO“Ministerstwo nie dowozi”. Tak rząd poległ w sprawie Pyszne.pl [OPINIA]
Złośliwi mogliby powiedzieć, że każda niewprowadzona w życie obietnica wyborcza ma status "w trakcie realizacji", ponieważ jakieś prace w rządzie zawsze trwają i być może kiedyś w końcu zaowocują one wdrożeniem propozycji. Ci sami złośliwcy zauważyliby, że niemal każdy niezrealizowany punkt spośród 100 zadeklarowanych ma status "w realizacji" (w istocie tak właśnie jest).
Czym jest kwota wolna od podatku?
Zanim pójdziemy dalej, wyjaśnijmy w kilku słowach, czym są kwota wolna od podatku i progi podatkowe. Kwota wolna to po prostu dochody niepodlegające opodatkowaniu. Obecnie jest ona ustanowiona na poziomie 30 tys. zł. Jeżeli więc uzyskujemy taki właśnie roczny dochód, nie płacimy żadnego PIT-u. Jeżeli zarabiamy więcej, daninę odprowadzamy tylko od środków powyżej owych 30 tys. zł. I jest to podatek w wysokości 12 proc.
Drugi próg podatkowy jest zaczepiony na poziomie 120 tys. rocznego dochodu. Od środków powyżej tej kwoty (i tylko od nich) płacimy 32 proc. podatku. Jak zostało wskazane – również tę wartość chciałby podnieść szef ludowców.
W marcu zeszłego roku Ministerstwo Finansów szacowało, że podwyższenie kwoty wolnej do 60 tys. w 2026 oznaczałoby koszt dla budżetu na poziomie 56 mld zł. Z kolei podwyższenie drugiego progu podatkowego z obecnych 120 tys. zł dochodu rocznie do 140 tys. dochodu przekładałoby się na kolejne 12 mld zł. O takim koszcie po stronie finansów publicznych w kontekście zmiany mówił pod koniec maja wiceszef resortu finansów Jarosław Neneman.
Koszty obietnic
W sumie realizacja postulatów kosztowałaby około 68 miliardów złotych. Nawet jeżeli pomysły byłyby wprowadzone stopniowo to i tak mówimy o naprawdę dużych pieniądzach. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że od lat przestrzeliwujemy "bezpieczne" progi deficytu, a co za tym idzie – puchnie nam również dług publiczny.
W skrócie – deficyt jest zadłużeniem państwa w danym roku. Dług publiczny jest sumą poprzednich deficytów, które jeszcze nie zostały spłacone. Unia Europejska ustanowiła bezpieczny pułap deficytu na poziomie 3 proc. w relacji do PKB, a długu publicznego na 60 proc. w relacji do PKB.
Tak naprawdę ważniejsza jest ta druga kategoria, to ona bowiem mówi więcej o stanie finansów państwa i jego zdolności do dalszego zaciągania długów. Deficyt na poziomie 3 proc. – w dużym uproszczeniu – oznacza, że przy rozsądnym wzroście gospodarczym i niewielkiej inflacji dług publiczny nie rośnie.
Zadłużenie w Unii Europejskiej
A skąd się wzięła wartość 60 proc. w relacji do PKB jako próg ostrożnościowy dla długu publicznego? Cóż… nie do końca wiadomo. Nie ma żadnego solidnego i przekonującego ekonomicznego badania, które wskazywałoby, że to właśnie po przekroczeniu tej granicy coś niepokojącego stanie się z finansami publicznymi. Wygląda na to, że decydenci po prostu "na czuja" wyznaczyli jakiś pułap, żeby państwa nie kredytowały się bez opamiętania.
Średnie zadłużenie państw Unii Europejskiej w 2025 r. wyniosło nieco ponad 80 proc. względem PKB. Najbardziej zadłużona była Grecja (146 proc. w relacji do PKB). Ale zadłużenie Włoch było bliskie 140 proc. PKB, Francji przekraczało 115 proc., Belgii – 108 proc., Hiszpanii – ponad 100. Poza Grecją żadne z tych państw nie było i nie jest zagrożone "bankructwem".
To nie znaczy, że dług nie bywa problemem. Bywa i to na wielu płaszczyznach – w kryzysowych sytuacjach państwa zadłużone mają ograniczone pole manewru w pożyczaniu, kiedy środki są najbardziej potrzebne. Z czasem duży dług pochłania sporą część budżetu, ponieważ musi być spłacany. Przez to z kolei cała zadłużeniowa gra przestaje być warta świeczki.
Wróćmy do kontekstu polskiego. Według prezentowanych przez Ministerstwo Finansów danych z Komisji Europejskiej deficyt sektora finansów publicznych osiągnie w tym roku 6,5 proc. W 2027 będzie to 6,3 proc. – obie wartości przebijają dwukrotnie ostrożnościowy próg 3 proc. To – jak powiedziałem – ma przełożenie na wspomniany dług publiczny. W 2024 wynosił on niecałe 55 proc. PKB, w przyszłym roku ma przebić 68 proc. Jak pisałem – wysoki deficyt oznacza rosnący dług. A rosnący dług zwiększa ryzyka dla systemu.
Skąd ten deficyt?
W dużej mierze wykręcają nam go wydatki obronne. W 2021 r., przed putinowską agresją na naszego sąsiada, wydatki na zbrojenia wyniosły niecałe 60 mld zł, co przekładało się na 2,2 proc. PKB. W 2025 było to już około 190 mld zł. Po drodze oczywiście mieliśmy inflację.
Jeśli zrobimy o nią korektę (skumulowana inflacja w tym czasie to około 45 proc.), to okaże się, że 60 mld z 2021 r. dzisiaj byłoby warte około 87 mld. Jeżeli natomiast wydatki na armię miałyby pozostać na poziomie 2,2 proc. (tyle, co w 2021 r.), to dzisiaj wynosiłyby około 100 mld zł.
Jakby nie patrzeć środki przeznaczane na obronę wzrosły co najmniej o 90 mld zł. Według GUS zeszłoroczny deficyt sektora finansów publicznych wyniósł ponad 280 mld zł, co przełożyło się na 7,3 proc. względem PKB. Gdyby nie armia deficyt wynosiłby około 4,5 – 4,8 proc. PKB. Wciąż powyżej progu ostrożnościowego, ale znacznie bliżej bezpiecznej granicy.
Logika polityczna
I w takich właśnie okolicznościach Władysław Kosiniak-Kamysz mówi o podwyższeniu kwoty wolnej. Ba, dorzuca do tego jeszcze bonus w postaci podwyższenia drugiego progu podatkowego.
Jeszcze pół biedy, jakby za tym szły pomysły na uzupełnienie powstałej dziury. Tymczasem politycy wpadli w antypodatkowy amok i obiecują wyborcy, że ten będzie miał ciastko, zje ciastko, będzie mógł oddać komuś ciastko i sprzedać ciastko. Ale tak się nie da.
Podniesienie kwoty wolnej (które wydaje się prawdopodobne jako kiełbasa wyborcza rozdawana hojną ręką) bez podwyższania podatków może oznaczać jedno – wzrost zadłużenia. Alternatywą jest bajeczny wzrost gospodarczy, który przyspieszy "wyrastanie z długu". Albo powtórka z inflacji, która spowoduje, że dług zmaleje w relacji do PKB. Pierwszy alternatywny scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny, drugiego nie chciałby nikt.
Nie ma oczywiście nic złego w kalibrowaniu systemu podatkowego tak, żeby ulżyć osobom najmniej zarabiającym. W istocie kwota wolna na poziomie 60 tys. zł rocznie oznaczałaby de facto nieopodatkowaną płacę minimalną. Co zdaje się pomysłem całkiem rozsądnym.
Z drugiej strony potrzebny jest jakiś balans, na przykład zwiększone opodatkowanie najzamożniejszych, być może jakiś rodzaj podatku majątkowego (prace nad taką daniną w ogóle się nie toczą), podatek od wysokich spadków i darowizn (tu też cisza).
A i wszystko to zebrane do kupy w sytuacji starzejącego się społeczeństwa prawdopodobnie nie pokryłoby dziury wygenerowanej wyższą kwotą wolną oraz podwyższeniem drugiego progu. Niestety, w ramach logiki politycznej planowanie w horyzoncie dłuższym niż wybory nikomu się nie opłaca.